Ellie
Popołudniowe lekcje nie różniły się niczym, względem tych porannych. Powoli zaczynałam żałować, że nie skorzystałam z przerwy na lunch.
Ostatnią dzisiejszą lekcją była biologia, więc teoretycznie nie powinnam się nudzić, gdyż interesuję się tym przedmiotem i zamierzam studiować medycynę. W praktyce nauczyciel był najnudniejszym człowiekiem na świecie. Serio, powinni zapisać go do księgi rekordów Guinnesa. Monotonia z jaką mówił, uśpiłaby nawet cierpiących na bezsenność. Nawet jego pociąganie nosem było monotonne i regularne!
Oszalałabym, gdyby nie przytłaczająca ilość plakatów dydaktycznych, które mogłam czytać.
Już dawno nie cieszyłam się z takiego drobiazgu jak irytujący dźwięk dzwonka. Z ulgą wstałam z krzesła i z poczuciem dobrze wypełnionego, uczniowskiego obowiązku wynudzenia się na lekcji, opuściłam szkołę.
Idąc przez szkolny dziedziniec czułam na sobie spojrzenia chłopaków ze starszych roczników, oczami wyobraźni widziałam jak przejeżdżają wzrokiem po moim ciele, wytężając słuch słyszałam skrawki ich rozmów na mój temat i czułam z tego powodu swego rodzaju dumę. Nie wiedzieć czemu, moje myśli pofrunęły w stronę faceta z naprzeciwka i przyłapałam się na tym, że chciałam by i on patrzył na mnie w ten sposób. Kiedy zdałam sobie sprawę o czym rozmyślam, moje policzki zaróżowiły się, a kąciki ust uniosły w niekontrolowanym, wstydliwym uśmiechu.
Pokręciłam głową, by odegnać niechciane myśli. Justin Bieber z pewnością nie raz widział cudowne modelki z wyższej półki, milion razy ładniejsze ode mnie. Ba! Na pewno z takimi pracował przy sesjach zdjęciowych i teledyskach, więc nie ma szans, by zwrócił uwagę na kogoś mojego pokroju. Ciekawe czy miał z jakąś romans? Mój Boże, przestań o nim myśleć!
Od wczoraj rana w mojej głowie był tylko: Justin, Justin i Justin! Nigdy się nim nie interesowałam, a od wczoraj przejrzałam jego profil na facebook'u, zaczęłam obserwować na twitterze i przeczytałam dział Wikipedii na jego temat. Zaczynam zachowywać się jak jakaś psycho - fanka! Ach, nie, one się nazywają Beliebers. Chryste, Ellie, przestań!
Nigdy nie pochwalałam metod wychowaczych takich jak szlabany, areszty domowe i inne takie, ale tym razem sama dałam sobie szlaban. Szlaban na Biebera. Koniec z przeglądaniem jego zdjęć, koniec z myśleniem o tym co mu się spodoba, a co nie, i koniec z rozmyślaniem o nim!
Gdzieś tam w środku wiedziałam, że nie wytrzymam w żadnym z tych postanowień, ale mimo to moja determinacja nie gasła przez całą podróż taksówką. Nie ugięłam się przed Justino - myślami nawet jadąc windą, i mogę za to dziękować do cna łysiuteńkiemu biznesmenowi, który wysiadał tylko piętro niżej niż ja. Mimo to, i tak, wysiadłam razem z nim i pokonałam ostatnie piętro piechotą.
Moja silna wola zgasła dopiero wtedy, gdy drzwi mojego mieszkania otworzyły się z hukiem, w momencie kiedy byłam w połowie przyrządzania sosu do tagliatelle. Usłyszałam tylko, od niedawna znajomy, głos mówiący " Co na obiad?", a moje serce zabiło trzy razy szybciej.
Justin
Wchodząc do jej mieszkania pierwszym, na co zwróciłem uwagę, był jej strój. Kusą spódniczkę, którą założyła rano do szkoły, zamieniła na czerwone koszykarskie, na mój gust męskie, spodenki, a białą bluzeczkę ze sporym dekoltem przebrała na czarny, za duży t-shirt. Krótkie, czekoladowe włosy, które rano cudownie falowały dookoła jej twarzy, teraz związała w ciasnego kitka.
Lekko mówiąc poczułem się zawiedziony.
Na szczęście zapachy napływające od strony kuchni szybko podniosły mnie na duchu.
- Yo, Presley. - przywitałem się podchodząc bliżej do panelu grzewczego, na którym stał garnek z wrzącą wodą i długim makaronem oraz głęboka patelnia z jasnym sosem, przy którym operowała dziewczyna.
- Siema, Bieber. - odpowiedziała udawanym slangiem. - Nie wiedziałam, że ktoś cię zapraszał na obiad.
Tu mnie miała, bo w końcu nikt mnie nie zapraszał. Postawiłem więc na sprawdzoną metodę, czyli zrobiłem minę słodkiego szczeniaczka. Dobrze wiem, że żadna dziewczyna i część facetów nie oprze się moim brązowym oczom.
- Przepraszam, że ci się narzucam, ale moja gosposia prosiła mnie, bym dał jej wolne. Bardzo chciała odwiedzić mamę, więc zostałem teraz sam. - oczywiście skłamałem, ale tylko w połowie. Lauren rzeczywiście ma urlop, ale tylko dlatego, że zmusiłem ją, by zostawiła mnie na trochę samego. Nie chciała słuchać, gdy mówiłem jej, że jestem już dorosły i dam sobie radę sam, a poza tym pora, bym nauczył się gotować. Dopiero tęsknota za domem ją przekonała. Nie powiem, że mi jej nie brakuje, bo była dla mnie jak własna babcia, ale cel uświęca środki.
Ellie przygryzła seksownie wargę zastanawiając się, czy pozwolić mi zostać. Wiedziałem, że się zgodzi, widziałem to w jej oczach, gdy tylko przekroczyłem próg jej domu.
- No dobra, możesz zostać. - westchnęła przewracając oczami. Mimo to, przeczuwałem, że cieszy się z tego, iż nie musi jeść sama. Nikt nie lubi samotności.
Stanąłem po drugiej stronie aneksu, tak, by stać twarzą w twarz z dziewczyną.
- W takim razie, co na obiad? - powtórzyłem pytanie, zacierając ręce.
- Tagliatlle w sosie śmietanowo - serowym z pieczarkami i szpinakiem. - uniosłem brwi. Nazwa brzmiała jak z jakiejś włoskiej restauracji, a zapach był, conajmniej, czterogwiazdkowy.
- Okej. - powiedziałem niepewnie. Nie miałem pojęcia, co to za danie, grunt, że wygląda i pachnie smacznie. - Może jakoś pomogę? Naleję soku albo coś w tym guście? - zaproponowałem. Dziewczyny lubią słodkich i troskliwych.
- Nie ma potrzeby, jesteś gościem. - odparła zbijając mnie z tropu. Jaka dziewczyna nie lubi facetów pomocnych w kuchni?!
- No coś ty! Jesteś dziewczyną, a ja dżentelmenem, wypada, żebym pomógł. - oponowałem. Zamiast wdzięczności zostałem obdarzony ciężkim spojrzeniem.
- Słyszałeś kiedykolwiek o polskiej gościnności.? - spytała.
- Nie.
- To teraz poznasz ją na własnej skórze. Jesteś gościem, czyli według zasad polskiej gościnności, siadasz na dupie i nic nie robisz. Korzystaj póki możesz, Bieber. - usłuchałem jej rady i opadłem ciężko na barowy stołek obok, tak by wciąż być na wprost niej.
Czekając, aż sos nabierze odpowiedniej konsystencji rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Ellie rozstawiła na stole talerze, sztućce i szklanki oraz nalała nam sok z czarnej porzeczki.
Nagle zrobiło mi się gorąco. Nazywam siebie mężczyzną, więc jakim cudem wcześniej tego nie zauważyłem? Czarny materiał jej koszulki delikatnie opadał na jej mostek, a potem dalej po krągłościach jej piersi. Cienka bawełna idealnie ukazywała brak stanika.
No w końcu kto jej zabroni, jest przecież u siebie, ale, halo, jestem facetem! Trzymanie mnie tak blisko dziewczyny bez bielizny, nie jest zbyt rozsądne.
A może ona to robi specjalnie? - złudne nadzieje. Skąd miałaby wiedzieć, że przyjdę?
Tak czy siak, nie mogłem narzekać na widoki, a już szczególnie wtedy, gdy schyliła się, by posmakować sosu. Nie mogłem się oprzeć - jak mały dzieciak wychylałem się na krześle, by tylko spojrzeć za dekolt.
- Gotowe. - oznajmiła. Momentalnie usiadłem prosto, udając, że nie zaglądałem jej za bluzkę.
Jedzenie okazało się przepyszne. Przez cały czas trwania posiłku nie mówiliśmy wiele, zbyt zajęci pochłanianiem makaronu. W ciszy cała moja uwaga skupiała się na talerzu przede mną i na jej biuście. Nie chcąc wciąż gapić się na nią, zacząłem rozglądać się po salonie, który był połączony z jadalnią.
Moją uwagę przykuł szereg pięciu czarno-białych zdjęć dużego formatu, który wisiał na ścianie za plecami Ellie. Wszystkie zdjęcia były wykonane z profilu. Pierwsze z nich przedstawiało niemowlę zwinięte na boku w pozycji embrionalnej. Na drugim zdjęciu widniał berbeć, może roczny, również zwinięty w kłębek, ale już nie tak ciasny jak na pierwszej fotografii. Na kolejnych zdjęciach człowiek ze zdjęcia stawał się coraz starszy i był coraz bardziej wyprostowany. Na trzecim ujęciu po długich włosach związanych w kok, można było poznać, że postać ze zdjeć jest dziewczynką. Na piątym była już dojrzałą dziewczyną niemal wyprostowaną. Na wszystkich zdjęciach pozostawała niezmiennie naga.
- Ciekawe zdjęcia. - pochwaliłem między kęsami. Presley odwróciła się za siebie i podążyła za mną wzrokiem.
- Ach, o tym mówisz. - westchnęła. - Dzięki, to prace mojej mamy. Nazywa je swoim największym dziełem i nie może doczekać się końcowego rezultatu. Ja tam nie wiem czy są takie świetne, ale wszyscy je chwalą.
- Twoja mama jest fotografem? - spytałem, chociaż odpowiedź była oczywista.
- Tak, a tata jest psycho-terapeutą. - spoglądałem jeszcze chwilę na obrazy.
- Mówiłaś, że twoja mama nie może sie doczekać końcowego rezultatu. Wyglądają na skończone.
- Brakuje jeszcze dwóch zdjęć. Dorosłej, wyprostowanej kobiety i kobiety w zaawansowanej ciąży. Możliwe też, że mama dorobi ósme zdjęcie, kobiety stojącej na wprost mężczyzny, lub, że tak będzie wyglądać szóste zdjęcie. Wciąż zmienia koncepcje.
- Nie może po prostu pstryknąć kilku zdjęć i potem ich poprzystawiać do siebie i ocenić, które wygląda najlepiej? Po co czeka? - dobrze, że mężczyźni są prości, przynajmniej wpadamy na proste rozwiązania.
- Nie zauważyłeś, że na wszystkich zdjęciach jest ta sama osoba? - zapytała, a na jej twarzy malowało się autentyczne zdziwienie. Pomachałem przecząco głową, wstałem od stołu i podszedłem do zdjęć.
Rzeczywiście, na wszystkich zdjęciach była ta sama osoba. Znałem ten profil i te doskonałe nogi. Na wszystkich zdjęciach, była Presley.
- Chryste, to ty! - zachłysnąłem się powietrzem. Ellie odpowiedziała śmiechem.
- Tak, to ja.
- Nie wstydzisz się, że twoje nagie zdjęcia są tak po prostu w twoim salonie i każdy kto tu wchodzi, może je sobie zobaczyć? - mogłem zobaczyć jej smukły kark, prawą pierś i pośladek, nic poza tym, ale mimo wszystko czułem jak przyśpiesza mi puls, policzki robią się czerwone i byłem na krawędzi samokontroli.
- To tylko profil, poza tym wiele modelek pozuje do aktów, na których, tak naprawdę, nic nie widać. - skwitowała to wzruszeniem ramion.
- Powiedziałaś modelek? Jesteś modelką? - z ulgą zmieniłem temat.
- Od czasu do czasu, ale póki co skupiam się bardziej na szkole, nie mam ochoty zajmować się tym na stałe. Pracuję głównie dla mojej mamy.
- Czekaj, czekaj, ile ty właściwie masz lat? - nagle zaczęły mnie nachodzić wątpliwości, a emocje zaczęły opadać.
- Szesnaście, Bieber. - o w mordę! Ślinisz się za dzieciakiem!
Jej oczy podążały za mną, gdy wracałem do stołu i bacznie śledziły każdy mój ruch, gdy jadłem. Nie mogę uwierzyć, że ona ma tylko szesnaście lat, wygląda tak dojrzale. Gdy się uśmiecha, rzeczywiście, można by pomyśleć, że jest nastolatką, ale kiedy patrzy gdzieś w przestrzeń ma taki ponury wyraz twarzy. Mimo to, wciąż wygląda oszałamiająco pięknie.
Nie wiem co mam myśleć o tej dziewczynie, chciałbym ją poznać, i to bardzo. Ale daje mi powody, bym tego nie robił.
Najpierw ubiera się jak ćpun z Bronxu, potem zakłada ciuchy od Valentino. Mówi, że jest modelką, a zaraz potem dodaje, że ma szesnaście lat. Wczoraj była złamana i zapłakana, dziś jest radosna i pełna sił. I jeszcze ta heroina w jej rzeczach. Kurwa mać, co powinienem zrobić? - pomyślałem. Obawiałem się, że będzie kolejną dziewczyną, która chce wykorzystać mój status, wypromować się, zdobyć sławę - cokolwiek. Po prostu bałem się zostać oszukany jak pierwszy lepszy frajer. Bałem się znów uwierzyć w miłość.
- Justin... - wyrwała mnie z zamyślenia. Przestałem gapić się w pusty talerz jak umysłowo chory i zwróciłem wzrok ku niej. Przygryzała wargę i marszczyła brwi, wyglądała pięknie, ale smutno. Jej głos również brzmiał inaczej, był niższy, bardziej ochrypły, głębszy. - Myślałam, że jesteś dupkiem.
Odpowiedziałem uniesieniem brwi. Spodziewałem się wszystkiego - wyjawienia swojej przeszłości, prośby o pozmywanie, o wyjście i zostawienie jej samej, kiepskiego żartu - tylko nie tego. Co, kurwa?
- Sądziłam, że dobrze śpiewasz i jesteś przystojny, cholernie przystojny, ale wciąż jesteś dupkiem. A tu proszę, totalnie miły gość, troskliwy, z poczuciem humoru. Jak dobrze, że się myliłam. - posłała mi uśmiech. Nie ten zalotny, ani nie ten chytry uśmieszek, który pojawiał się na jej twarzy, gdy tylko sobie ze mnie kpiła - zwykły, szczery uśmiech.
Zachichotałem.
- Nie jestem takim miłym gościem jak ci się zdaje, Presley. Mam swoje za uszami. - nie mam zamiaru jej straszyć, ale nie chcę, by uważała mnie za kogoś, kim nie jestem. Mogłaby się rozczarować.
Jej zwyczajowy uśmiech towarzyszący docinkom powrócił.
- Świetnie, Bieber, bo ja również. - ta dziewczyna nie przestaje mnie intrygować! Nie wiem czy robi to specjalnie, czy też nie zdaje sobie z tego sprawy, ale te jej gierki i sarkastyczne zagrywki, przygryzanie wargi i wyzywający, otwarty sposób bycia przyciagają mnie do niej i kuszą. Patrząc na nią, rozpartą na krześle i ze śmiejącymi się oczami, nie mogłem się oprzeć i musiałem oblizać wargi.
Zachichotała widząc to.
- Czyżbyś był głodny, Justy? - zażartowała. Jęknąłem słysząc przezwisko, jakie nadał mi Sean wieki temu. Właściwie to podłapał je od mojej mamy.
- Nie mów tak do mnie. - oczywiście nic sobie nie zrobiła z mojego ostrzeżenia.
- Niby jak mam do ciebie nie mówić, Justy? - zmarszczyła brwi w udawanej konsternacji. Ten widok był tak totalnie uroczy, że nie mogłem powstrzymać chichotu. Wkrótce i ona się śmiała.
- No dalej, Justy, powiedz mi jak mam do ciebie nie mówić. - prowokowała mnie. Znów przygryzła wargę.
Wstałem od stołu i zbliżyłem się do niej.
- Nazwij mnie tak jeszcze raz - mówiłem idąc w jej stronę. - a spotka cię przymusowy ALS Ice Bucket Challenge. - zagroziłem z uśmiechem na twarzy.
- Awww, Justy, jesteś taki słodki, kiedy się tak wygłupiasz. - zgrywała się dalej.
- Przesadziłaś! - stałem metr od niej więc bez problemu złapałem ją w pasie, gdy próbowała się przede mną odsunąć. Podniosłem ją i przerzuciłem sobie przez ramię niosąc w stronę łazienki.
- Przepraszam, Justin, przepraszam! Nie, proszę, nie! Justin! Panie Bieber! Już będę grzeczna, obiecuję! Nie! - piszczała i wierzgała, ale nie na darmo tyle siedziałem na siłowni, by nie udźwignąć teraz lekkiej jak piórko modelki.
- O tak, Presley, będziesz grzeczną dziewczynką. - powiedziałem. - Jak tylko spotka cię kara.
Roześmiałem się z własnych słów, a dziewczyna wciąż błagała o litość, jednocześnie się śmiejąc. Próbowała łapać się ścian i futryn więc zacząłem nieść ją "na księżniczkę", by mieć pod kontrolą jej ręce, które chwytały się wszystkiego wokół. Byliśmy o krok od łazienki, gdy dziewczyna przestała się wyrywać i zrobiła minę smutnego szczeniaczka.
- Już nie będę, Justin, będę cię nazywać jak tylko zechcesz. - próbowała.
- Nie wątpie. - zaśmiałem się i wrzuciłem ją do wanny. Krzyknęła próbując się od razu podnieść, ale opadłem na nią uniemożliwiając jej to. Znów zaczęła wierzgać, próbując mnie z siebie zepchnąć i krzyczeć, błagając o litość, gdy sięgałem po dyszę prysznica i przekręciłem kurek. Z węża wytrysnęła lodowata woda prosto na jej głowę. Zaczęła piszczeć w tak zabawny sposób, że nie mogłem opanować śmiechu.
Wyrwała mi słuchawkę prysznica i skierowała strumień wody na mnie. Poczułem lodowe szpilki wbijające się w moją twarz i klatkę piersiową.
- Zamorduje cię, Bieber. - rzekła złowróżbnym tonem z diabolicznym uśmiechem, po czym odchyliła mi koszulkę na plecach tak szybko, że nie miałem czasu na cokolwiek. Nim się zorientowałem zimna woda spływała mi po plecach, część wlała mi się do majtek. Nie pozostałem jej dłużny. Po chwili oboje byliśmy przemoczeni, zdyszani i bolały nas brzuchy od śmiechu, a cała łazienka była w wodzie.
Kiedy dziewczyna ponownie wyrwała mi prysznic z rąk, rzuciłem się ponad nią i wyłączyłem go. Opadłem na nią ponownie, ciężko dysząc. Ona też była zasapana od śmiechu i krzyków. Spojrzałem na nią - uśmiechała się od ucha, cała przemoczona. Włosy wypadły jej z kitka i teraz oblepiały jej czoło, zarumienione policzki i szyję. Bluzka lepiła się do jej ciała ukazując jeszcze więcej niż uprzednio, przyspieszając tym samym bicie mojego serca. Z pewnością to poczuła, bo leżałem na niej, ale ja również czułem jak jej serce biło ze zdwojoną prędkością.
Nagle zdałem sobie sprawę w jak niezręcznej sytuacji się znajdujemy - leżę na niej, pomiędzy jej nogami, nasze twarze dzieli jedynie kilka centymetrów - i, że wcale nie czujemy się niezręcznie. Odruchowo oblizała usta, a ja zrobiłem to samo, patrząc w jej czekoladowe tęczówki.
Wszystkie moje wcześniejsze wątpliwości ulotniły się w mgnieniu oka, a absurdalność tej sytuacji w ogóle mi nie przeszkadzała. Lądowałem w łóżku z dziewczynami, które znałem krócej od niej.
Szukałem w jej oczach strachu czy czegokolwiek, co kazałoby mi się powstrzymać. Bałem się, że ją przestraszę, że będzie tego później żałować. Nie znalazłem tam niczego.
Zamiast tego uniosła dłoń i przeczesała nią moje włosy. Uznałem to za zachętę i pocałowałem ją.
Nie odepchnęła mnie więc pogłębiłem pocałunek. Polizałem jej wargi językiem, czekając, aż da mi dostęp do swoich ust, ale ona zrozumiała, o co mi chodzi i od razu wpuściła mnie do środka. Już dawno z nikim nie całowałem się tak intensywnie. I chyba jeszcze nigdy żaden pocałunek nie był tak dobry.
Masowała palcami skórę mojej głowy, od czego miałam przyjemne ciarki, totalnie zapomniałem o samokontroli, a ona musiała to poczuć, bo zaśmiała mi się w usta.
Nie zachowywała się jak dziewica, za którą ją miałem. Nie była przestraszona, nie próbowała zwolnić i dobrze wiedziała, co ma robić. Bardzo możliwe, że zwyczajnie nie była dziewicą, za którą ją miałem.
W tamtej chwili nie zmartwiło mnie to zbytnio, zamiast tego poczułem się pewniej i złapałem ją za pierś, której widok kusił mnie już całe popołudnie.
Stęknęła cicho i jedną ręką zjechała z moich włosów po szyi i plecach, aż do brzucha. Poruszyłem się na niej i poczułem jak jej biodra odpowiadają na mój ruch. Wiedziałem do czego to doprowadzi.
Jej ręka dopadła guzika moich dżinsów, rozpięła je i osunęła je w dół. Podwinąłem jej koszulkę i dotknąłem jej nagiej skóry. W porównaniu z lodowatą wodą jej dotyk parzył.
Wędrowałem ustami po lini jej szczęki, drażniąc się z nią za pomocą mojego języka, a ona rysowała na moich plechach fantazyjne wzory, które przyprawiały mnie o cudownie przyjemne dreszcze. Zostawiłem po sobie ślad na jej szyi. Chciałem zejść niżej, ale uniemożliwiła mi to jej koszulka. Pufnąłem niezadowolony.
- Rozerwij. - szepnęła mi do ucha, ochrypłym z przyjemności głosem, tak niesamowicie seksownym, że byłem już w stu procentach gotowy. Nie musiała mi dwa razy powtarzać.
Ocieraliśmy się o siebie, pobudzając wzajemnie i szukając wrażliwych miejsc. Poznawaliśmy siebie w zupełnie inny sposób, niż miałem na myśli wcześniej.
Naderwałem jej koszulkę od góry, w momencie w którym Presley polizała mnie po szczęce i cmoknęła w zagłębieniu zaraz przy żychwie. Od tej pieszczoty przeszedł mnie dreszcz, dziewczyna sapnęła zadowolona. Zaczęła mnie całować po szyi, zostawiając za sobą różowe ślady. Stęknąłem i powiedziałem do niej, równie ochryłym szeptem co ona, z tym, że jeszcze niższym.
- Chryste, przestań. - nie usłuchała mnie. Wciąż przeczesywała palcami moje włosy i gładziła moją skórę pod koszulką dając mi uczucie rozkosznego mrowienia, wszędzie tam, gdzie mnie dotknęła. - Obiecałaś mi, że będziesz grzeczną dziewczynką. - oderwała się ode mnie i spojrzała mi w oczy.
Wiedziałem, że nie możemy tego kontynuować, ale jej widok był tak pociągający, że pocałowałem ją w usta po raz kolejny. Moja dłoń odnalazła gumkę jej szortów. Poczułem jak bardzo mnie pragnie i zdałem sobie sprawę jak bardzo ja pragnę jej. To był ostatni moment, by się powstrzymać.
Opadłem bezsilnie kładąc głowę w zagłębieniu jej szyi i wyciągając rękę z jej majtek.
- Nie możemy, ślicznotko. - szepnąłem w jej skórę. Czułem jak ciężko oddycha, jak szybko bije jej serce.
- Nie masz gumki. - zrozumiała, dlaczego tak bardzo chciałem się powstrzymać. Odsunąłem się na kilka centymetrów i spojrzałem na nią.
Jej policzki płonęły, moje przypuszczalnie też, usta była czerwone i lekko spuchnięte od intensywności naszych pocałunków. Wyglądała anielsko, ale w tym co przed chwilą robiliśmy nie było nic anielskiego.
Obejmowała mnie przez cały czas, gdy tak leżeliśmy w ciszy, w wannie, pozwalając by napięcie opadało. Kiedy oddachaliśmy już normalnie, nasze serca biły w prawidłowym rytmie i byłem w stanie znów się kontrolować, odezwała się.
- Mówiłeś coś o tym, że nie jesteś grzecznym chłopcem. - zażartowała.
- Nie sądziłem, że mówiąc, iż też nie jesteś taka święta miałaś na myśli coś takiego. - odpowiedziałem.
Roześmiała się na te słowa.
- Miałam na myśli o wiele więcej, Bieber. - dałem jej jeszcze jednego, niewinnego całusa w policzek i podniosłem się.
Dopiero wtedy mogłem zobaczyć co stało się z jej łazienką. Była zalana, a wychodząc z wanny dopomogłem temu, pozwalając, by woda ściekała ze mnie w małych strumyczkach. Presley wygramoliła się tuż za mną.
Rozerwałem jej koszulkę aż do pępka, ale nie musiała jej przytrzymywać, gdyż lepiła się do jej ciała. Zauważyłem coś kolorowego na jej brzuchu, tuż pod splotem słonecznym, ale nie mogłem dowiedzieć się co, bo akurat odwróciła się do mnie tyłem i rozerwała bluzkę do końca.
Zrzuciła ją z siebie i owinęła się ręcznikiem. Najwyraźniej nie miałem się dowiedzieć, co to było.
Zmierzyła mnie wzrokiem, potem oceniła stan łazienki i roześmiała się. Spojrzałem w lustro, na nią i podążyłem w jej ślady, śmiejąc się.
Zdjąłem koszulkę i ciężkie od wody spodnie z niskim kroczem. Wyglądałem tylko odrobinę lepiej. Podała mi ręcznik, bym mógł się osuszyć, a sama w tym czasie zaczęła ściągać spodenki.
Przez myśl przeszło mi pytanie, czy ma na sobie majtki, ale szybko odegnałem tę myśl. Miałem dość wrażeń jak na jeden dzień. W dodatku dowiedziałem się, że nie jest dziewicą.
Kiedy byłem już względnie suchy odwiesiłem ręcznik i chrząknąłem.
- Powinienem już chyba pójść. - powiedziałem.
- Nie musisz jeśli nie chcesz. - wzruszyła ramionami. Niezręczność w ogóle się jej nie imała.
- Ah, okej. - odparłem nieco zmieszany jej otwartością. Sam byłem dość skrępowany tą sytuacją.
Spojrzała na mnie i westchnęła.
- Czujesz się niezręcznie? - spytała.
- A kto normalny by się nie czuł? - odparłem pytaniem, choć już znałem na nie odpowiedź.
- Ja. Słuchaj, jeśli chcesz coś powiedzieć, to mi to po prostu powiedz, okej? Nie gryzę i się nie obrażam. To taka ułomność - nie umiem się obrażać. - zażartowała. Posłuchałem jej rady, pozbierałem myśli i powiedziałem to co mnie dręczyło.
- To chyba wyszło trochę za szybko, nie sądzisz? - zacząłem.
- To ty wymyśliłeś, żeby wsadzić mnie do wanny i zlać zimną wodą.
- Racja, moja wina, ale mimo wszystko... Było bosko, pomimo, że do niczego nie doszło. - tu posłała mi znaczące spojrzenie - Ale może po prostu powinniśmy zwolnić. - zaproponowałem.
- Co masz na myśli mówiąc zwolnić? - spytała mrużąc oczy. - Wyjdziesz stąd i wyprowadzisz się? Czy może zaczniesz mnie unikać, udając, że chcesz się tylko przyjaźnić? A może rzeczywiście zależy ci tylko na tym? Może nie chcesz żadnych zobowiązań, sam seks?
- Co? Nie, mówiąc zwolnić mam namyśli tylko i wyłącznie zwolnić. Poznać siebie nazwajem zanim skoczymy sobie do łóżek. Oczywiście, to nie wyklucza przyjaźni. - oblizałem nerwowo wargi w oczekiwaniu na jej odpowiedź. Przygryzła wargi i zmarszczyła czoło, tak, jak to miała w zwyczaju, gdy nad czymś myślała.
- Okej. - odpowiedziała cicho. Uśmiechnąłem się słysząc to i cmoknąłem ją w policzek. Ten incydent przełamał między nami lody. - Ale jeśli liczysz, że dowiesz sie czegoś o mojej przeszłości, to się przeliczysz.
- Nie mam zamiaru do czegokolwiek cię zmuszać. Zwyczajnie cię lubię i chcę polubić bardziej. - wzruszyłem ramionami.
Mam w dupie, jeśli rzeczywiście chce mnie tylko wykorzystać. Kto nie gra, ten nie wygrywa - będzie co ma być.
____________________________________
Ogromnie smuci mnie brak komentarzy. Mam wrażenie, że nikt tego nie czyta, że wszyscy trafiają tu przypadkiem i nawet nie zerkają na treść. Jeśli tak dalej będzie, to nie wiem, czy będę kontynouwać pisanie.
Jeszcze raz serdecznie zapraszam na naszego twittera @mylove_blogger
niedziela, 24 sierpnia 2014
środa, 20 sierpnia 2014
Rozdział 5. Is it that bad?
Ellie
Mając w pamięci wczorajszy ubraniowy manifest, który był żałosną próbą zbuntowania się, ubrałam się tak, jak tego ode mnie oczekiwano. Nie mówię, że nie lubię wyglądać dobrze, co to, to nie, ale chciałam pokazać, że tak łatwo mnie nie złamią. Najwyraźniej się myliłam.
Zasypiając, myślałam o przyszłości jaką mogę sobie stworzyć, moją głowę przesłaniały optymistyczne wizje. Chciałam wziąć się ostro do nauki, by później studiować medycynę, może zostać fizjoterapeutą. Kupić mieszkanie w Kalifornii, poznać wspaniałego człowieka i założyć z nim rodzinę. Wyobrażałam sobie córeczkę, której wyprawiałabym urodziny i zawsze służyła dobrą radą.
To były słodkie mrzonki, które zostały brutalnie zniszczone przez nocne koszmary. Znów te same pożółkłe kafelki, odór kanalizacji, wentylator, który robił więcej szumu niż pożytku, brązowa, śniegowa breja na podłodze. Każdy drobny szczegół powracał ostry i wyraźny, nic nie chciało ulec zatarciu, nic nie chciało zostać zapomniane.
Na całe szczęście, światło dnia odgoniło ponure wspomnienia. Szybki prysznic, śniadanie, włosy, makijaż, ubrania, książki, lunch - już tak dawno nie przygotowywałam się do wyjścia do szkoły. Oczywiście, nie licząc wczorajszego dnia.
Wczoraj chciałam pokazać światu "nie obchodzicie mnie, wcale nie chcę tu być" i chciałam wrócić do domu. Nie mogłam zrozumieć, że teraz to jest mój dom i innego już nie mam.
Zarzuciłam skórzaną torbę na ramię i biegnąc do drzwi, posmarowałam usta błyszczykiem. Na dole mojego brzucha zawiązywał się supeł. Obwiniałam za to ekscytację nową szkołą, a z drugiej obawę przed nieznanym. Do spółki z tym, powinnam jeszcze dorzucić paranoiczny lęk przed windą i Justina. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie w lustro, by upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu i ...
Mój wzrok padł na zdjęcie, które przykleiłam na krawędzi lustra, zaraz po przyjeździe do Stanów. Maciek, Tomek, Radek, Sylwia, Olga... Dlaczego wciąż pamiętam ich imiona? Powinnam je zapomnieć, to już przeszłość. Nie, ja muszę zapomnieć. Nie masz po co wracać, dziewczyno. - pomyślałam. Nie możesz do nich wrócić. A reszty już nie ma.
Cały optymizm zniknął. Chwyciłam zdjęcie, zmięłam w dłoni i wyrzuciłam do kosza. Wróciłam przed lustro i gapiłam się na swoje odbicie, chociaż i tak go nie widziałam. Wspominałam.
Jakąś częścią jaźni wiedziałam, że muszę wyjść, że Justin czeka, że spóźnię się do szkoły, ale i tak zostałam w miejscu. Zaczęłam mówić do siebie w myślach:
Zapomnę. Zacznę od nowa. Nie będę do tego wracać. Nie wrócę do Polski. Będę szczęśliwa. Już nigdy nie będę płakać... po chwili ciszy dodałam - I nigdy ich nie wspomnę, nikogo z nich.
Ostatnia z tych myśli, była wyjątkowo bolesna. Ale wiedziałam, że jeśli obejrzę się za siebie, zginę.
Podeszłam do drzwi, poczułam na dłoni chłód metalowej klamki i szepnęłam:
- Przepraszam, Lu.
Przekraczając próg przywdziałam na twarz uśmiech. Na początku był sztuczny, ale gdy usłyszałam "Cześć, Presley" i zobaczyłam go, zrobiło mi się cieplej, niechciane myśli zostały odegnane jego uśmiechem, a mój uśmiech był szczery jak złoto.
Justin
Nie należę do cierpliwych osób, ale tego ranka czekanie nie dłużyło mi się. Stłumiłem kolejne ziewnięcie, akurat w odpowiednim momencie, by przywitać się z postacią wyłaniającą się zza drzwi.
- Cześć, Presley. - uśmiechnąłem się na jej widok.
- Cześć, Bieber. - odpowiedziała mi z pięknym uśmiechem. Najpierw patrzyłem na jej oczy, próbując dostrzec cienie, worki lub zaczerwienienie, ale nie zauważyłem żadnych oznak płaczu. Nie wiem czemu się tym przejąłem, a tym bardziej nie wiem, czemu tak bardzo mi ulżyło. Przecież nie jestem ckliwym mięczakiem. Halo, jestem Justin Bieber, Łamacz Nastoletnich Serc.
Dopiero gdy podeszła bliżej i ledwie zauważalnie drżącą dłonią nacisnęła guzik przywołujący windę, zwróciłem uwagę na jej strój. Moje brwi uniosły się chyba do połowy czoła, a ona zachichotała na ten widok.
- No co? Aż tak źle? Mam wrócić i przebrać się za śmierć, jak wczoraj? - rzuciła pół żartem.
- Nie... jest dobrze... znaczy, bardzo, ale... hmm... - nie wiedziałem jak przekazać moje myśli tak, by jej nie urazić. Oczywiście nie dostałem od niej żadnej pomocy w wysłowieniu się. Normalny człowiek w takim momencie podrzuca odpowiednie słówko, ale ona musiała zacząć się ze mnie śmiać. - Myślałem, że masz nieco inny... styl. - uznałem, że to bezpieczny dobór słów, który nie ześle na mnie spoliczkowania.
- No nie mów, że lepiej mi w czerni i dresie. - zakpiła. Już wczoraj widziałem, że jest ładna, ale dziś...
Biała bluzka z dużym dekoltem w serek i koronką na obojczykach i ramionach, krótka rozkloszowana, błękitna spódniczka noszona w talii i czarna ramoneska, były bardzo modne. I bardzo dobrze na niej leżały. Wysoki stan spódniczki podkreślał jej wąską talie i kształtne biodra, a gdy stała bokiem do mnie widziałem jak łagodnie opadała na jej zgrabny tyłeczek. Justin, zbereźniku, przestań! - miałem ochotę walić głową w ścianę.
- Tak jest lepiej. - odpowiedziałem zwięźle. Nadjechała winda, sądziłem, że będzie ona wybawieniem z niezręcznej sytuacji, ale zamiast tego przerodziła się w pułapkę. Gdy do niej wsiadała, zauważyłem, że nosi bardzo wysokie lity i, ku własnemu rozgoryczeniu, że jest teraz ode mnie wyższa. Wiedziałem, że nie należę do szczególnie wysokich, ale bardzo nie lubiłem, gdy dziewczyna była ode mnie wyższa. Oczywiście jej nogi w połączeniu z mikro spódniczką i bladymi cienkimi rajstopami w dwunastocentymetrowych obcasach wyglądały naprawdę obłędnie, ale i tak zasępiłem się i wbiłem wrogie spojrzenie w jej buty. Ku mojej rozpaczy zauważyła to i już zaczynała chichotać, ale w porę posłałem jej spojrzenie pod tytułem "tylko spróbuj się ze mnie śmiać, to zobaczysz", więc zakryła ręką usta. Niewiele to pomogło, bo pomimo iż nie widziałem jej ust, to jak na dłoni mogłem dostrzec, jak jej oczy się śmieją. Wolę żeby śmiała się z mojego wzrostu niż płakała z nieznanych mi przyczyn.
Kiedy zasłaniała dłonią usta, zauważyłem bransoletkę z materiału na jej smukłym nadgarstku. Potem dostrzegłem, że jest zrobiona z mnóstwa supełków.
- Fajna bransoletka. - przerwałem ciszę.
- Dziękuje, sama zrobiłam.
- Serio? - chwyciłem jej dłoń i przyciągnąłem do siebie, żeby lepiej się przyjrzeć. Zobaczyłem tylko jeszcze więcej supełków i regularny wzór. - Jak to się robi? Nie wierzę, że ci się chciało. - pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- To nie jest wcale tak trudne na jakie wygląda. W dodatku odpręża. - parsknąłem słysząc to, ale nie puściłem jej ręki. Przejechaliśmy tak kilka pięter, w ciszy, ona oparta o lustro i patrząca na moje dłonie, ja bawiący się jej bransoletką z muliny.
- Zakręciłaś dziś włosy. Ładnie ci w falach. - odezwałem się w końcu. To nie była ta okropna, przytłaczająca cisza, która sprawia, że chcesz być gdziekolwiek indziej, byle nie tu gdzie jesteś teraz. Wręcz przeciwnie, było miło, ale chciałem jej to powiedzieć.
- Dzięki, znowu. - uśmiechnęła się znacząco. - Ale wcale ich nie kręciłam. Takie mam naturalnie. - wzruszyła ramionami, sprawiając, że jej kurtka lekko zsunęła się z prawego ramienia odsłaniając kolejne fragmenty skór,y osłonięte jedynie koronką.
Skomentowałem to uniesieniem brwi. Wydęła lekko wargi, jakby pokazując mi jak bardzo nie chce się jej tego tłumaczyć. Wzięła głębszy wdech, - a może było to bardziej westchnienie? Sam, nie wiem. - i podjęła temat.
- Wczoraj... widziałeś jak byłam wczoraj ubrana. Chciałam... - zrobiła przerwę by znaleźć dobre słowo. - uzewnętrznić mój nastrój. - zerknęła na mnie. Nie było to przypadkowe zerknięcie podczas rozmowy. Wiedziałem to, bo przez cały czas, gdy mówiła patrzyła na moje dłonie, które nadal bawiły się plecionką na jej nadgarstku, a teraz jej oczy od razu odnalazły moje. Miałem przeczucie, że szuka w nich potwierdzenia, czy uwierzyłem jej słowom. Wiedziałem, że coś się za tym kryje, ale obiecałem jej, że dam jej czas, więc nie dałem po sobie poznać, że wiem, iż nie mówi mi wszystkiego. Miałem tylko nadzieję, że nie będzie mnie okłamywać. - O wiele bardziej ponuro wyglądałam z prostymi włosami. - kontynuowała. - Co poradzę na to, że moje włosy naturalnie wyglądają jakbym dopiero co wyszła od fryzjera. - posłała mi chytry uśmieszek. Widząc to odruchowo oblizałem wargi. Dojeżdżaliśmy już na parter.
Puściłem jej rękę i podszedłem do drzwi windy, Ellie dołączyła do mnie. Zostały dwa piętra, i będziemy musieli się pożegnać. Z niejasnych przyczyn, nie miałem na to ochoty.
- To w jakim stroju cię jutro zobaczę? - zażartowałem. Jedno piętro.
Zastanawiała się chwilkę z przygryzioną wargą. Dojechaliśmy na parter, drzwi rozsunęły się i Ellie ruszyła do wyjścia. Już myślałem, że mi nie odpowie, lecz ona rzuciła mi przez ramię:
- A w jakim byś chciał? - zachichotała z własnych słów i odeszła. Mojemu lubieżnemu spojrzeniu nie umknął fakt, że chodząc kołysała biodrami w ten przyciągający mężczyzn sposób.
Ellie
W stroju rodem z magazynu modowego, złapanie taksówki nie było już takim wyzwaniem jak ubiegłego dnia. Doświadczony taksówkarz sprawnie przeciskał się przez zakorkowane ulice Manhattanu, ciągle przeskakując z pasa na pas i trąbiąc na innych kierowców. Nie poświęciłam temu zbyt wiele uwagi, właściwie to nie byłam w stanie na czymkolwiek się skupić. Odkąd tylko pożegnałam się z Justinem, moje myśli zaczęły krążyć wokół mojej nowej szkoły. Supeł w brzuchu zaczął się jeszcze mocniej zaciskać, gdy poznałam miejsce, w którym wczoraj wyszłam z metra. Tupałam czubkami butów o podłogę żółtego mercedesa w nerwowym odruchu.
Wreszcie moim oczom ukazała się Jacqueline Kennedy Onassis High School.
Ta sama żeliwna brama, przez którą przelewał się tłum nastolatków. Dalej ludzka rzeka wdzierała się do budynku o kamiennej, dumnej fasadzie przez ogromne, drewniane drzwi z łukiem u góry. Część młodzieży zamiast wejść od razu do szkoły i udać się do klas, wolała posiedzieć przed budynkiem w kilkuosobowych grupkach, śmiejąc się i ciesząc odrobiną czasu, która pozostała im do rozpoczęcia lekcji. Gdybym miała tu jakiś znajomych, pewnie siedziałabym z jakąś grupką i przerzucała się żartami. Ale nie znałam nikogo.
Weszłam za tłumem do szkoły i zaczęłam szukać planu lekcji. Plan był prosty: wejść, znaleźć plan lekcji i odszukać właściwą salę, ale rzeczywistość lubi mi płatać filge. Dzięki mojej odwadze godnej rycerza udało mi się zrealizować punkt pierwszy mojego genialnego planu. Problem pojawił się przy drugim punkcie.
Wszędzie byli ludzie, czułam się tak samo jak wczoraj na ulicy, po wyjściu z lobby. Tłum pchał mnie w głąb budynku, co chwila mnie ktoś potrącał. Nie miałam szans cofnąć się do wejścia. Zaczynałam żałować, że nie poczekałam na dzwonek przed szkołą.
Porzuciłam mój misternie ułożony genialny plan - czujcie ten sarkazm - i szarpnęłam za rękaw bluzy pierwszą lepszą osobę.
Czemu ja nigdy nie myślę za nim cokolwiek zrobię?! Głupia, głupia, głupia! - mentalnie kopnęłam się w twarz.
Ku mnie odwróciło się dwieście centymetrów gniewu, o ciemnych włosach i błękitnych oczach. Czemu znów trafiam na tego bodyguard'a? Chłopak zmarszczył brwi, w tym samym gniewnym grymasie, który mogłam podziwiać wczoraj. Miałam tylko nadzieję, że mnie nie poznał.
- Czego? - zapytał. Zawahałam się przez chwilę, czy powinnam pytać o pomoc akurat jego, ale on nie dał mi nawet dwóch sekund, by coś powiedzieć. Zamiast tego fuknął na mnie: - Co znowu? Twoja koleżanka prosiła cię o mój numer? Nie mam czasu na takie dzieciaki jak wy. Spadaj!
Co to, to nie, kolego! - pomyślałam. - Ellie Buckett tak się nie traktuje.
- Och, widzę, że popularność uderzyła komuś do głowy. - zakpiłam z niego. Nie tylko on może mieć cięty język. - Wybacz, ale nie zależy mi numerze telefonu od aroganckiego dupka. - zjechałam po nim wzrokiem. Nie umknęło mi, że koleś się speszył. Przybiłam sobie mentalną piątkę. - Pomyślałam tylko, że byłoby miło, gdybyś pokazał mi gdzie znajdę plan lekcji. - wydęłam lekko dolną wargę, udając urażoną jego zachowaniem. Zaraz! Ja przecież jestem urażona jego zachowaniem.
- Aaa, okej. Nie ma problemu, oczywiście, że pokażę ci plan. Jeśli chcesz to mógłbym cię nawet odprowadzić pod klasę, bo jak rozumiem, jesteś nowa i nie znasz jeszcze szkoły? - jego wyraz twarzy, głos, nastawienie - wszystko diametralnie się zmieniło. Zaczął wyrażać się uprzejmie, z zakłopotaniem drapać się po karku i nerwowo oblizał wargi. Co z nim jest nie tak? Może to jakiś znerwicowany psychopata?
Chłopak chwycił mnie za rękę i poprowadził przez tłum na przeciwległy koniec korytarza.
- Która klasa? - spytał.
- Pierwsza "c". - odpowiedziałam.
- Matematyka. To na drugim piętrze. Chodź, zaprowadzę cię. - nie dał mi czasu by zaprotestować, gdybym chciała to zrobić, choć oczywiście nie chciałam. Modliłam się jednak w duchu, by mnie nie rozpoznał.
Na klatce schodowej tłok nie był już tak gęsty jak na dole, więc nie było potrzeby trzymania się za ręce. Gdy klasa do matematyki była już w zasięgu wzroku, chłopak się zatrzymał.
- Jeszcze raz przepraszam za moje wcześniejsze zachowanie. - powiedział patrząc mi w oczy. Nagle zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. Nie musiał, wiedziałam, o co chodzi. Zaczynał kojarzyć mnie z emo-dresem z wczoraj.
- Nie szkodzi. Dziękuje za pomoc. Jestem Ellie Buckett. - wyciągnęłam do niego dłoń z przyjaznym uśmiechem na ustach.
- James Johnson. - uścisnął moją rękę i lekko nią potrząsnął. - Miło było, muszę już lecieć. - powiedział przepraszającym tonem, wciąż marszcząc czoło. Kiedy odchodził obejrzał się na mnie dwukrotnie. Przeczuwałam, że będą z nim jeszcze kłopoty, ale póki co, skupiłam się na tym, by ładnie się uśmiechać i wyglądać na sympatyczną osobę.
Podeszłam do grupki siedzącej na ławeczkach przed salą matematyczną.
- Cześć, jestem nową uczennicą i wygląda na to, że będziemy razem w klasie. - przywitałam się z nimi, pilnując, by uśmiech nie schodził mi z twarzy. Zdawałam sobie sprawę jak idiotycznie to brzmi, ale naprawdę nie miałam pomysłu na lepszy dobór słów.
Wszyscy popatrzyli po sobie, potem spojrzeli na mnie. W końcu jeden z nich, całkiem przystojny blondyn, wstał wyciągnął do mnie rękę, jak ja chwilę wcześniej do Jamesa, i przywitał się ze mną.
- W takim razie miło nam ciebie poznać. - uśmiechnął się w pewien sympatyczny sposób, który przywoływał mi na myśl mojego siostrzeńca. - Jestem Mike.
- Ellie Buckett. - odparłam.
Cała reszta wzięła przykład z Mike'a i również zaczęli się przedstawiać i ściskać moją dłoń. Atmosfera przestawała być taka niezręczna i, choć nie byłam w stanie zapamiętać wszystkich imion i przezwisk, nikt nie miał mi tego za złe.
Lekcje nie były aż tak nudne jak się tego spodziewałam, mimo to z radością przywitałam przerwę obiadową. Dziewczyny z klasy, z którymi momentalnie się dogadałam, Laura i Rebbeca, zaprosiły mnie, bym poszła z nimi na kawę i ciastko do pobliskiej kawiarni. Propozycja była kusząca, ale chciałam poznać szkołę, by już więcej nie błądzić. Przerwa na lunch była idealnym momentem na rekonesans, gdyż wszyscy wychodzili na miasto coś zjeść. W dodatku i tak nie byłam głodna.
Grzecznie odmówiłam dziewczynom, obiecując, że jutro na pewno zjem z nimi i ruszyłam zwiedzać nieznane mi korytarze i zakamarki starego budynku. Muszę przyznać, że od wewnątrz szkoła zdaje sie być o wiele większa, niż wskazywałby na to jej wygląd zewnętrzny. Mimo to, po dwudziestu pięciu minutach przeszłam już cały budynek i zaczynałam się nudzić. Błąkając się między gablotami z pucharami i medalami trafiłam na trybunę nad salą gimnastyczną.
Ktoś ćwiczył.
Niebieskie materace, skocznia, skrzynia do skakania - wszystko to było ustawione w rodzaju toru przeszkód. Wysoki, ciemnowłosy chłopak zrobił rozbieg, wybił się ze skoczni, przeskoczył nad skrzynią robiąc salto bokiem i wylądował na dwóch nogach po drugiej stronie. Potem powtórzył to samo, tym razem skacząc wyżej. Coś mi to przypominało. Po trzecim skoku zrozumiałam na co patrzę.
Tą samą pozę - skok nad przeszkodą, nogi podkurczone do klatki piersiowej - robił Justin na zdjęciach, które oglądał wieczorem! To był parkour!
Nie wiele myśląc zbiegłam po schodach na dół i weszłam na salę gimnastyczną. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wielkiego mam pecha.
Skoczek zauważył mnie nim zdążyłam zawrócić i wymknąć się niepostrzeżenie.
- Znowu ty? Prześladujesz mnie od wczoraj czy jak? - zapytał. Jego gniewny ton powrócił. Idiotka, idiotka, idiotka!
- Cześć, James. - odparłam nieśmiało, siląc się na uśmiech. Jego głos i złość wymalowana na twarzy dawały jasno do zrozumienia, że skojarzył mnie z wczorajszą sytuacją. - Wcale cię nie prześladuje, serio! - zapewniłam go.
- To co tu robisz? - zmarszczył brwi (chyba nikt mu w dziecinstwie nie powiedział, że jeśli nie przestanie, to zostanie mu tak na zawsze), założył ramiona na piersi i podszedł do mnie.
- Zauważyłam jak skaczesz i... - i co? właściwie to czego oczekiwałam. Chciałam tu wbiec i zapytać się nieznajomego: "nauczysz mnie tego?" - i chciałam, żebyś mnie tego nauczył. - w sumie co gorszego mogłam powiedzieć?
- Nauczył? Ja? Ciebie? - roześmiał się. - Wybacz, shawty, ale nie wyglądasz na kogoś kto lubi sport.
- A ty nie wyglądasz na miłego gościa z dobrego domu. - odcięłam się, a uśmiech spełzł mu z twarzy.
- No dobra, nie każdy jest tym na kogo wygląda, przyznaję. Ale... serio? Wiesz w ogóle, co to jest?
- Parkour. - odpowiedziałam prosto. James potarł brodę w zastanowieniu.
Po chwili namysłu odpowiedział.
- Okej, niech ci będzie. Nauczę cię kilku ewolucji, ale masz mi powiedzieć, o co do diabła chodziło z tą wczorajszą akcją. - ojojoj.
- Jaką akcją? - uniosłam brwi w udawanym zdziwieniu.
- Nie udawaj głupiej blondynki, dziewczyno, dobrze wiesz, co mam na myśli. Albo mówisz co jest grane i ćwiczysz ze mną, albo stąd spadasz, a ja i tak dowiem się co kombinujesz. - zagroził. Oczywiście nic nie kombinowałam, już nie, ale grzebanie w mojej przeszłości nie jest tym o czym marzę. Bezpieczniejszym wyjściem było wytłumaczenie mu tego. Tylko jak mam mu to, do cholery, wyjaśnić?
Westchnęłam głośno i opadłam na materac, James usiadł obok. Patrzyłam na moje buty, ubierajac myśli w słowa. W końcu się odezwałam.
- Nie jestem stąd. Rodzice dostali tu fenomenalne oferty pracy i zmusili do przyjazdu tutaj wraz z nimi. Oczywiście wbrew mojej woli. - zrobiłam pauzę. - Teraz to wydaje się głupie nawet dla mnie, ale nie miałeś nigdy tak, że ze wszystkich sił i na wszelkie możliwe sposoby chciałeś pokazać, że nie podoba ci się zaistniała sytuacja? To był taki wyraz buntu. A raczej żałosna próba.
James nic nie odpowiedział, jakby licząc na to, że jeszcze coś dodam. Przynajmniej się nie śmiał. Spełniłam jego oczekiwania i dodałam:
- Teraz to już całkowicie nieważne i byłabym ci dozgonnie wdzięczna, jeślibyś zachował to dla siebie. Mogę na ciebie liczyć? - spojrzałam mu w oczy szukając jakichkolwiek oznak czegokolwiek. Nic nie dostrzegłam. James wstał i ruszył ku drzwiom. Czułam gdzieś wewnątrz narastającą panikę, bałam się, że zacznie to rozpowiadać po całej szkole, a te puste, rozpieszczone dzieciaki zatrują mi życie.
Będąc dwa kroki przed drzwiami brunet rzucił przez ramię:
- Piątek o osiemnastej, tutaj. Nie toleruję spóźnień. - uratowana.
_________________________________________________________
Po prawie dwóch miesiącach jest rozdział! Naprawdę przepraszam, że tak długo to trwało.
Prosiłabym o zostawianie choćby najkrótszych komentarzy, bo nawet jedno słowo potrafi ucieszyć ;)
A dla stałych czytelników (jeśli w ogóle tak owych mam) jest mała niespodzianka: opowiadanie ma od wczoraj swojego twittera!
@mylove_blogger
Serdecznie zapraszam do obserwowania nas ;)) Poprzez twitter będę powiadamiać o kolejnych rozdziałach.
Jeśli to czytacie to ogromne i całuśne dziękuje ;* Jeszcze raz proszę comment : D
PS. jeśli nie zrozumieliście jak ma wyglądać ewolucja, którą ćwiczył James tu link: http://auto.img.v4.skyrock.net/6743/43606743/pics/1889332859_small_1.jpg
Mając w pamięci wczorajszy ubraniowy manifest, który był żałosną próbą zbuntowania się, ubrałam się tak, jak tego ode mnie oczekiwano. Nie mówię, że nie lubię wyglądać dobrze, co to, to nie, ale chciałam pokazać, że tak łatwo mnie nie złamią. Najwyraźniej się myliłam.
Zasypiając, myślałam o przyszłości jaką mogę sobie stworzyć, moją głowę przesłaniały optymistyczne wizje. Chciałam wziąć się ostro do nauki, by później studiować medycynę, może zostać fizjoterapeutą. Kupić mieszkanie w Kalifornii, poznać wspaniałego człowieka i założyć z nim rodzinę. Wyobrażałam sobie córeczkę, której wyprawiałabym urodziny i zawsze służyła dobrą radą.
To były słodkie mrzonki, które zostały brutalnie zniszczone przez nocne koszmary. Znów te same pożółkłe kafelki, odór kanalizacji, wentylator, który robił więcej szumu niż pożytku, brązowa, śniegowa breja na podłodze. Każdy drobny szczegół powracał ostry i wyraźny, nic nie chciało ulec zatarciu, nic nie chciało zostać zapomniane.
Na całe szczęście, światło dnia odgoniło ponure wspomnienia. Szybki prysznic, śniadanie, włosy, makijaż, ubrania, książki, lunch - już tak dawno nie przygotowywałam się do wyjścia do szkoły. Oczywiście, nie licząc wczorajszego dnia.
Wczoraj chciałam pokazać światu "nie obchodzicie mnie, wcale nie chcę tu być" i chciałam wrócić do domu. Nie mogłam zrozumieć, że teraz to jest mój dom i innego już nie mam.
Zarzuciłam skórzaną torbę na ramię i biegnąc do drzwi, posmarowałam usta błyszczykiem. Na dole mojego brzucha zawiązywał się supeł. Obwiniałam za to ekscytację nową szkołą, a z drugiej obawę przed nieznanym. Do spółki z tym, powinnam jeszcze dorzucić paranoiczny lęk przed windą i Justina. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie w lustro, by upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu i ...
Mój wzrok padł na zdjęcie, które przykleiłam na krawędzi lustra, zaraz po przyjeździe do Stanów. Maciek, Tomek, Radek, Sylwia, Olga... Dlaczego wciąż pamiętam ich imiona? Powinnam je zapomnieć, to już przeszłość. Nie, ja muszę zapomnieć. Nie masz po co wracać, dziewczyno. - pomyślałam. Nie możesz do nich wrócić. A reszty już nie ma.
Cały optymizm zniknął. Chwyciłam zdjęcie, zmięłam w dłoni i wyrzuciłam do kosza. Wróciłam przed lustro i gapiłam się na swoje odbicie, chociaż i tak go nie widziałam. Wspominałam.
Jakąś częścią jaźni wiedziałam, że muszę wyjść, że Justin czeka, że spóźnię się do szkoły, ale i tak zostałam w miejscu. Zaczęłam mówić do siebie w myślach:
Zapomnę. Zacznę od nowa. Nie będę do tego wracać. Nie wrócę do Polski. Będę szczęśliwa. Już nigdy nie będę płakać... po chwili ciszy dodałam - I nigdy ich nie wspomnę, nikogo z nich.
Ostatnia z tych myśli, była wyjątkowo bolesna. Ale wiedziałam, że jeśli obejrzę się za siebie, zginę.
Podeszłam do drzwi, poczułam na dłoni chłód metalowej klamki i szepnęłam:
- Przepraszam, Lu.
Przekraczając próg przywdziałam na twarz uśmiech. Na początku był sztuczny, ale gdy usłyszałam "Cześć, Presley" i zobaczyłam go, zrobiło mi się cieplej, niechciane myśli zostały odegnane jego uśmiechem, a mój uśmiech był szczery jak złoto.
Justin
Nie należę do cierpliwych osób, ale tego ranka czekanie nie dłużyło mi się. Stłumiłem kolejne ziewnięcie, akurat w odpowiednim momencie, by przywitać się z postacią wyłaniającą się zza drzwi.
- Cześć, Presley. - uśmiechnąłem się na jej widok.
- Cześć, Bieber. - odpowiedziała mi z pięknym uśmiechem. Najpierw patrzyłem na jej oczy, próbując dostrzec cienie, worki lub zaczerwienienie, ale nie zauważyłem żadnych oznak płaczu. Nie wiem czemu się tym przejąłem, a tym bardziej nie wiem, czemu tak bardzo mi ulżyło. Przecież nie jestem ckliwym mięczakiem. Halo, jestem Justin Bieber, Łamacz Nastoletnich Serc.
Dopiero gdy podeszła bliżej i ledwie zauważalnie drżącą dłonią nacisnęła guzik przywołujący windę, zwróciłem uwagę na jej strój. Moje brwi uniosły się chyba do połowy czoła, a ona zachichotała na ten widok.
- No co? Aż tak źle? Mam wrócić i przebrać się za śmierć, jak wczoraj? - rzuciła pół żartem.
- Nie... jest dobrze... znaczy, bardzo, ale... hmm... - nie wiedziałem jak przekazać moje myśli tak, by jej nie urazić. Oczywiście nie dostałem od niej żadnej pomocy w wysłowieniu się. Normalny człowiek w takim momencie podrzuca odpowiednie słówko, ale ona musiała zacząć się ze mnie śmiać. - Myślałem, że masz nieco inny... styl. - uznałem, że to bezpieczny dobór słów, który nie ześle na mnie spoliczkowania.
- No nie mów, że lepiej mi w czerni i dresie. - zakpiła. Już wczoraj widziałem, że jest ładna, ale dziś...
Biała bluzka z dużym dekoltem w serek i koronką na obojczykach i ramionach, krótka rozkloszowana, błękitna spódniczka noszona w talii i czarna ramoneska, były bardzo modne. I bardzo dobrze na niej leżały. Wysoki stan spódniczki podkreślał jej wąską talie i kształtne biodra, a gdy stała bokiem do mnie widziałem jak łagodnie opadała na jej zgrabny tyłeczek. Justin, zbereźniku, przestań! - miałem ochotę walić głową w ścianę.
- Tak jest lepiej. - odpowiedziałem zwięźle. Nadjechała winda, sądziłem, że będzie ona wybawieniem z niezręcznej sytuacji, ale zamiast tego przerodziła się w pułapkę. Gdy do niej wsiadała, zauważyłem, że nosi bardzo wysokie lity i, ku własnemu rozgoryczeniu, że jest teraz ode mnie wyższa. Wiedziałem, że nie należę do szczególnie wysokich, ale bardzo nie lubiłem, gdy dziewczyna była ode mnie wyższa. Oczywiście jej nogi w połączeniu z mikro spódniczką i bladymi cienkimi rajstopami w dwunastocentymetrowych obcasach wyglądały naprawdę obłędnie, ale i tak zasępiłem się i wbiłem wrogie spojrzenie w jej buty. Ku mojej rozpaczy zauważyła to i już zaczynała chichotać, ale w porę posłałem jej spojrzenie pod tytułem "tylko spróbuj się ze mnie śmiać, to zobaczysz", więc zakryła ręką usta. Niewiele to pomogło, bo pomimo iż nie widziałem jej ust, to jak na dłoni mogłem dostrzec, jak jej oczy się śmieją. Wolę żeby śmiała się z mojego wzrostu niż płakała z nieznanych mi przyczyn.
Kiedy zasłaniała dłonią usta, zauważyłem bransoletkę z materiału na jej smukłym nadgarstku. Potem dostrzegłem, że jest zrobiona z mnóstwa supełków.
- Fajna bransoletka. - przerwałem ciszę.
- Dziękuje, sama zrobiłam.
- Serio? - chwyciłem jej dłoń i przyciągnąłem do siebie, żeby lepiej się przyjrzeć. Zobaczyłem tylko jeszcze więcej supełków i regularny wzór. - Jak to się robi? Nie wierzę, że ci się chciało. - pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- To nie jest wcale tak trudne na jakie wygląda. W dodatku odpręża. - parsknąłem słysząc to, ale nie puściłem jej ręki. Przejechaliśmy tak kilka pięter, w ciszy, ona oparta o lustro i patrząca na moje dłonie, ja bawiący się jej bransoletką z muliny.
- Zakręciłaś dziś włosy. Ładnie ci w falach. - odezwałem się w końcu. To nie była ta okropna, przytłaczająca cisza, która sprawia, że chcesz być gdziekolwiek indziej, byle nie tu gdzie jesteś teraz. Wręcz przeciwnie, było miło, ale chciałem jej to powiedzieć.
- Dzięki, znowu. - uśmiechnęła się znacząco. - Ale wcale ich nie kręciłam. Takie mam naturalnie. - wzruszyła ramionami, sprawiając, że jej kurtka lekko zsunęła się z prawego ramienia odsłaniając kolejne fragmenty skór,y osłonięte jedynie koronką.
Skomentowałem to uniesieniem brwi. Wydęła lekko wargi, jakby pokazując mi jak bardzo nie chce się jej tego tłumaczyć. Wzięła głębszy wdech, - a może było to bardziej westchnienie? Sam, nie wiem. - i podjęła temat.
- Wczoraj... widziałeś jak byłam wczoraj ubrana. Chciałam... - zrobiła przerwę by znaleźć dobre słowo. - uzewnętrznić mój nastrój. - zerknęła na mnie. Nie było to przypadkowe zerknięcie podczas rozmowy. Wiedziałem to, bo przez cały czas, gdy mówiła patrzyła na moje dłonie, które nadal bawiły się plecionką na jej nadgarstku, a teraz jej oczy od razu odnalazły moje. Miałem przeczucie, że szuka w nich potwierdzenia, czy uwierzyłem jej słowom. Wiedziałem, że coś się za tym kryje, ale obiecałem jej, że dam jej czas, więc nie dałem po sobie poznać, że wiem, iż nie mówi mi wszystkiego. Miałem tylko nadzieję, że nie będzie mnie okłamywać. - O wiele bardziej ponuro wyglądałam z prostymi włosami. - kontynuowała. - Co poradzę na to, że moje włosy naturalnie wyglądają jakbym dopiero co wyszła od fryzjera. - posłała mi chytry uśmieszek. Widząc to odruchowo oblizałem wargi. Dojeżdżaliśmy już na parter.
Puściłem jej rękę i podszedłem do drzwi windy, Ellie dołączyła do mnie. Zostały dwa piętra, i będziemy musieli się pożegnać. Z niejasnych przyczyn, nie miałem na to ochoty.
- To w jakim stroju cię jutro zobaczę? - zażartowałem. Jedno piętro.
Zastanawiała się chwilkę z przygryzioną wargą. Dojechaliśmy na parter, drzwi rozsunęły się i Ellie ruszyła do wyjścia. Już myślałem, że mi nie odpowie, lecz ona rzuciła mi przez ramię:
- A w jakim byś chciał? - zachichotała z własnych słów i odeszła. Mojemu lubieżnemu spojrzeniu nie umknął fakt, że chodząc kołysała biodrami w ten przyciągający mężczyzn sposób.
Ellie
W stroju rodem z magazynu modowego, złapanie taksówki nie było już takim wyzwaniem jak ubiegłego dnia. Doświadczony taksówkarz sprawnie przeciskał się przez zakorkowane ulice Manhattanu, ciągle przeskakując z pasa na pas i trąbiąc na innych kierowców. Nie poświęciłam temu zbyt wiele uwagi, właściwie to nie byłam w stanie na czymkolwiek się skupić. Odkąd tylko pożegnałam się z Justinem, moje myśli zaczęły krążyć wokół mojej nowej szkoły. Supeł w brzuchu zaczął się jeszcze mocniej zaciskać, gdy poznałam miejsce, w którym wczoraj wyszłam z metra. Tupałam czubkami butów o podłogę żółtego mercedesa w nerwowym odruchu.
Wreszcie moim oczom ukazała się Jacqueline Kennedy Onassis High School.
Ta sama żeliwna brama, przez którą przelewał się tłum nastolatków. Dalej ludzka rzeka wdzierała się do budynku o kamiennej, dumnej fasadzie przez ogromne, drewniane drzwi z łukiem u góry. Część młodzieży zamiast wejść od razu do szkoły i udać się do klas, wolała posiedzieć przed budynkiem w kilkuosobowych grupkach, śmiejąc się i ciesząc odrobiną czasu, która pozostała im do rozpoczęcia lekcji. Gdybym miała tu jakiś znajomych, pewnie siedziałabym z jakąś grupką i przerzucała się żartami. Ale nie znałam nikogo.
Weszłam za tłumem do szkoły i zaczęłam szukać planu lekcji. Plan był prosty: wejść, znaleźć plan lekcji i odszukać właściwą salę, ale rzeczywistość lubi mi płatać filge. Dzięki mojej odwadze godnej rycerza udało mi się zrealizować punkt pierwszy mojego genialnego planu. Problem pojawił się przy drugim punkcie.
Wszędzie byli ludzie, czułam się tak samo jak wczoraj na ulicy, po wyjściu z lobby. Tłum pchał mnie w głąb budynku, co chwila mnie ktoś potrącał. Nie miałam szans cofnąć się do wejścia. Zaczynałam żałować, że nie poczekałam na dzwonek przed szkołą.
Porzuciłam mój misternie ułożony genialny plan - czujcie ten sarkazm - i szarpnęłam za rękaw bluzy pierwszą lepszą osobę.
Czemu ja nigdy nie myślę za nim cokolwiek zrobię?! Głupia, głupia, głupia! - mentalnie kopnęłam się w twarz.
Ku mnie odwróciło się dwieście centymetrów gniewu, o ciemnych włosach i błękitnych oczach. Czemu znów trafiam na tego bodyguard'a? Chłopak zmarszczył brwi, w tym samym gniewnym grymasie, który mogłam podziwiać wczoraj. Miałam tylko nadzieję, że mnie nie poznał.
- Czego? - zapytał. Zawahałam się przez chwilę, czy powinnam pytać o pomoc akurat jego, ale on nie dał mi nawet dwóch sekund, by coś powiedzieć. Zamiast tego fuknął na mnie: - Co znowu? Twoja koleżanka prosiła cię o mój numer? Nie mam czasu na takie dzieciaki jak wy. Spadaj!
Co to, to nie, kolego! - pomyślałam. - Ellie Buckett tak się nie traktuje.
- Och, widzę, że popularność uderzyła komuś do głowy. - zakpiłam z niego. Nie tylko on może mieć cięty język. - Wybacz, ale nie zależy mi numerze telefonu od aroganckiego dupka. - zjechałam po nim wzrokiem. Nie umknęło mi, że koleś się speszył. Przybiłam sobie mentalną piątkę. - Pomyślałam tylko, że byłoby miło, gdybyś pokazał mi gdzie znajdę plan lekcji. - wydęłam lekko dolną wargę, udając urażoną jego zachowaniem. Zaraz! Ja przecież jestem urażona jego zachowaniem.
- Aaa, okej. Nie ma problemu, oczywiście, że pokażę ci plan. Jeśli chcesz to mógłbym cię nawet odprowadzić pod klasę, bo jak rozumiem, jesteś nowa i nie znasz jeszcze szkoły? - jego wyraz twarzy, głos, nastawienie - wszystko diametralnie się zmieniło. Zaczął wyrażać się uprzejmie, z zakłopotaniem drapać się po karku i nerwowo oblizał wargi. Co z nim jest nie tak? Może to jakiś znerwicowany psychopata?
Chłopak chwycił mnie za rękę i poprowadził przez tłum na przeciwległy koniec korytarza.
- Która klasa? - spytał.
- Pierwsza "c". - odpowiedziałam.
- Matematyka. To na drugim piętrze. Chodź, zaprowadzę cię. - nie dał mi czasu by zaprotestować, gdybym chciała to zrobić, choć oczywiście nie chciałam. Modliłam się jednak w duchu, by mnie nie rozpoznał.
Na klatce schodowej tłok nie był już tak gęsty jak na dole, więc nie było potrzeby trzymania się za ręce. Gdy klasa do matematyki była już w zasięgu wzroku, chłopak się zatrzymał.
- Jeszcze raz przepraszam za moje wcześniejsze zachowanie. - powiedział patrząc mi w oczy. Nagle zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. Nie musiał, wiedziałam, o co chodzi. Zaczynał kojarzyć mnie z emo-dresem z wczoraj.
- Nie szkodzi. Dziękuje za pomoc. Jestem Ellie Buckett. - wyciągnęłam do niego dłoń z przyjaznym uśmiechem na ustach.
- James Johnson. - uścisnął moją rękę i lekko nią potrząsnął. - Miło było, muszę już lecieć. - powiedział przepraszającym tonem, wciąż marszcząc czoło. Kiedy odchodził obejrzał się na mnie dwukrotnie. Przeczuwałam, że będą z nim jeszcze kłopoty, ale póki co, skupiłam się na tym, by ładnie się uśmiechać i wyglądać na sympatyczną osobę.
Podeszłam do grupki siedzącej na ławeczkach przed salą matematyczną.
- Cześć, jestem nową uczennicą i wygląda na to, że będziemy razem w klasie. - przywitałam się z nimi, pilnując, by uśmiech nie schodził mi z twarzy. Zdawałam sobie sprawę jak idiotycznie to brzmi, ale naprawdę nie miałam pomysłu na lepszy dobór słów.
Wszyscy popatrzyli po sobie, potem spojrzeli na mnie. W końcu jeden z nich, całkiem przystojny blondyn, wstał wyciągnął do mnie rękę, jak ja chwilę wcześniej do Jamesa, i przywitał się ze mną.
- W takim razie miło nam ciebie poznać. - uśmiechnął się w pewien sympatyczny sposób, który przywoływał mi na myśl mojego siostrzeńca. - Jestem Mike.
- Ellie Buckett. - odparłam.
Cała reszta wzięła przykład z Mike'a i również zaczęli się przedstawiać i ściskać moją dłoń. Atmosfera przestawała być taka niezręczna i, choć nie byłam w stanie zapamiętać wszystkich imion i przezwisk, nikt nie miał mi tego za złe.
Lekcje nie były aż tak nudne jak się tego spodziewałam, mimo to z radością przywitałam przerwę obiadową. Dziewczyny z klasy, z którymi momentalnie się dogadałam, Laura i Rebbeca, zaprosiły mnie, bym poszła z nimi na kawę i ciastko do pobliskiej kawiarni. Propozycja była kusząca, ale chciałam poznać szkołę, by już więcej nie błądzić. Przerwa na lunch była idealnym momentem na rekonesans, gdyż wszyscy wychodzili na miasto coś zjeść. W dodatku i tak nie byłam głodna.
Grzecznie odmówiłam dziewczynom, obiecując, że jutro na pewno zjem z nimi i ruszyłam zwiedzać nieznane mi korytarze i zakamarki starego budynku. Muszę przyznać, że od wewnątrz szkoła zdaje sie być o wiele większa, niż wskazywałby na to jej wygląd zewnętrzny. Mimo to, po dwudziestu pięciu minutach przeszłam już cały budynek i zaczynałam się nudzić. Błąkając się między gablotami z pucharami i medalami trafiłam na trybunę nad salą gimnastyczną.
Ktoś ćwiczył.
Niebieskie materace, skocznia, skrzynia do skakania - wszystko to było ustawione w rodzaju toru przeszkód. Wysoki, ciemnowłosy chłopak zrobił rozbieg, wybił się ze skoczni, przeskoczył nad skrzynią robiąc salto bokiem i wylądował na dwóch nogach po drugiej stronie. Potem powtórzył to samo, tym razem skacząc wyżej. Coś mi to przypominało. Po trzecim skoku zrozumiałam na co patrzę.
Tą samą pozę - skok nad przeszkodą, nogi podkurczone do klatki piersiowej - robił Justin na zdjęciach, które oglądał wieczorem! To był parkour!
Nie wiele myśląc zbiegłam po schodach na dół i weszłam na salę gimnastyczną. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wielkiego mam pecha.
Skoczek zauważył mnie nim zdążyłam zawrócić i wymknąć się niepostrzeżenie.
- Znowu ty? Prześladujesz mnie od wczoraj czy jak? - zapytał. Jego gniewny ton powrócił. Idiotka, idiotka, idiotka!
- Cześć, James. - odparłam nieśmiało, siląc się na uśmiech. Jego głos i złość wymalowana na twarzy dawały jasno do zrozumienia, że skojarzył mnie z wczorajszą sytuacją. - Wcale cię nie prześladuje, serio! - zapewniłam go.
- To co tu robisz? - zmarszczył brwi (chyba nikt mu w dziecinstwie nie powiedział, że jeśli nie przestanie, to zostanie mu tak na zawsze), założył ramiona na piersi i podszedł do mnie.
- Zauważyłam jak skaczesz i... - i co? właściwie to czego oczekiwałam. Chciałam tu wbiec i zapytać się nieznajomego: "nauczysz mnie tego?" - i chciałam, żebyś mnie tego nauczył. - w sumie co gorszego mogłam powiedzieć?
- Nauczył? Ja? Ciebie? - roześmiał się. - Wybacz, shawty, ale nie wyglądasz na kogoś kto lubi sport.
- A ty nie wyglądasz na miłego gościa z dobrego domu. - odcięłam się, a uśmiech spełzł mu z twarzy.
- No dobra, nie każdy jest tym na kogo wygląda, przyznaję. Ale... serio? Wiesz w ogóle, co to jest?
- Parkour. - odpowiedziałam prosto. James potarł brodę w zastanowieniu.
Po chwili namysłu odpowiedział.
- Okej, niech ci będzie. Nauczę cię kilku ewolucji, ale masz mi powiedzieć, o co do diabła chodziło z tą wczorajszą akcją. - ojojoj.
- Jaką akcją? - uniosłam brwi w udawanym zdziwieniu.
- Nie udawaj głupiej blondynki, dziewczyno, dobrze wiesz, co mam na myśli. Albo mówisz co jest grane i ćwiczysz ze mną, albo stąd spadasz, a ja i tak dowiem się co kombinujesz. - zagroził. Oczywiście nic nie kombinowałam, już nie, ale grzebanie w mojej przeszłości nie jest tym o czym marzę. Bezpieczniejszym wyjściem było wytłumaczenie mu tego. Tylko jak mam mu to, do cholery, wyjaśnić?
Westchnęłam głośno i opadłam na materac, James usiadł obok. Patrzyłam na moje buty, ubierajac myśli w słowa. W końcu się odezwałam.
- Nie jestem stąd. Rodzice dostali tu fenomenalne oferty pracy i zmusili do przyjazdu tutaj wraz z nimi. Oczywiście wbrew mojej woli. - zrobiłam pauzę. - Teraz to wydaje się głupie nawet dla mnie, ale nie miałeś nigdy tak, że ze wszystkich sił i na wszelkie możliwe sposoby chciałeś pokazać, że nie podoba ci się zaistniała sytuacja? To był taki wyraz buntu. A raczej żałosna próba.
James nic nie odpowiedział, jakby licząc na to, że jeszcze coś dodam. Przynajmniej się nie śmiał. Spełniłam jego oczekiwania i dodałam:
- Teraz to już całkowicie nieważne i byłabym ci dozgonnie wdzięczna, jeślibyś zachował to dla siebie. Mogę na ciebie liczyć? - spojrzałam mu w oczy szukając jakichkolwiek oznak czegokolwiek. Nic nie dostrzegłam. James wstał i ruszył ku drzwiom. Czułam gdzieś wewnątrz narastającą panikę, bałam się, że zacznie to rozpowiadać po całej szkole, a te puste, rozpieszczone dzieciaki zatrują mi życie.
Będąc dwa kroki przed drzwiami brunet rzucił przez ramię:
- Piątek o osiemnastej, tutaj. Nie toleruję spóźnień. - uratowana.
_________________________________________________________
Po prawie dwóch miesiącach jest rozdział! Naprawdę przepraszam, że tak długo to trwało.
Prosiłabym o zostawianie choćby najkrótszych komentarzy, bo nawet jedno słowo potrafi ucieszyć ;)
A dla stałych czytelników (jeśli w ogóle tak owych mam) jest mała niespodzianka: opowiadanie ma od wczoraj swojego twittera!
@mylove_blogger
Serdecznie zapraszam do obserwowania nas ;)) Poprzez twitter będę powiadamiać o kolejnych rozdziałach.
Jeśli to czytacie to ogromne i całuśne dziękuje ;* Jeszcze raz proszę comment : D
PS. jeśli nie zrozumieliście jak ma wyglądać ewolucja, którą ćwiczył James tu link: http://auto.img.v4.skyrock.net/6743/43606743/pics/1889332859_small_1.jpg
poniedziałek, 14 lipca 2014
Rozdział 4. Nothing is okay.
Justin
Wbiegłem spowrotem do mojego mieszkania i popędziłem do kuchni. Kątem oka zauważyłem, że chłopcy są maksymalnie skupieni na ekranie telewizora ( który zajął całkowicie ich pole widzenia) i grze.
Zazwyczaj obiady robiła mi moja gosposia - Lauren, więc nie za bardzo wiedziałem co gdzie mam w kuchni. Po otwarciu i ponownym zamknięciu paru szafek znalazłem kakao. Na puszce był przepis na gorącą czekoladę. Zastanawiałem się dosłownie przez milisekundy, po czym rzuciłem się w stronę ogromnej, srebrnej lodówki. Po namyśle, moja lodówka jest tak wielka, że przypomina trochę windę z korytarza. Dopadłem zawartości lodówki i pobierznie sprawdziłem, czy mam mleko. Chyba byłem przejęty postawionym przede mną wyzwaniem, bo nie skojarzyłem, że w każdym domu jest mleko. Wtedy jednak nie wydawało mi się to tak oczywiste.
Następnie z szuflady wyjąłem gorzką i mleczną czekoladę. Lauren wciąż myślała, że nie wiem gdzie chowa moje słodycze - robiła to od wielu lat, ale co poradzę na to, że jestem niezwykle inteligenty? Sherlock powinno być moim drugim imieniem.
Nie bez problemów, ale udało mi się znaleźć garnek. Wlałem mleko i włączyłem kuchenkę. Powoli dokładałem do mleka kostki czekolady i dosypywałem kakaa. Sprawdziłem konsystencję i smak - czegoś brakowało. Zerknąłem na przepis. Cynamon!
Gdzie mam tego szukać? Sądzę, że zakrawało to o panikę, bo poszukując cynamonu narobiłem sporo hałasu, czym zwabiłem do kuchni Seana.
- Co ty odwalasz, stary? - spytał mnie z wyrzutem. - Gdzie, u diabła, zniknąłeś? Czy ty mnie w ogóle słuchasz? - zapytał, gdy zignorowałem jego poprzednie pytanie kucając przy półkach z kulinarnym-niewiadomo-czym. - Hej, czy to jest czekolada na gorąco?! Justin? Wszystko w porządku? - Sean chyba się przejął, bo jego ton zmienił się z niedowierzenia na troskę.
- Oczywiście, że nic nie jest w porządku! Sean, pomóż mi! - moje oczy były wielkie jak spodki, mikstura, która po cichu bulgotała w garnku, wywierała na mnie ogromną czasową presję: znajdę cynamon, czy może przypalę czekolade?
- Justin, spokojnie, musisz się uspokoić. Co się stało? - moje przerażenie zaczynało oddziaływać również na mojego przyjaciela.
- Sean, nie mogę znaleźć cynamonu! Pomóż mi! - to nie miało tak zabrzmieć! Ale jednak tak to zabrzmiało. Sean patrzył na mnie przez chwilę w osłupieniu nie ruszając się, nawet nie mrugnął. Potem jedynie wyprostował się, uniósł brwi w zdziwieniu i wybuchnął śmiechem. Doprawdy nie rozumiem, co takiego śmiesznego jest w próbie odnalezienia przyprawy i jednoczesnego mieszania czekolady na gorąco. Bo cynamon jest przyprawą, prawda?
Sean podszedł do kuchenki i zrobił coś, o czym nie pomyślałem, że zrobić w ogóle można. Zmniejszył temperaturę podgrzewania.
- Teraz ci tu nic z tego gara nie wyskoczy, więc łaskawie mi wytłumacz czemu masz zamiar piwo zapijać czekoladą? - Saen jeszcze nie do końca się ogarnął po salwie śmiechu, bo wciąż co chwilę nerwowo chichotał.
- Nie mam zamiaru niczego niczym zapijać! Moja sąsiadka jest przeziębiona i ma gorszy dzień, obiecałem, że zrobię jej kakao. Tylko w trakcie trochę zmienił mi się zamysł. - spojrzałem z ukosa na garnek, ale tak jak zapewniał mnie przyjaciel, nic nie zamierzało stamtąd wypływać.
- I to do niej poszedłeś, kiedy zniknąłeś? - czułem się trochę jak na jakimś przesłuchaniu.
- Tak, chciałem ją zaprosić do nas, ale sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana. Dam jej gorącej czekolady, chwilę z nią pogadam i zaraz tu wrócę, z nią lub bez niej, okej? To jakieś przesłuchanie, czy co? - oburzyłem się i skrzyżowałem ręce na piersi, lekko wydymając dolną wargę. Sean znowu zachichotał, pewnie dlatego, ze wyglądałem teraz jak naburmuszony pięciolatek, któremu zabrano zabawkę.
- Dobra, dobra, stary. Wrzuć na luz. - powiedział, wciąż się głupkowato uśmiechając. Ciemnoskóry chłopak rozejrzał się po kuchni, zajrzał do pierwszej lepszej szafki i wyjął stamtąd cynamon. Nie mam bladego pojecia jak to zrobił.
- Mów mi "Sherlocku" - zakpił ze mnie podając mi saszetkę z przyprawą.
- Dzięki. - dosypałem proszek z opakowania do garnka, zamieszałem i przelałem do ładnego kubka.
Gdy opuszczałem mój apartament usłyszałem głos z salonu:
- Powodzenia na podrywie! - puściłem uwagę mimo uszu.
Bez pukania otworzyłem drzwi i wszedłem do mieszkania Ellie. Wątpiłem, że to zrobi, ale jednak posłuchała się mnie i została w swoim pokoju. Gdy przyszedłem zastałem ją w tej samej pozycji, w której była gdy wychodziłem - zwinięta w kłębek siedziała w rogu łóżka zawinięta w koc, wyglądała jak w jakimś kokonie.
Podałem jej kubek z gorącym napojem, mówiąc perfekcyjnym francuskim:
- Bon apetite!
Jedyne co otrzymałem w zamian to nie zbyt udana próba uśmiechu. Przyjęła kubek i spróbowała.
- Dobre. - skomentowała.
- Cieszę się, że jest okej.
- Nic nie jest okej. - westchnęła i uciekła oczami poza mój zasięg. Nic nie mówiłem w nadziei, że powie coś jeszcze. Po chwili kontynuowała:
- Kiedy zbierałeś rzeczy... - urwała w pół zdania, gdyż załamał jej się trochę głos. - znalazłeś tam zużytą strzykawkę prawda? - przełknąłem ślinę. Wolałem uniknąć tego tematu. Zacząłem się zastanawiać czy powiedzieć prawdę, czy też może skłamać. Jeśli powiem prawdę to może zdobędzie się na jakieś wyjaśnienia, ale też zmuszę ją do przywołania demonów przeszłości. Jeślibym skłamał, ona wiedziałaby, że kłamię, mogłaby stracić do mnie zaufanie, ale byłaby wdzięczna, że nie zmuszam jej do mówienia o tym. Może by nawet pomyślała, że mi to nie przeszkadza. Tylko, że mi, kurde, przeszkadza!
Przypomniała mi się sytuacja z windy, kiedy powiedziała, że nie chce litości. Miała wtedy zacięte, bezlitosne i zimne spojrzenie.
- Tak. - pokiwała głową i odezwała się dopiero po chwili. Ta rozmowa była niezręczna dla nas obojga. Czułem chłód w pokoju i dystans między nami. Chciałem się pozbyć tej dzielącej nas przepaści, ale wiedziałem, że to nie jest odpowiedni moment.
- Nie mogę cię zmusić, ani nawet skłonić, żebyś uwierzył w to co powiem. Powiem tylko to, co każdy w takiej sytuacji. - podniosła wzrok i spojrzała mi prosto w oczy. - To nie należy do mnie. Nigdy nie brałam heroiny. Nie kłamię. - mówiła stanowczo i powoli, każde zdanie było wypowiedziane pewnie i było przemyślane.
- Masz rację, że nie muszę ci wierzyć. Zazwyczaj nie ufam nikomu oprócz najbliższych mi osób. -też musiałem urwać w połowie wypowiedzi, aby przemyśleć to co zaraz powiem. Nie byłem pewny czy dobrze to odbierze i czy zrozumie drugie dno, ale musiałem spróbować się do niej zbliżyć. Podszedłem do łóżka i usiadłem obok niej. Moją pierwszą myślą było przytulenie jej, lub choćby złapanie za rękę, ale wiedziałem, że wciąż jest za wcześnie. - Ale tym razem zrobię wyjątek. - przygryzłem wargę ze zdenerwowania i posłałem jej sympatyczny uśmiech. - Ponieważ jesteś inna i muszę przyznać, że mnie, dziewczyno, intrygujesz. - zmieniłem trochę ton, na bardziej żartobliwy. Desperacko próbowałem rozluźnić atmosferę.
- Niby czym cię intryguję? - dziewczyna zamrugała mocniej w zdzwieniu. - Każdy inny uciekałby od razu gdyby coś takiego zobaczył.
- Nie jestem każdym.- posłałem jej kolejny uśmiech.
Ellie
- Nie jestem każdym. - powiedział śpiewnym tonem z marzycielskim uśmiechem na twarzy. Powiedział to, co siedziało mi w głowie. W ten sposób myślałam o sobie. Nie jestem jak wszyscy.
Byłam tak okrutnie szczęśliwa, że postanowił mi uwierzyć, że nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Z drugiej strony byłam przestraszona - to, co zrobił, odebrałam jako swego rodzaju obietnicę. Miałam wrażenie, że mówił mi swoją postawą i zachowaniem " Wierzę ci, nie oceniam cię, chcę cię poznać. Ale powiesz mi, gdy przyjdzie czas". Bardzo mi to pasowało i podświadomie chyba nawet o tym marzyłam, ale też bardzo nie chciałam o tym nikomu mówić. Miałam nadzieję, że jeśli zignoruję to i zapomnę to będzie tak, jakby nic się nie wydarzyło i ból zniknie. Wystarczy zaprzeczyć istnieniu niektórych faktów...
Popatrzyłam na niego. Na jego twarz, idealne, pełne usta; bursztynowe, wesołe oczy i brązową czuprynę gęstych włosów. Jest taki piękny. - przeszło mi przez myśl. Właściwie to chyba cały czas myślałam o tym, jakiż to on jest cudny.
Miliony nastolatek zabiłyby za mieszkanie drzwi w drzwi z Justinem Bieberem, a ja mam to tak po prostu. I w dodatku okazało się, że nie jest on aroganckim, bogatym dupkiem jak początkowo sądziłam. Wprost przeciwnie! Jest taki troskliwy i kochany.
Kiedy poczułam jak materac zapada się pod jego ciężarem, gdy siadał obok mnie na łóżku chciałam, żeby objął mnie ramieniem. Czułabym się w jego ramionach bezpiecznie, oddzielona barierą jego ciała od wszelkich skomplikowanych działań tego świata. Byłabym we własnym świecie, w raju, o którego odnalezieniu marzę od dziesięciu miesięcy. Od tego dnia.
Dotarło do mnie znaczenie jego słów. O mój Boże! On chce mnie poznać! On chce mnie lepiej poznać! - moje alter ego wrzeszczało, piszczało, skakało mi po żołądku i ogółem zachowywało się jak na typową nastolatkę przystało. Natomiast moje zewnętrzne ja, którego maska obojętności i tak już prawie do reszty skruszała, zachowywało się nadwyraz spokojnie. Jedyną oznaką nadmiaru endorfin były różowawe wypieki na twarzy, ale sądzę, że i tak pozostały niezauważone, bo moja twarz była zmaltretowana po płaczu, spaniu na podłodze i trudnej rozmowie.
To było surrealistyczne - Justin chce mnie lepiej poznać, obdarza mnie zaufaniem. Zaufaniem, na które przecież nie zasłużyłam. Nie okłamałam go przecież, ale mój dobór słów nie był przypadkowy.
Nie wiem czy są słowa, które mogłyby opisać to jak bardzo cieszyłam się z tego, że dostaję od niego szansę, ale mimo wszystko czułam się podle.
Dziś rano przemyślałam sobie wszystko dokładnie jeszcze raz, nie żeby czternaście godzin w samolocie to było za mało, i plan był prosty:
Nosić maskę obojętności, zbuntować się rodzicom, doprowadzić ich do rezygnacji z prób "wychowania mnie na normalnego człowieka" i w rezultacie uzyskać zgodę na powrót do Polski.
Są ludzie, którzy powtarzali mi, że nie mam już tam po co wracać, straciłam co miałam, przegrałam swoje życie, ale coś we mnie kazało mi tam wrócić. Wrócić do pozostawionych przyjaciół, którym czułam, że muszę pomóc wyrwać się z tego bagna. Pomimo, że wiedziałam, że się nie da.
Do była taka irracjonalna potrzeba pomocy, jak w sytuacji, gdy płonie dom, w którym uwięziony jest ktoś bliski i chcesz tam wbiec i pomóc, ale wiesz, że sam byś zginął. Tak się czułam, chociaż to jedno zdanie to za mało, żeby wyrazić tę mieszankę uczuć i emocji niebezpiecznie zmiksowanych w moim sercu. Żal, tęsknota, cierpienie, samotność, to tylko to co umiałam nazwać, reszty nawet nie byłam w stanie zidentyfikować. Odmawiałam sobie prawa do szczęścia, za to, co zrobiłam przed blisko rokiem. Za to piekło, które urządziłam rodzinie w ciągu ostatnich paru lat.
I dlatego nie umiałam się w pełni cieszyć z tego, że cudowny chłopak siedział obok mnie i właśnie chwytał mnie za rękę, po to, by zacząć uspokajająco gładzić moją dłoń. Udawałam twardą już tak długo, że nie umiałam przestać, ale mimo to wzruszył mnie ten prosty gest.
Zagryzłam wargi, żeby się nie rozpłakać i oparłam głowę na jego ramieniu.
Jakie to idiotyczne! - ofuknęłam samą siebie. Bo rzeczywiście ta sytuacja jest idiotyczna. Halo, dziewczyno? Znasz go jeden dzień. Ogarnij się i odklej od niego! - odezwała się moja druga strona, ta która powodowała u mnie wyrzuty sumienia tak straszne, że miałam odruch wymiotny.
W mojej głowie myśli galopowały z zawrotną prędkością: A może to tylko litość? Jak ktoś taki jak ja może czuć się tak szczęśliwym? Czemu podświadomie już dawno mu zaufałam? Może dam radę żyć w Ameryce i zostawić przeszłość za sobą? Może on jest do tego kluczem?
Moja ciemna strona ma rację co do jednego. Znam go jeden dzień - musze zwolnić i dać sobie czas.
Trzymanie głowy na jego ramieniu i wdychanie jego perfum połączonych z jego zapachem było naprawdę przyjemne i mnie uspokajało, ale wiedziałam, że to za wcześnie na takie spoufalanie się. Dlatego oderwałam od niego głowę i rozdzieliłam nasze, dotychczas splecione, palce.
- Dziękuje, Justin. - powiedziałam cicho. - Dziękuje ci za to, że dajesz mi szansę. Powiedzmy, że dotychczas nie za często mi się to zdarzało. - zaśmiałam się cicho. Kątem oka zauważyłam, że Justin szuka mojego spojrzenia swoimi orzechowymi oczami i nerwowo oblizuje wargi. Może tylko mi się zdawało, albo widziałam to co widzieć chciałam, ale prawie napewno był zawiedziony, że to już koniec przytulania. - Dziękuję ci też za to, że jutro rano wstaniesz i zjedziesz ze mną windą. - posłałam mu bezczelny uśmieszek.
- To żaden problem. - w odpowiedzi uśmiechnął się uroczo. Spojrzałam na elektroniczny zegar na regale, a on powiódł za moim spojrzeniem. Jego oczy otworzyły się szerzej, po czym przetarł twarz dłonią.
- O nie... - jęknął. Zegar pokazywał, że jest już po jedenastej. Wstałam z łóżka i stłumiłam stęknięcie, gdy strzelilo mi w kolanach. Zerknęłam dyskretnie na Justina, jednocześnie przygryzając wargę. Nawet jeśli usłyszał trzaśnięcie moich stawów, to nie zwrócił na to uwagi.
- Chyba już pora... - zaczęłam mówić przesuwając się w stronę drzwi, gdy przerwał mi jego głos.
- Wpadniesz do mnie? - nie wydawał się zaskoczony tym, że to pytanie wyrwało się z jego gardła, pomimo tego, że wyrzucił je z siebie jednym tchem, jak serię z karabinu.
Zaczęłam zastanawiać się nad odpowiedzią. Moich rodziców jeszcze nie ma. Nie wrócą przed północą, więc mogłabym wstąpić na chwilę... Chłopak zauważył moje wachanie, bo zbliżył się do mnie, chwycił mnie ponownie za rękę i uśmiechając się jak słodki chłopczyk powiedział:
- Presley, nie daj się prosić. - jego zachrypnięty szept wywołał dziwne uczucie w moim żołądku. Nie były to motylki, ani nawet pędzące słonie, to była raczej moja "ciemna strona" atakująca moją śledzionę i żołądek prawym sierpowym, naprzemian z lewym prostym. Mentalnie kopnęłam się w twarz i uległam jego czarującemu spojrzeniu, przysiegam, że to były jakieś szarlatańskie sztuczki.
W rzeczywistości przybliżył się do mnie na tyle, że ponownie jego zapach wypełnił moje płuca i lekko pociągnął mnie za rękę w stronę jego mieszkania. I tyle po moim "zwalnianiu tempa".
- Chodź.- szepnął i skinął na mnie głową. Uśmiechnęłam się do niego przepraszająco, wyplątałam dłoń z jego uścisku. Zręcznie wypchnęłam go za próg i zamykając za nim drzwi szepnęłam "dobranoc". - moja fantazja rozmyła się, gdy minęłam próg wciąż delikatnie ciągnięta przez blondyna. Zastanawiałam się gdzie, do cholery, podziała się wtedy moja moralność i silny charakter, ale wystarczyło, że na niego patrzyłam, a nie mogłam mu nie ulec. Wystarczyło, że trzymał mnie pewnie za rękę, a ja chciałam, by nigdy nie puszczał. Być może, byłam wtedy nawet w stanie go okłamać, co do całej mojej przeszłości, by tylko zostać przy jego boku na zawsze. I już zawsze pielęgnować te kłamstwa, w tym ułudnym śnie.
Zatrzymał się przed drzwiami jego apartamentu i oblizując usta spojrzał mi w oczy.
- Nie mam pojęcia jak bardzo wstawieni będą moi przyjaciele, więc za wszelkie... niedogodności i... nieważne. Po prostu jakby co, to za nich przepraszam. - uznałam, to jak chłopak się denerwował, za urocze. Hmm... ostatnio nadużywam słów "słodki" i "uroczy". Justin nacisnął klamkę i przepuścił mnie w drzwiach. Wszedł od razu za mną i prędko poszedł do salonu by sprawdzić stan kolegów.
Jak się chwilę później okazało byli oni (prawie) trzeźwi. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego niż zastałam w mieszkaniu mojego sąsiada.
Przede wszystkim miał mniej pokoi, przez co miał więcej przestrzeni, toteż jego salon był... ogromny. Mimo wielkich rozmiarów nie znajdowało się tam wiele mebli czy innego sprzętu. Mieszkanie było bardzo minimalistyczne. Nawet ściany pozostawił białe.
Na środku pokoju dziennego stał duży telewizor i ciemna, skórzana sofa, na której zalegała czwórka przyjaciół Biebera.
Kiedy podeszliśmy bliżej zauważyliśmy, że chłopcy zamiast grać w gry wideo oglądają zdjęcia, a jeden z nich pochlipuje. Cofam to, że byli trzeźwi, a przynajmniej płaczący typek nie był.
Justin odezwał się do swoich kumpli:
- Emmm... -oczywiście musiał zacząć od uroczego jąkania się. - To jest Ellie, moja sąsiadka. - przeleciał po nich spojrzeniem, a gdy zauważył, że jeden z gości płacze powiedział: - Bruce, nie rozklejaj się przy dziewczynie. Bruce... - podszedł i zmartwiony zaczął go pocieszać, a chłopak, który najwyraźniej miał na imię Bruce przytulił się do niego i zaczął bełkotać mu coś w koszulkę. Justin utknął w miażdżącym uścisku kolegi, po jego minie można było wywnioskować, że nie jest to zbyt wygodna pozycja, ale bez narzekania zaczął go pocieszać i głaskać po głowie jak małego chłopca. Patrząc na nich zaczęłam chichotać.
Dopiero po chwili zauważyłam, że wpatrują się we mnie oczy, które w słabym świetle bijącym od ekranu telewizora, wydawały się czarne. Ciemnoskóry wstał i uśmiechając się podał mi dłoń.
- Sean. - przedstawił mi się. Niepewnie uścisnęłam jego dłoń. Sean nie był osobą, którą chciałabym spotkać wieczorem na ulicy. Był wysoki, umięśniony i wyglądał groźnie. Za to jego uśmiech był naprawdę ciepły i serdeczny. Od razu domyśliłam się, że jest najbliższym przyjacielem Justina. Było to widać w sposobie w jaki na siebie patrzyli.
Gestem zaprosił mnie, bym przysiadł się obok nich na kanapie. Usiadłam już nieco bardziej ośmielona. Po chwili Justin uwolnił się z uścisku podchmielonego Bruca i przysiadł na oparciu kanapy tuż koło mnie. Zaczęliśmy oglądać z nimi zdjęcia. Obrazy przeskakwiały i co chwilę widziałam Justina z chłopakami, lub kimś innym, kogo nie znałam, bądź kojarzyłam z telezwizji na tle ładnych widoków lub w dziwnych sytuacjach. Przyjaciele komentowali zdjęcia, przywoływali wspomnienia, żartowali i śmiali się. Pomimo tego, że się nie odzywałam i nie brałam udziału w dyskusjach to śmiałam się razem z nimi.
W pewnym momencie sceneria zdjęć zmieniła się i zamiast plaż i klubów ukazywało nam się miasto w czarno-białych kolorach z Seanem i Justinem. Na fotografiach pokonywali poręcze, przeskakiwali z dachu na dach i wykonywali inne mniej lub bardziej niebezpieczne tricki. Zaintrygowało mnie to.
- Co to? - spytałam Justina. Zamiast niego odpowiedzi udzielił mi Sean.
- To parkour. Polega na bieganiu po mieście i pokonywaniu przeszkód... powiedziałbym terenowych, ale w tym przypadku miejskich, w niecodzienny sposób. - kończąc zdanie puścił mi oczko, na co się zarumieniłam. Moje ramie stykało się z przedramieniem Justina, przez co poczułam jak napina mięśnie, widząc to. Sean też to zauważył, na co zachichotał ukazując proste, śnieżnobiałe zęby.
- Uwielbiam ten sport. Kiedyś uprawialiśmy go z Justim...
- Nie mów tak do mnie - Justin spojrzał wymownie na Seana wypychając dolną wargę, w grymasie godnym pięciolatka, na co ten tylko się zaśmiał.
- Niestety w Nowym Jorku nasz drogi przyjaciel się rozleniwił i spasł. - wszyscy zaśmiali się z Justina, ale on również się śmiał.
- Sean, przesadzasz. - chłopak próbował się bronić przy czym zabawnie przeciągał samogłoski.
- Niestety... - Sean wrócił do opowiadania o sporcie. - nie wszyscy uważają to za dyscyplinę sportową. Uważają, że jeśli czegoś nie da się wykonywać na obiekcie sportowym lub nie da się do tego zbudować toru, to nie jest to sportem. Nazywają parkour "tylko śmiesznym bieganiem". - Sean się zasępił mówiąc to, a mnie coś tchnęło. Możesz tylko biegać, zapomnij o skokach, tylko biegi. - w mojej głowie rozbrzmiały słowa lekarza. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę, że to jest coś więcej niż tylko bieganie, i że pewnie jest to równie obciążające fizycznie jak biegi przez płotki, ale postanowiłam spróbować. Patrząc na zdjęcia pełne dynamiki i ryzyka zaczynałam się ekscytować, a przecież tylko siedziałam na kanapie.
- Uważam, że przez to, że nie można dostosować do tego sportu żadnego toru, ani dokładnej trasy jest on niezwykły i jest jakby... wolny. - była to moja pierwsza dłuższa wypowiedź odkąd weszliśmy do miekszania Justina. Speszyłam się trochę tym, że wypowiedziałam na głos, co mi w duszy grało, ale czułam się z tym dobrze. Spojrzałam na zegarek - za dziesięć dwunasta.
- Chyba powinnam już iść. - podniosłam się z kanapy, a Justin wstał zaraz po mnie. Odprowadził mnie w ciszy, aż pod moje drzwi. Chciałam nacisnąć klamkę, ale zawachałam się i odwróciłam przodem do niego.
Jego ciemno-blond włosy opadały mu na czoło i zasłaniały błyszczące oczy. Oblizywał wargi, a ja przyłapałam się na tym, że robiłam to samo.
- Do jutra, Bieber. - powiedziałam chicho, prawie szeptem.
- Do jutra, Presley. - odpowiedział również szeptem. Przy czym jego szept był niezwykle... pociągający. Miałam ochotę go pocałować, ale halo! Znam go jeden dzień, muszę się opanować. Zachowuję się jakbym miała gorączke. Zaraz, przecież miałam gorączkę. Jak mogłam o tym zapomnieć?
Chyba tracę głowę. Chciałam się odwrócić i wejść do domu, gdy nagle chłopak przysunął się bliżej mnie i wpatrywał się w moje oczy. Rozchylił lekko usta, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć. Na jego czole na ułamek sekundy pojawiła się zmarszczka, sugerująca napięcie. Zamiast się odezwać on tylko przygryzł wargę i powtórzył:
- Dobranoc, dziewczyno.
Jeszcze słowa te nie wybrzmiały do końca, a on już znikał za swoimi drzwiami witany głośno przez kolegów. Wchodząc do domu zdałam sobie sprawę, że moje serce bije szybciej niż powinno.
Cofam to, że nic nie jest okej. On jest. I to bardzo. - pomyślałam z zawadiackim uśmiechem, choć nikt nie mógł tego dostrzec.
___________________________________________________________________
Jeśli to czytacie - dziękuje!!
Jeśli podoba Wam się moje opowiadanie, to bardzo was proszę, zostawcie po sobie komentarz ;) To naprawdę motywuje do pisania kolejnych rozdziałów, bo wtedy wiem, że ktoś chce przeczytać następny rozdział.
Z tym rozdziałem akurat się troche na męczyłam, ale jakoś się udało dobrnąć do końca.
Przepraszam, że nie ma akapitów, wiem, ze cieżko się czyta, ale nie mam sił na walkę z bloggerem. Do następnego ;))
piątek, 4 lipca 2014
Rozdział 3. You're very misterious person, huh?
Justin
Kiedy wyszedłem rano z mojego apartamentu na ostatnim piętrze, zaskoczył mnie widok nietypowo, jak na Manhattan, ubranej dziewczyny, która ssąc kciuk zastanawiała się nad czymś intensywnie, jednocześnie gapiąc się na windę. Wyglądała, jakby zastanawiała się "jak to się włącza?!". To było nawet zabawne.
Kiedy byliśmy już w windzie mogłem się jej lepiej przyjrzeć.
Krótko obcięte, bardzo ciemne włosy; migdałowe oczy, które miały kolor gorzkiej czekolady - były prawie czarne. Po takich kolorach można by się spodziewać równie ciemnej karnacji, ale dziewczyna była biała. O dziwo, miała mleczną cerę, choć na jej idealnie prostym, wąskim nosku gościło kilka jasnobrązowych piegów. Perfekcyjnie wyregulowane brwi, wysokie czoło, pełne usta. Kojarzyła mi się z jedną z tych modelek z okładek magazynów.
Nawet była idealnie szczupła. Legginsy pokazywały jej długie, atletycznie zbudowane nogi. Pomyślałem, że oszołamiająco wyglądałaby w sukience i wysokich szpilkach. W sumie nie potrzebowała makijażu, taka była piękna w dresie i z naturalnym wyglądem, ale jej usta cholernie seksownie wyglądałyby podkreślone czerwoną szminką.
Cholera, o czym ja myśle? Obczajam nową sąsiadkę. Justin, to jest złe!
Ale i tak nie mogłem się powstrzymać, przed przyglądaniem się jej. W tych za dużych męskich ubraniach wyglądała... po prostu uroczo.
Presley, ile możesz mieć lat? - zadałem pytanie samemu sobie, gdy po raz kolejny powracałem do porannych wydarzeń z windy, siedząc na tylnym siedzeniu mercedesa. Wyglądała dość dojrzale. Może była w moim wieku?
Kurde, to tylko zwykła laska! Musze przestać o niej rozmyślać. To tylko człowiek.
Chłopcy musieli mnie dziś ściągać na ziemię podczas prób, niezliczoną ilość razy. A ja mimo to, cały czas analizowałem wszystko, czego się o niej dowiedziałem.
Co w niej takiego niezwykłego, co przyciągnęło moją uwagę? Jej strach przed windami? A może to, że postanowiła się ubrać w ciuchy z lumpeksu na środku Manhattanu? Odwaga czy szaleństwo? - automatycznie zadałem sobie pytanie.
Westchnąłem zrezygnowany - ta dziewczyna utkwiła mi w głowie na dobre!
Chciałem skupić się na czymś innym, więc wyjrzałem przez okno. Dość sprawnie pokonywaliśmy kolejne przecznice i już zbliżaliśmy się do mojego mieszkania. Nie mogłem narzekać na mojego szofera. Ciekawe czy ona ma już prawko? Justin, przestań! - syknąłem na siebie z roztargnieniem.
Przerzuciłem swoją uwagę na dzisiejszą małą imprezę, która szykowała się u mnie w domu.
Miało przyjechać kilku moich najbliższych przyjaciół z Atlanty i ze Stratford w Kanadzie. Już nie mogłem się doczekać. Strasznie brakowało mi chłopaków, przez cały ten czas, który spędzałem z dala od nich.
Od razu się podekscytowałem na myśl, że spędzimy cały wieczór na graniu w karty, gry wideo oraz jedzeniu chipsów i popijaniu ich zimnym piwem. Niby w naszym wieku jesteśmy dorośli, ale w głębi wciąż pozostawaliśmy dziećmi, pomimo dwudziestki na karku. Ktoś kiedyś powiedział, że faceci nigdy nie dorastają, z wiekiem rosną tylko ich zabawki, i mogę się założyć, że powiedziała to matka kilkorga synów.
A może Presley też by przyszła?- nie mam pojęcia skąd, ale ta myśl tak nagle pojawiła się w mojej głowie, że uznałem to za świetny pomysł.
Byłaby nas piątka, a jak dojdzie Ellie to wtedy byłoby nas parzyście. O wiele łatwiej grało się w gry, gdy można się było dzielić na równe zespoły.
Uśmiechnąłem się sam do siebie, jako pochwałę za tak genialny plan.
Jadąc windą na ostatnie piętro, mimowolnie przypomniałem sobie, co działo się tu rano. Ta dziewczyna była taka naturalna. Rozmawiała ze mną z pewną lekkością, ale też była spięta, przypuszczam, że to przez to, że winda zatrzymała się między piętrami, choć na początku była bardzo chłodna w stosunku do mnie i unikała rozmowy. Na pewno pomyślała, że jestem żałosnym tchórzem, gdy dostałem ataku paniki w czasie awarii i dlatego z początku była taka wymijająca.
Coś w niej jest. - stwierdziłem w myślach.
Wychodząc z windy przelotnie zerknąłem na drzwi po prawej, jej drzwi. Zatrzymałem się w pół kroku i odwróciłem w stronę jej mieszkania. Zastanawiałem się tylko chwilę i podszedłem do drzwi. Chciałem zadzwonić, ale nie było dzwonka. W takich apartamentach, wszystkich gości zapowiada portier z dołu.
I tak pewnie jeszcze jej nie ma. - zaczynałem się rozmyślać. A może zwyczajnie traciłem pewność siebie? Oblizałem usta w zdenerwowaniu i przestąpiłem z nogi na nogę, po chwili wahania zdecydowałem się cicho zapukać. Odpowiedziała mi cisza.
Miałem przeczucie, że po prostu zrobiłem to zbyt cicho, ale, kurde, po prostu trochę denerwowałem się na myśl o tym, że ta dziewczyna otworzyłaby mi drzwi. Co miałbym jej powiedzieć? "Hej, właśnie wracałem i chciałem sprawdzić co u ciebie?" - ledwo ją znam. Pomyślałaby, że jestem nachalny.
Nie pukałem ponownie, zamiast tego wyjąłem z kieszeni klucz, otworzyłem drzwi do mojego domu i od razu po wejściu do mieszkania skierowałem się do kuchni.
Mieszkanie było bardzo przejrzyste - nie było tu wielu ścian, a centrum stanowił ogromny salon. Jedyne meble jakie miałem, to te najpotrzebniejsze. Ściany były białe, jedynie moją sypialnię zdecydowałem się pomalować na ciemno-szaro.
Będąc już w kuchni, zajrzałem do lodówki - piwo jest, i do szafek ze słodyczami - przekąski są. Uśmiechnąłem się na myśl o dzisiejszym wieczorze. Naprawdę nie mogłem się już doczekać. Zerknąłem na zegarek i przekonałem się, że chłopcy powinni już to być. Ledwo to pomyślałem, a drzwi otworzyły się i przywitały mnie ich radosne okrzyki.
Poszedłem się przywitać.
Najpierw wymieniłem męski uścisk z Brucem ze Stratford, potem z Jackiem i Billym. Na koniec zostałem zmiażdżony w niedźwiedzim uścisku przez Seana, który jako jedyny był czarnoskóry. Był też moim najlepszym przyjacielem.
Gdy już skończyliśmy powitanie i chłopcy zaczęli sie rozglądać po moim domu w poszukiwaniu xboxa i chipsów, ja wciąż miałem na twarzy ogromnego "banana". Nie mogłem przestać się uśmiechać, ale zauważyłem, że Sean ma ten sam problem.
- Gdzie masz jedzenie? - spytał Billy, w tym czasie z kuchni wyszedł Bruce niosąc miski z przekąskami i schłodzone piwo.
- A jak myślisz, matole? - odparł żartobliwie Billy'iemu.
Podszedłem do czterdziesto-sześcio calowego telewizora i zacząłem przygotowywać wszystko do rozpoczęcia maratonu gier. Kiedy wszystko było już gotowe, a wszyscy znaleźli sobie wygodne miejsca na najbliższe pare godzin, uniosłem moją butelkę i wzniosłem skromny toast:
- Za spotkanie!
- Za spotkanie! - przyjaciele zgodzili się ze mną, unieśliśmy w geście pozdrowienia butelki po czym duszkiem wypiliśmy około połowy ich zawartości.
- Grajmy już, noo! - niecierpliwił się Jack. Chciał brzmieć na znudzonego tymi wszystkimi ckliwymi ceregielami, jak przytulanie i toast, ale na jego twarz wkradł się uśmiech i zepsuł cały efekt.
Nie tylko ja to dostrzegłem i zaśmialiśmy się wszyscy. Włączyłem sprzęt i zaczęliśmy grać.
Po upływie jakiś dwóch godzin, postanowiliśmy zmienić grę. Bruce zaczął sprzeczać się z Seanem o to, w co powinniśmy zagrać najpierw. Ja natomiast skorzystałem z okazji i wstałem, by rozprostować kości.
Nagle przypomniało mi się, że chciałem pójść po dziewczynę z naprzeciwka.
Po cichutku wymknąłem się z salonu, a potem równie cicho z mieszkania. W paru większych krokach pokonałem odległość dzielącą moje i jej drzwi. Zapukałem.
Znów odpowiedziała mi cisza. Spojrzałem na zegarek.
Nie ma jeszcze dziewiątej. Kto śpi o tej porze?!
Sam nie wiem czemu, ale nacisnąłem klamkę. O dziwo, drzwi ustąpiły. Uchyliłem je lekko i wsunąłem głowę do środka.
-Halo? - zapytałem w pustą przestrzeń i rozejrzałem się. Na podłodze tuż przy drzwiach leżała dziewczyna zawinięta w dziecięcy kocyk. Dookoła niej walały się zdjęcia, medale, fragmenty gazet i dziwne małe zabaweczki i figurki. Wyglądały jak pamiątki.
Podszedłem do niej najciszej jak mogłem i przyjrzałem się jej. Z początku myślałem, że ma zły humor i mnie olewa, ale ona spała! Kto śpi przed drzwiami!?
Dobrze, że mnie wtedy nikt nie widział, przypuszczam, że oczy wyszły mi z orbit, gdy zdałem sobie z tego sprawę.
- Presley? -szepnąłem. Nie zareagowała. Pomyślałem, że mogła się wyziębić śpiąc na podłodze, więc przyłożyłem wierzch dłoni do jej policzka. Rzeczywiście był cieplejszy niż powinien.
Usiadłem koło niej i zacząłem przesuwać dłoń po jej ramieniu w górę i w dół. Liczyłem, że to ją obudzi bez zbędnego szoku, ale ona nadal spała. Potrząsnąłem lekko jej ramieniem. Jedynie lekko rozchyliły jej się usta, ale się nie obudziła.
Zauważyłem, że na jej policzkach są srebrne ślady po łzach. Popatrzyłem po wszystkim co było dookoła. Zdjęcia ludzi, których nie znałem, wycinki z polskich gazet ze zdjeciami nastolatki w kucyku skaczącej przez płotki, i medale. Mnóstwo brązowych i srebrnych, ale tylko jeden złoty. Nie mogłem rozszyfrować znaczeń słów wypisanych na odznaczeniach, ale gdybym mógł to pewnie zrozumiałbym czemu jest tu tylko jeden złoty.
Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu nie byłem w stanie uwierzyć, że ona mogłaby nie wygrywać. Przeczuwałem, że prawie zawsze wygrywała.
Ponownie skupiłem na niej uwagę.
Nie miała na sobie makijażu i wciąż była ubrana w to samo, co rano w windzie. Jej czarna bluza wciąż była wilgotna od deszczu. Otuliłem ją szczelniej kocykiem, żeby się jeszcze bardziej nie wychłodziła. Dbałem o nią jakoś tak... instynktownie.
Patrząc na nią w ciszy i kontemplując jej urodę zdałem sobie sprawę, że się uśmiecham. Zaskoczyłem tym samego siebie.
Zazwyczaj przecież jestem nieufny wobec ludzi. Mam wrażenie, że wszyscy chcą poznać chłopaka wykreowanego przez wytwórnie, a nie prawdziwego mnie. Bałem się, że zależy im na mojej sławie, pieniądzach i moim wpływie na show-biznes, ale gdy zobaczyłem ją w dresie, nie ukrywającą swoich emocji, nie piszczącej na mój widok, traktującej mnie tak samo, jak każdego innego człowieka - podświadomie ją polubiłem i myślę, że odrobinę zaufałem.
To brzmi głupio i ckliwie, ale cóż poradzę na to, że jestem romantyczny?
Wiedziałem, że muszę ją przenieść z tej podłogi najlepiej do jej pokoju. Tu napotykałem pierwszy problem - gdzie jest jej pokój? Moje mieszkanie miało mniej ścian i mniej pokoi. Jej było... zabudowane.
Rozejrzałem się po korytarzu - wszystkie drzwi były zamknięte oprócz jednych. Domyśliłem się, że to właśnie drzwi do jej pokoju. Powinni mówić na mnie Sherlock.
Drugim problem było to, że zwyczajnie nie chciałem jej stąd ruszać. Nie zrozumcie mnie źle. Nie zależało mi na je chorobie i bólu pleców, gdy wstanie. Miałem raczej na myśli to, że wyglądała tak niewinnie i bezbronnie gdy tak spała. Zawinięta w błękitno - różowy kocyk była niesamowicie urocza, a przez lekko rozchylone wargi i zmierzwione krótkie włosy była seksowna.
Patrząc się na nią oblizałem usta czując powoli rosnące napiecie. Odegnałem dziwne myśli, które zaczynały formować się w mojej głowie i delikatnie wsunąłem rękę pod jej kolana. Drugą zaś chwyciłem za jej obręcz barkową i tak delikatnie jak tylko potrafiłem uniosłem ją i skierowałem się z nią do jej sypialni.
Była niesamowicie lekka i krucha - tak sobie pomyślałem, pomimo tego, że czułem rozbudowane mięśnie jej nóg. To pewnie od biegania przez płotki. - skomentowałem jej umięśnienie. Podświadomie zacząłem wyobrażać sobie jej wyrzeźbione nogi w szpilkach i krótkiej spódniczce. Znowu poczułem dziwne napięcie gdzieś w moim ciele, ale szybko się tego pozbyłem, kręcąc głową i skupiając się na tym, aby nie uderzyć nią o framugę drzwi.
Przekroczyłem próg i wszedłem w szare królestwo. Dokładniej to szaro - kremowe. Było tu ładnie, schludnie i spokojnie. Myślę, że można by to nazwać kobiecym odpowiednikiem mojego pokoju.
Podszedłem do podwójnego łóżka z satynową narzutą i ostrożnie ją na nim położyłem. Niosąc ją czułem ciepło jej ciała, a gdy schyliłem się, by ją położyć nasze twarze dzieliły centymetry. Zauważyłem równe brwi, nieskazitelną cerę, moje oczy skakały po jej twarzy, pragnąc zapamiętać jak najwięcej. Potem zobaczyłem, że miała gęste, długie i naturalnie podwinięte rzęsy, ładny nos. Jej usta były wyraźnie zarysowane i miały głęboki łuk kupidyna, ale mimo wszystko były duże i pełne. Dzięki swoim ostrym rysom nie wyglądały wulgarnie, kojarzyły mi się raczej z klasycznym pięknem. Pojęcie ostrych rysów pasowało też do jej mocno zaznaczonych kości policzkowych. Była cudowna.
Odłożyłem ją i wyszedłem z sypialni, by zebrać rzeczy pozostawione w hallu, ale też dlatego, żeby trochę ochłonąć. Chyba jeszcze nigdy nie widziałem piękniejszej dziewczyny, albo może tak reagowałem dlatego, że Ellie była na swój sposób wyjątkowa?
Nie łudź się, Justin, nie przywiązuj się, nie zakochuj ponownie. One wszystkie chcą tylko "ciebie", a nie Ciebie. Po prostu jest gorąca.
Woah, mój wewnętrzny głos przyznał, że ta laska jest gorąca.
Schyliłem się, by pozbierać jej wspomnienia. Starałem się nie patrzeć na to, co wkładam do sponiewieranego pudełka po butach, wiedząc, że naruszyłbym jej prywatność. A czy nie to właśnie robisz? - zignorowałem tą myśl. Rozglądałem się po jej mieszkaniu i nagle zrozumiałem czemu leżała akurat w tym miejscu. Mogła stąd patrzeć na olbrzymie zdjęcie rodzinne. Jej zdjęcie rodzinne.
Domyśliłem się, że blondynka z dzieckiem to pewnie jej starsza siostra, bo widziałem je razem na wielu zdjęciach, które włożyłem do pudełka (nie mogłem się powstrzymać przed spoglądaniem na nie). Zdzwiła mnie jedna rzecz, którą włożyłem do pudełka jako ostatnią. Była zapakowana w foliowy woreczek. Od środka brudna od czegoś brązowego, a może brunatnego? Nieważne jaki to kolor. Wiedziałem, co to jest i lekko się przestraszyłem, że to u niej znalazłem.
Po co ona trzyma zużytą strzykawkę? Chyba wiedziałem, ale bardzo nie chciałem dopuścić do siebie tej myśli. Chociaż, to by wyjaśniło, czemu jest taka szczuplutka, czemu nie chce chodzić po schodach, czemu ubiera się jak bezdomny i czemu nie używa makijażu, ah i to, czemu była taka zdenerwowana rano.
Justin, przestań! Zobaczyłeś strzykawkę i już ją osądzasz! Moje alter ego miało rację. Podpasowałem wszystko pod tą strzykawkę. Nie chodzi po schodach pewnie przez kontuzję związaną ze sportem. Albo może nie uprawia sportu przez heroinę? -drugi głos się odezwał. Jeden mówił mi, by dać jej szansę, drugi, że to kolejna oszustka. W dodatku narkomanka.
Muszę przestać! To tylko sąsiadka, nikt ponad to. Przynajmniej na razie. Kiedy sytuacja się rozwinie, powie mi jeśli zechce, jeśli nie to sam się jej spytam. Tak czy siak, narazie dam jej szansę.
Wróciłem do jej sypialni przygryzając wargę i marszcząc brwi w zamyśleniu.
- Co ty tu robisz? - usłyszałem jej głos. Spojrzałem w stronę łóżka. Ellie się obudziła i przecierała sennie oczy.
- Emm... - zawachałem się trochę nie wiedząc, od czego zacząć. - Przyjechało do mnie kilku kumpli i chciałem cię do nas zaprosić, ale nieodpowiadałaś, i tak jakoś... wszedłem do środka. - chciałem kontynuować ale przerwała mi westchnieniem.
- No tak, nie zamknęłam drzwi. - chwilkę milczała po czym odezwała się ponownie. - Przyniosłeś mnie tu?
- Tak. - potwierdziłem. - Gdzie to...? - zapytałem, nie kończąc zdania. Zauważyła, co trzymam w ręku i momentalnie spochmurniała. Widziałem, że bije się z myślami, bo przygryzała wargę i ściągała brwi.
- Cokolwiek widziałeś, to nie tak jak myślisz. Nie waż się mnie oceniać, po mojej przeszłości, której możesz się jedynie domyślać. - powiedziała łagodnie, ale stanowczo patrząc mi w oczy. Nie szukała w moim spojrzeniu potwierdzenia, że zrozumiałem ani ulgi. Wzrokiem wymuszała na mnie przyjęcie tych słów. I tak bym je zaakceptowa,ł bo dawały mi nadzieję.
- Okej. Nic nie wiem. - odparłem nawiązując do słów "Nie waż się mnie oceniać, po mojej przeszłości, której możesz się jedynie domyślać.". Moim zdaniem powinna jeszcze dobitnie na końcu dodać "nic nie wiesz", dlatego zrobiłem to za nią.
Uśmiechnęła się.
- Dziękuję.
- No ja myślę, że mi dziękujesz. - pufnąłem żartobliwie z chytrym uśmieszkiem na twarzy. Podszedłem do niej i usiadłem na łóżku obok niej. Nasze uda się zetknęły, ale się nie odsunęła. Nawiązaliśmy kontakt wzrokowy i ponownie dotknąłem jej policzka. Pewnie pomyślała, że chcę ją pocałować. I nie wiele się pomyliła, bo będąc tak blisko niej, naprawdę miałem na to ochotę.
Ona się jednak nie odsunęła, tylko wciąż patrzyła mi w oczy. Najpierw pomyślałem, że jest pewna siebie, ale potem zauważyłem, że jej oczy są ciemne i trochę jakby puste. Nie takie żywe i błyszczące jak wtedy, gdy żegnaliśmy się rano w lobby jednocześnie żartując i dogryzając sobie. Zdałem sobie sprawę, że jej jest to obojętne.
- Masz gorączkę. - szepnąłem. Byliśmy na tyle blisko, że nie było sensu mówić głośniej.
- Dzięki za troskę, ale przejdzie mi do rana.
- Chcesz ciepłej herbaty, kakao? - spytałem z troską w głosie. Zdecydowanie nie tak miało to zabrzmieć.
Kiwnęła przecząco głową, ale zdradził ją jej brzuch, który zaburczał.
- Kakao? - uśmiechnąłem się wstając. Ona tylko westchnęła i skinęła głową dając za wygraną.
- Zaraz wracam, Presley. Czekaj tu na mnie. Zaraz dostaniesz najlepsze kakao w życiu. - posłałem jej łobuzerski uśmieszek. W moich oczach tańczyły iskierki i jedna z nich przeskoczyła na nią, bo ujrzałem błysk w jej oczach gdy powiedziała:
Kiedy wyszedłem rano z mojego apartamentu na ostatnim piętrze, zaskoczył mnie widok nietypowo, jak na Manhattan, ubranej dziewczyny, która ssąc kciuk zastanawiała się nad czymś intensywnie, jednocześnie gapiąc się na windę. Wyglądała, jakby zastanawiała się "jak to się włącza?!". To było nawet zabawne.
Kiedy byliśmy już w windzie mogłem się jej lepiej przyjrzeć.
Krótko obcięte, bardzo ciemne włosy; migdałowe oczy, które miały kolor gorzkiej czekolady - były prawie czarne. Po takich kolorach można by się spodziewać równie ciemnej karnacji, ale dziewczyna była biała. O dziwo, miała mleczną cerę, choć na jej idealnie prostym, wąskim nosku gościło kilka jasnobrązowych piegów. Perfekcyjnie wyregulowane brwi, wysokie czoło, pełne usta. Kojarzyła mi się z jedną z tych modelek z okładek magazynów.
Nawet była idealnie szczupła. Legginsy pokazywały jej długie, atletycznie zbudowane nogi. Pomyślałem, że oszołamiająco wyglądałaby w sukience i wysokich szpilkach. W sumie nie potrzebowała makijażu, taka była piękna w dresie i z naturalnym wyglądem, ale jej usta cholernie seksownie wyglądałyby podkreślone czerwoną szminką.
Cholera, o czym ja myśle? Obczajam nową sąsiadkę. Justin, to jest złe!
Ale i tak nie mogłem się powstrzymać, przed przyglądaniem się jej. W tych za dużych męskich ubraniach wyglądała... po prostu uroczo.
Presley, ile możesz mieć lat? - zadałem pytanie samemu sobie, gdy po raz kolejny powracałem do porannych wydarzeń z windy, siedząc na tylnym siedzeniu mercedesa. Wyglądała dość dojrzale. Może była w moim wieku?
Kurde, to tylko zwykła laska! Musze przestać o niej rozmyślać. To tylko człowiek.
Chłopcy musieli mnie dziś ściągać na ziemię podczas prób, niezliczoną ilość razy. A ja mimo to, cały czas analizowałem wszystko, czego się o niej dowiedziałem.
Co w niej takiego niezwykłego, co przyciągnęło moją uwagę? Jej strach przed windami? A może to, że postanowiła się ubrać w ciuchy z lumpeksu na środku Manhattanu? Odwaga czy szaleństwo? - automatycznie zadałem sobie pytanie.
Westchnąłem zrezygnowany - ta dziewczyna utkwiła mi w głowie na dobre!
Chciałem skupić się na czymś innym, więc wyjrzałem przez okno. Dość sprawnie pokonywaliśmy kolejne przecznice i już zbliżaliśmy się do mojego mieszkania. Nie mogłem narzekać na mojego szofera. Ciekawe czy ona ma już prawko? Justin, przestań! - syknąłem na siebie z roztargnieniem.
Przerzuciłem swoją uwagę na dzisiejszą małą imprezę, która szykowała się u mnie w domu.
Miało przyjechać kilku moich najbliższych przyjaciół z Atlanty i ze Stratford w Kanadzie. Już nie mogłem się doczekać. Strasznie brakowało mi chłopaków, przez cały ten czas, który spędzałem z dala od nich.
Od razu się podekscytowałem na myśl, że spędzimy cały wieczór na graniu w karty, gry wideo oraz jedzeniu chipsów i popijaniu ich zimnym piwem. Niby w naszym wieku jesteśmy dorośli, ale w głębi wciąż pozostawaliśmy dziećmi, pomimo dwudziestki na karku. Ktoś kiedyś powiedział, że faceci nigdy nie dorastają, z wiekiem rosną tylko ich zabawki, i mogę się założyć, że powiedziała to matka kilkorga synów.
A może Presley też by przyszła?- nie mam pojęcia skąd, ale ta myśl tak nagle pojawiła się w mojej głowie, że uznałem to za świetny pomysł.
Byłaby nas piątka, a jak dojdzie Ellie to wtedy byłoby nas parzyście. O wiele łatwiej grało się w gry, gdy można się było dzielić na równe zespoły.
Uśmiechnąłem się sam do siebie, jako pochwałę za tak genialny plan.
Jadąc windą na ostatnie piętro, mimowolnie przypomniałem sobie, co działo się tu rano. Ta dziewczyna była taka naturalna. Rozmawiała ze mną z pewną lekkością, ale też była spięta, przypuszczam, że to przez to, że winda zatrzymała się między piętrami, choć na początku była bardzo chłodna w stosunku do mnie i unikała rozmowy. Na pewno pomyślała, że jestem żałosnym tchórzem, gdy dostałem ataku paniki w czasie awarii i dlatego z początku była taka wymijająca.
Coś w niej jest. - stwierdziłem w myślach.
Wychodząc z windy przelotnie zerknąłem na drzwi po prawej, jej drzwi. Zatrzymałem się w pół kroku i odwróciłem w stronę jej mieszkania. Zastanawiałem się tylko chwilę i podszedłem do drzwi. Chciałem zadzwonić, ale nie było dzwonka. W takich apartamentach, wszystkich gości zapowiada portier z dołu.
I tak pewnie jeszcze jej nie ma. - zaczynałem się rozmyślać. A może zwyczajnie traciłem pewność siebie? Oblizałem usta w zdenerwowaniu i przestąpiłem z nogi na nogę, po chwili wahania zdecydowałem się cicho zapukać. Odpowiedziała mi cisza.
Miałem przeczucie, że po prostu zrobiłem to zbyt cicho, ale, kurde, po prostu trochę denerwowałem się na myśl o tym, że ta dziewczyna otworzyłaby mi drzwi. Co miałbym jej powiedzieć? "Hej, właśnie wracałem i chciałem sprawdzić co u ciebie?" - ledwo ją znam. Pomyślałaby, że jestem nachalny.
Nie pukałem ponownie, zamiast tego wyjąłem z kieszeni klucz, otworzyłem drzwi do mojego domu i od razu po wejściu do mieszkania skierowałem się do kuchni.
Mieszkanie było bardzo przejrzyste - nie było tu wielu ścian, a centrum stanowił ogromny salon. Jedyne meble jakie miałem, to te najpotrzebniejsze. Ściany były białe, jedynie moją sypialnię zdecydowałem się pomalować na ciemno-szaro.
Będąc już w kuchni, zajrzałem do lodówki - piwo jest, i do szafek ze słodyczami - przekąski są. Uśmiechnąłem się na myśl o dzisiejszym wieczorze. Naprawdę nie mogłem się już doczekać. Zerknąłem na zegarek i przekonałem się, że chłopcy powinni już to być. Ledwo to pomyślałem, a drzwi otworzyły się i przywitały mnie ich radosne okrzyki.
Poszedłem się przywitać.
Najpierw wymieniłem męski uścisk z Brucem ze Stratford, potem z Jackiem i Billym. Na koniec zostałem zmiażdżony w niedźwiedzim uścisku przez Seana, który jako jedyny był czarnoskóry. Był też moim najlepszym przyjacielem.
Gdy już skończyliśmy powitanie i chłopcy zaczęli sie rozglądać po moim domu w poszukiwaniu xboxa i chipsów, ja wciąż miałem na twarzy ogromnego "banana". Nie mogłem przestać się uśmiechać, ale zauważyłem, że Sean ma ten sam problem.
- Gdzie masz jedzenie? - spytał Billy, w tym czasie z kuchni wyszedł Bruce niosąc miski z przekąskami i schłodzone piwo.
- A jak myślisz, matole? - odparł żartobliwie Billy'iemu.
Podszedłem do czterdziesto-sześcio calowego telewizora i zacząłem przygotowywać wszystko do rozpoczęcia maratonu gier. Kiedy wszystko było już gotowe, a wszyscy znaleźli sobie wygodne miejsca na najbliższe pare godzin, uniosłem moją butelkę i wzniosłem skromny toast:
- Za spotkanie!
- Za spotkanie! - przyjaciele zgodzili się ze mną, unieśliśmy w geście pozdrowienia butelki po czym duszkiem wypiliśmy około połowy ich zawartości.
- Grajmy już, noo! - niecierpliwił się Jack. Chciał brzmieć na znudzonego tymi wszystkimi ckliwymi ceregielami, jak przytulanie i toast, ale na jego twarz wkradł się uśmiech i zepsuł cały efekt.
Nie tylko ja to dostrzegłem i zaśmialiśmy się wszyscy. Włączyłem sprzęt i zaczęliśmy grać.
Po upływie jakiś dwóch godzin, postanowiliśmy zmienić grę. Bruce zaczął sprzeczać się z Seanem o to, w co powinniśmy zagrać najpierw. Ja natomiast skorzystałem z okazji i wstałem, by rozprostować kości.
Nagle przypomniało mi się, że chciałem pójść po dziewczynę z naprzeciwka.
Po cichutku wymknąłem się z salonu, a potem równie cicho z mieszkania. W paru większych krokach pokonałem odległość dzielącą moje i jej drzwi. Zapukałem.
Znów odpowiedziała mi cisza. Spojrzałem na zegarek.
Nie ma jeszcze dziewiątej. Kto śpi o tej porze?!
Sam nie wiem czemu, ale nacisnąłem klamkę. O dziwo, drzwi ustąpiły. Uchyliłem je lekko i wsunąłem głowę do środka.
-Halo? - zapytałem w pustą przestrzeń i rozejrzałem się. Na podłodze tuż przy drzwiach leżała dziewczyna zawinięta w dziecięcy kocyk. Dookoła niej walały się zdjęcia, medale, fragmenty gazet i dziwne małe zabaweczki i figurki. Wyglądały jak pamiątki.
Podszedłem do niej najciszej jak mogłem i przyjrzałem się jej. Z początku myślałem, że ma zły humor i mnie olewa, ale ona spała! Kto śpi przed drzwiami!?
Dobrze, że mnie wtedy nikt nie widział, przypuszczam, że oczy wyszły mi z orbit, gdy zdałem sobie z tego sprawę.
- Presley? -szepnąłem. Nie zareagowała. Pomyślałem, że mogła się wyziębić śpiąc na podłodze, więc przyłożyłem wierzch dłoni do jej policzka. Rzeczywiście był cieplejszy niż powinien.
Usiadłem koło niej i zacząłem przesuwać dłoń po jej ramieniu w górę i w dół. Liczyłem, że to ją obudzi bez zbędnego szoku, ale ona nadal spała. Potrząsnąłem lekko jej ramieniem. Jedynie lekko rozchyliły jej się usta, ale się nie obudziła.
Zauważyłem, że na jej policzkach są srebrne ślady po łzach. Popatrzyłem po wszystkim co było dookoła. Zdjęcia ludzi, których nie znałem, wycinki z polskich gazet ze zdjeciami nastolatki w kucyku skaczącej przez płotki, i medale. Mnóstwo brązowych i srebrnych, ale tylko jeden złoty. Nie mogłem rozszyfrować znaczeń słów wypisanych na odznaczeniach, ale gdybym mógł to pewnie zrozumiałbym czemu jest tu tylko jeden złoty.
Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu nie byłem w stanie uwierzyć, że ona mogłaby nie wygrywać. Przeczuwałem, że prawie zawsze wygrywała.
Ponownie skupiłem na niej uwagę.
Nie miała na sobie makijażu i wciąż była ubrana w to samo, co rano w windzie. Jej czarna bluza wciąż była wilgotna od deszczu. Otuliłem ją szczelniej kocykiem, żeby się jeszcze bardziej nie wychłodziła. Dbałem o nią jakoś tak... instynktownie.
Patrząc na nią w ciszy i kontemplując jej urodę zdałem sobie sprawę, że się uśmiecham. Zaskoczyłem tym samego siebie.
Zazwyczaj przecież jestem nieufny wobec ludzi. Mam wrażenie, że wszyscy chcą poznać chłopaka wykreowanego przez wytwórnie, a nie prawdziwego mnie. Bałem się, że zależy im na mojej sławie, pieniądzach i moim wpływie na show-biznes, ale gdy zobaczyłem ją w dresie, nie ukrywającą swoich emocji, nie piszczącej na mój widok, traktującej mnie tak samo, jak każdego innego człowieka - podświadomie ją polubiłem i myślę, że odrobinę zaufałem.
To brzmi głupio i ckliwie, ale cóż poradzę na to, że jestem romantyczny?
Wiedziałem, że muszę ją przenieść z tej podłogi najlepiej do jej pokoju. Tu napotykałem pierwszy problem - gdzie jest jej pokój? Moje mieszkanie miało mniej ścian i mniej pokoi. Jej było... zabudowane.
Rozejrzałem się po korytarzu - wszystkie drzwi były zamknięte oprócz jednych. Domyśliłem się, że to właśnie drzwi do jej pokoju. Powinni mówić na mnie Sherlock.
Drugim problem było to, że zwyczajnie nie chciałem jej stąd ruszać. Nie zrozumcie mnie źle. Nie zależało mi na je chorobie i bólu pleców, gdy wstanie. Miałem raczej na myśli to, że wyglądała tak niewinnie i bezbronnie gdy tak spała. Zawinięta w błękitno - różowy kocyk była niesamowicie urocza, a przez lekko rozchylone wargi i zmierzwione krótkie włosy była seksowna.
Patrząc się na nią oblizałem usta czując powoli rosnące napiecie. Odegnałem dziwne myśli, które zaczynały formować się w mojej głowie i delikatnie wsunąłem rękę pod jej kolana. Drugą zaś chwyciłem za jej obręcz barkową i tak delikatnie jak tylko potrafiłem uniosłem ją i skierowałem się z nią do jej sypialni.
Była niesamowicie lekka i krucha - tak sobie pomyślałem, pomimo tego, że czułem rozbudowane mięśnie jej nóg. To pewnie od biegania przez płotki. - skomentowałem jej umięśnienie. Podświadomie zacząłem wyobrażać sobie jej wyrzeźbione nogi w szpilkach i krótkiej spódniczce. Znowu poczułem dziwne napięcie gdzieś w moim ciele, ale szybko się tego pozbyłem, kręcąc głową i skupiając się na tym, aby nie uderzyć nią o framugę drzwi.
Przekroczyłem próg i wszedłem w szare królestwo. Dokładniej to szaro - kremowe. Było tu ładnie, schludnie i spokojnie. Myślę, że można by to nazwać kobiecym odpowiednikiem mojego pokoju.
Podszedłem do podwójnego łóżka z satynową narzutą i ostrożnie ją na nim położyłem. Niosąc ją czułem ciepło jej ciała, a gdy schyliłem się, by ją położyć nasze twarze dzieliły centymetry. Zauważyłem równe brwi, nieskazitelną cerę, moje oczy skakały po jej twarzy, pragnąc zapamiętać jak najwięcej. Potem zobaczyłem, że miała gęste, długie i naturalnie podwinięte rzęsy, ładny nos. Jej usta były wyraźnie zarysowane i miały głęboki łuk kupidyna, ale mimo wszystko były duże i pełne. Dzięki swoim ostrym rysom nie wyglądały wulgarnie, kojarzyły mi się raczej z klasycznym pięknem. Pojęcie ostrych rysów pasowało też do jej mocno zaznaczonych kości policzkowych. Była cudowna.
Odłożyłem ją i wyszedłem z sypialni, by zebrać rzeczy pozostawione w hallu, ale też dlatego, żeby trochę ochłonąć. Chyba jeszcze nigdy nie widziałem piękniejszej dziewczyny, albo może tak reagowałem dlatego, że Ellie była na swój sposób wyjątkowa?
Nie łudź się, Justin, nie przywiązuj się, nie zakochuj ponownie. One wszystkie chcą tylko "ciebie", a nie Ciebie. Po prostu jest gorąca.
Woah, mój wewnętrzny głos przyznał, że ta laska jest gorąca.
Schyliłem się, by pozbierać jej wspomnienia. Starałem się nie patrzeć na to, co wkładam do sponiewieranego pudełka po butach, wiedząc, że naruszyłbym jej prywatność. A czy nie to właśnie robisz? - zignorowałem tą myśl. Rozglądałem się po jej mieszkaniu i nagle zrozumiałem czemu leżała akurat w tym miejscu. Mogła stąd patrzeć na olbrzymie zdjęcie rodzinne. Jej zdjęcie rodzinne.
Domyśliłem się, że blondynka z dzieckiem to pewnie jej starsza siostra, bo widziałem je razem na wielu zdjęciach, które włożyłem do pudełka (nie mogłem się powstrzymać przed spoglądaniem na nie). Zdzwiła mnie jedna rzecz, którą włożyłem do pudełka jako ostatnią. Była zapakowana w foliowy woreczek. Od środka brudna od czegoś brązowego, a może brunatnego? Nieważne jaki to kolor. Wiedziałem, co to jest i lekko się przestraszyłem, że to u niej znalazłem.
Po co ona trzyma zużytą strzykawkę? Chyba wiedziałem, ale bardzo nie chciałem dopuścić do siebie tej myśli. Chociaż, to by wyjaśniło, czemu jest taka szczuplutka, czemu nie chce chodzić po schodach, czemu ubiera się jak bezdomny i czemu nie używa makijażu, ah i to, czemu była taka zdenerwowana rano.
Justin, przestań! Zobaczyłeś strzykawkę i już ją osądzasz! Moje alter ego miało rację. Podpasowałem wszystko pod tą strzykawkę. Nie chodzi po schodach pewnie przez kontuzję związaną ze sportem. Albo może nie uprawia sportu przez heroinę? -drugi głos się odezwał. Jeden mówił mi, by dać jej szansę, drugi, że to kolejna oszustka. W dodatku narkomanka.
Muszę przestać! To tylko sąsiadka, nikt ponad to. Przynajmniej na razie. Kiedy sytuacja się rozwinie, powie mi jeśli zechce, jeśli nie to sam się jej spytam. Tak czy siak, narazie dam jej szansę.
Wróciłem do jej sypialni przygryzając wargę i marszcząc brwi w zamyśleniu.
- Co ty tu robisz? - usłyszałem jej głos. Spojrzałem w stronę łóżka. Ellie się obudziła i przecierała sennie oczy.
- Emm... - zawachałem się trochę nie wiedząc, od czego zacząć. - Przyjechało do mnie kilku kumpli i chciałem cię do nas zaprosić, ale nieodpowiadałaś, i tak jakoś... wszedłem do środka. - chciałem kontynuować ale przerwała mi westchnieniem.
- No tak, nie zamknęłam drzwi. - chwilkę milczała po czym odezwała się ponownie. - Przyniosłeś mnie tu?
- Tak. - potwierdziłem. - Gdzie to...? - zapytałem, nie kończąc zdania. Zauważyła, co trzymam w ręku i momentalnie spochmurniała. Widziałem, że bije się z myślami, bo przygryzała wargę i ściągała brwi.
- Cokolwiek widziałeś, to nie tak jak myślisz. Nie waż się mnie oceniać, po mojej przeszłości, której możesz się jedynie domyślać. - powiedziała łagodnie, ale stanowczo patrząc mi w oczy. Nie szukała w moim spojrzeniu potwierdzenia, że zrozumiałem ani ulgi. Wzrokiem wymuszała na mnie przyjęcie tych słów. I tak bym je zaakceptowa,ł bo dawały mi nadzieję.
- Okej. Nic nie wiem. - odparłem nawiązując do słów "Nie waż się mnie oceniać, po mojej przeszłości, której możesz się jedynie domyślać.". Moim zdaniem powinna jeszcze dobitnie na końcu dodać "nic nie wiesz", dlatego zrobiłem to za nią.
Uśmiechnęła się.
- Dziękuję.
- No ja myślę, że mi dziękujesz. - pufnąłem żartobliwie z chytrym uśmieszkiem na twarzy. Podszedłem do niej i usiadłem na łóżku obok niej. Nasze uda się zetknęły, ale się nie odsunęła. Nawiązaliśmy kontakt wzrokowy i ponownie dotknąłem jej policzka. Pewnie pomyślała, że chcę ją pocałować. I nie wiele się pomyliła, bo będąc tak blisko niej, naprawdę miałem na to ochotę.
Ona się jednak nie odsunęła, tylko wciąż patrzyła mi w oczy. Najpierw pomyślałem, że jest pewna siebie, ale potem zauważyłem, że jej oczy są ciemne i trochę jakby puste. Nie takie żywe i błyszczące jak wtedy, gdy żegnaliśmy się rano w lobby jednocześnie żartując i dogryzając sobie. Zdałem sobie sprawę, że jej jest to obojętne.
- Masz gorączkę. - szepnąłem. Byliśmy na tyle blisko, że nie było sensu mówić głośniej.
- Dzięki za troskę, ale przejdzie mi do rana.
- Chcesz ciepłej herbaty, kakao? - spytałem z troską w głosie. Zdecydowanie nie tak miało to zabrzmieć.
Kiwnęła przecząco głową, ale zdradził ją jej brzuch, który zaburczał.
- Kakao? - uśmiechnąłem się wstając. Ona tylko westchnęła i skinęła głową dając za wygraną.
- Zaraz wracam, Presley. Czekaj tu na mnie. Zaraz dostaniesz najlepsze kakao w życiu. - posłałem jej łobuzerski uśmieszek. W moich oczach tańczyły iskierki i jedna z nich przeskoczyła na nią, bo ujrzałem błysk w jej oczach gdy powiedziała:
- A ty co? Mój książe z bajki?
niedziela, 29 czerwca 2014
Rozdział 2. Are you a guy, at all?
Ellie
Po wyjściu z lobby apartamentowca, trafiłam na tłumy ludzi spieszących się do pracy. Porwał mnie prąd tłumu, przez co zboczyłam trochę z drogi. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim tłokiem, gdzie ludzie byli jak mrówki w mrowisku - każdy ze swoim zadaniem, każdy w swoją stronę, ale mimo to, wszyscy niewzruszenie naprzód, z wielką siłą.
Zatrzymałam się przy witrynie jakiejś kawiarni, gdzie prąd tłumu był znacznie słabszy i zatrzymanie się w miejscu nie groziło stratowaniem. Oparłam się framugę drzwi, gdy uderzył mnie zapach świerzo mielonej kawy. Obróciłam się, by zobaczyć co to za miejsce, gdzie tak cudownie pachnie. No tak, Starbuck's. Czasami myślę, że ten zapach jest tworzony specjalnie, jako taki marketing czy coś w tym guście. Jeśli tak jest faktycznie, to zdecydowanie działa.
Pokonałam dwa stopnie i weszłam do wnętrza przestronnej kawiarni, urządzonej w ciemnych, czekoladowych odcieniach skór i miodowego drewna. Przerzuciłam mój stary, skórzany plecak, który odziedziczyłam po siostrze, przez jedno ramię i włożyłam do jednej z kieszeni dłoń, by po omacku odszukać mój portfel. Stając na końcu kolejki wciąż nie mogłam odnaleźć portfela. Zauważyłam, że pare osób z tych, które pragnęły przeczekać pół godzinny szczyt na ulicach Manhattanu w przytulnym Starbuck'sie i teraz wygodnie siedziały przy stolikach, rozparte na pufiastych fotelach, nieprzychylnie patrzyło się na mnie.
Gdy nadeszła moja kolej, by złożyć zamówienie, poprosiłam o najzwyklejsze cappuccino. Nie byłam amatorką kawy i skusiłam się tylko dlatego, że byłam wykończona po podróży i wciąż męczyły mnie efekty zmiany czasu. Ekspedientka przyjęła moje zamówienie i podała należność. Ja wciąż szukałam moich pieniędzy. Poczułam wrogie spojrzenie kolejnego klienta, który stał za mną w kolejce. Albo był niegrzeczny, albo był totalnym arogantem, bo zaczął na mnie chrząkać. Przepuściłam go w kolejce i stanęłam z boku, by wydobyć portfel z czarnej dziury zwanej potocznie kobiecą torebką, w tym przypadku, akurat plecakiem szesnastolatki. Po chwili przyszła kolejna kobieta w firmowym uniformie z moja kawą. Postawiła ją na ladzie i również spojrzała na mnie z wyższością, jakby się spodziewając, że nie mam pieniędzy. Zachowywała się jak kontrola w autobusie, gdy udajesz, że szukasz biletu, by zyskać na czasie. Z tym, że akurat teraz miałam "bilet". Myślę, że dosłownie na sekundy przed tym, nim kasjerka zaczęła ciskać we mnie piorunami z oczu, znalazłam portfel z westchnieniem ulgi. Chyba westchnęłam ciut za głośno, bo jeszcze kilka osób uniosło brwi. Czułam, że ludzie gapią się na mnie i pewnie uważają mnie za biedaczkę. No, ale przecież sama wybrałam dla siebie ten strój, nie mogę się teraz poddać. W domu, w moim prawdziwym domu, w Polsce, nikt nie zwróciłby uwagi na mój strój. Niby Ameryka to taki otwarty kraj, a zdaje się, że ocenianie innych to tutaj jakiś sport narodowy. A może wszędzie, gdzie są ludzie "z wyższych sfer", jest tak samo? W końcu Manhattan, nazwa zobowiązuje. -pomyślałam z ironią.
Szybko podałam kobiecie za ladą odliczone pieniądze, chwyciłam mój kubek z napojem na wynos i patrząc w dół wyszłam z kawiarni. Powoli traciłam swoją pewność siebie i buntowniczy nastrój. Znowu łapała mnie chandra. Jedyne na co miałam ochotę, to wrócić na górę i zagrzebać się w pościel. No tak, na górę. Może jednak szkoła jest lepszym wyjściem, niż ponowna przejażdżka windą? - pomyślałam na wspomnienie niedawnego wypadku, którego byłam częścią przed paroma minutami.
Stając wciąż pod zadaszeniem, patrzyłam na masę poruszającą się w różne strony, w strugach deszczu. Niektórzy mieli parasole, inni kaptury. Tylko nielicznym było obojętne, że zmokną. Patrzono na nich, jakby mieli po trzy głowy. Ciekawe czy to właśnie to nazywają walką klas.
Pociągnęłam ostrożnie łyk z papierowego kubka, by nie oparzyć sobie języka. Dobra. - Skomentowałam kawę.
Narzuciłam na głowę kaptur, jednocześnie pilnując by kosmyki moich włosów spod niego nie wychodziły. Nienawidzę mieć mokrych włosów. Ruszyłam z tłumem, przez cały czas starając się znaleźć jak najbliżej ulicy. Próbowałam złapać taksówkę, ale niestety, sądzę, że nie wygladałam dla żadnego z taksówkarzy jak potencjalny klient z dużym napiwkiem. Nie miałam bladego pojęcia, jak trafić do szkoły, znałam jedynie adres. Po namyśle siegnęłam do kieszeni bluzy i wyjęłam z niej białego i'phona. Sprawdziłam szybko w internecie jak się tam dostać - okazało się, że to całkiem niedaleko, jeśli podjechaćby metrem.
Po dojściu do metra, miałam drobne problemy z kupieniem biletu, ale w końcu przedarłam się przez bramki, jakimś cudem uniknęłam zgubienia w tunelach i odnogach korytarza i weszłam do wagonu nowojorskiej kolei podziemnej. Jechałam zaledwie jeden przystanek, ale pierwszy raz, odkąd byłam w Stanach, czułam, że nie odstaję. Nie było tu takich bogaczy, jakich spotkałam na ulicy przed apartamentowcem. Tutaj się nie wyróżniałam, byłam jednym z wielu.
Wysiadłam już na następnej stacji, szybkim krokiem pokonałam drogę na powierzchnię. Moja nowa szkoła znajdowała się tylko przecznicę dalej. Z każdym krokiem byłam coraz bardziej zdenerwowana. Poranne postanowienia poszły się paść i teraz żałowałam, że nie założyłam skórzanej kurteczki, rozkloszowanej spódniczki i litów.
Nie chodzi mi o to, że kobiecy wygląd to nie moja bajka, no bo, cóż, moja jak najbardziej, ale chciałam pokazać rodzicom, że ta sytuacja mi nie odpowiada. Sądziłam, że gdybym to zaakceptowała i zachowywała się jak wcześniej, to żadne skargi nie skłoniłyby ich do wysłania mnie spowrotem do domu. Ale teraz zaczynałam myśleć, że może jednak posiadanie znajomych nie jest takie złe.
Naciągnęłam kaptur czarnej i ciężkiej od wody bluzy mocniej na głowę. Widziałam już moją nową szkołę. Żeliwna duża furta, przez którą przeciskali się nastolatkowie. Słyszałam ich radosne głosy, piski dziewcząt, wybuchy śmiechu chłopców. Pomyślałam sobie, że wygladają na szczęśliwych i zwyczajnych, jeśli nie liczyć oczywiście ich drogich ubrań. Byłam zaledwie o kilka kroków od przekroczenia bramy szkolnej, gdy ktoś złapał mnie za ramię:
- Ej, koleś, to teren szkoły. Obcym zakaz wstępu. - Żałowałam już, że tu przyszłam. Odwróciłam głowę, by zobaczyć kto mnie zatrzymał. Zrobiłam to tylko po to, aby po sekundzie żałować jeszcze bardziej. Chłopak, który mnie zatrzymał był dużo wyższy ode mnie. Moje oczy były na wysokości jego obojczyków i muskularnych ramion. Nie trzeba było być geniuszem, żeby zauważyć, że jest wysportowany, umięśniony i zabójczo przystojny. Jego mocno zarysowana szczęka, pokryta delikatnym zarostem, była mocno zaciśnięta. Brwi były opuszczone przez marszczące się, nieskazitelne czoło, zakrywając przy tym błękitne oczy, które wpatrywały się we mnie z odrazą.
Od razu opuściłam głowę, by mnie nie zobaczył. Było mi tak okropnie wstyd. Sądziłam, że z moim metrem i siedemdziesięcioma ośmioma centymetrami uchodzę za wysoką, ale ten koleś wzrostem dorównywał graczom NBA. Przytłaczała mnie jego obecność.
- Co ty bezdomny jesteś jakiś? Czego tu chcesz, włóczęgo?! - Naskoczył na mnie. Szczerze, to w jego oczach było coś takiego, taka... dzikość, że bałam się go. Nie umiałam sie wysłowić, zapomniałam słów, a język wiązał mi się w supełki.
- Emm... - jedynie tyle zdołałam wykrztusić. Szarpnął mnie za ramię, mój kaptur zsunął mi się trochę odsłaniając moją twarz, oblepioną mokrymi włosami.Szybko spuściłam wzrok. Chłopak zmarszczył jeszcze bardziej brwi, choć zdawało się to niemożliwe.
- Jesteś w ogóle facetem? - zwolnił uścisk na moim ramieniu wypowiadając te słowa. Byłam tak przerażona. Wiedziałam, że nie wejdę do tego budynku w takim stroju. Powoli zaczynały mi się trząść dłonie. Podjęłam szybką decyzję i rzuciłam się sprintem w stronę metra. Wysoki chłopak nawet nie próbował mnie gonić, ale ja kompletnie nie zdawałam sobie z tego sprawy. Biegłam dalej, obijając się o ludzi, trącając ich i prawie, że przewracając niektórych.
Dopadłam do wagonu metra, który o dziwo był w połowie pusty. Znalazłam sobie miejsce siedzące i zaczęłam uspokajać oddech. Zacisnęłam dłonie w pięści, by powstrzymać ich drżenie, choć na niewiele się to zdało.
Czułam, że już przegrałam, że nie dam rady się stąd wydostać. Jutro ubiorę się po staremu, złapię taksówkę i będę piszczeć z innymi dziewczynami na widok przystojnych chłopców na wf'ie.
Pojedyncza łza spłynęła z mojego policzka, na myśl o tym, że nie zobaczę już domu, lecz szybko starłam ją wierzchem dłoni. Poczułam przygniatającą mnie beznadziejność, chciałam jedynie by hamulce puściły mi, gdy już będę na ostatnim piętrze, w penthouse'ie a nie tu, wśród tylu ludzi.
Nie mogłam uwierzyć w to, że tuż po wyjściu z windy byłam taka szczęśliwa i taka pewna siebie.
Tuż przed wejściem do budynku, w którym mieszkałam, zauważyłam piękną kobiętę, która zatrzymała się na środku chodnika i szukała czegoś w torebce. Po chwili wyciagnęła z niej telefon, napisała wiadomość, poprawiła usta błyszczykiem i ruszyła dalej. Nikt jej nie potrącił. Wow, mnie by rozdeptali na mielone. - Skomentowałam w myślach.
Przeszłam przez szklane, obrotowe drzwi i znalazłam się w lobby. Rzuciłam niespokojne spojrzenie na windę, a potem na stróża za ladą recepcji. Zerknął na mnie z nad monitora komputera, na którym coś pisał i totalnie mnie olał. Spodziewałam się czegoś w stylu "Nie powinnaś być w szkole?" i innych protekcjonalnych gadek, ale nic takiego się nie stało.
Moim jedynym zmartwieniem pozostała winda. Sprytnie poczekałam, aż ktoś jeszcze będzie chciał pojechać na górę. Po chwili kobieta w burgundowej garsonce i lakierowanych szpilkach w tym samym odcieniu, przytruchtała, by następnie z klikiem jej szpilek na marmurze zatrzymać się koło mnie. Przez kolory, jakie miała na sobie i swoją figurę, kojarzyła mi się z okrąglutkim, dojrzałym jabłkiem nabitym na dwie wykałaczki. Przywołałam windę, której drzwi otworzyły się niemal natychmiast. Miałam nadzieję, że jeszcze ktoś się dosiądzie, ale nikt oprócz mnie i kobiety w czerwieni nie wszedł do kabiny. Drzwi zamknęły się z chichym sykiem sprężanego powietrza i maszyna ruszyła na górę. Kątem oka zobaczyłam, że druga pasażerka jedzie na osiemnaste piętro.
To tylko dwanaście pięter, dasz radę dziewczyno! - Motywowałam samą siebie. Jechałyśmy w milczeniu. O ile nie zdziwiło mnie za bardzo to, że kobieta nie zwróciła uwagi na to, że czekałam na kogoś kto będzie jechał windą, i nie wybrałam piętra, o tyle zaskoczyło mnie to, że ani trochę nie przejęła się tym, że wyszłam za nią z windy. Na jej miejscu, dawno bym użyła gazu pieprzowego czy czegokolwiek innego. W końcu wyglądam dość podejrzanie, w tym stroju i ze ściekającą ze mnie wodą.
Nie niepokoiłam dalej mojej współpasażerki, choć byłam bardzo, ale to bardzo ciekawa co by zrobiła, gdybym szła za nią dalej. Przez dosłownie sekundę rozważałam ten pomysł, ale szybko go porzuciłam.
Zamiast tego zaczęłam wspinać się klatką schodową. Było to dla mnie o tyle trudne, że miałam problemy z nogami. Kiedyś byłam sportowcem, ale po drugim skręceniu kolana i zerwaniu ścięgna achillesa, odsunięto mnie z drużyny. To było kolejnym powodem mojej frustracji.
Doczłapałam się, wręcz dodreptałam na ostatnie piętro. Czułam pulsujący ból prawego kolana. Od ostatniego urazu stało się ono bardzo delikatne, dodatkowo uciekając przed chłopakiem, który najwyraźniej robił w szkole za bodyguard'a, puściłam się niezłym sprintem. W końcu biegałam setki przez płotki. Potem stwierdzono, że mogę najwyżej zwyczajnie biegać.
Do teraz nie jest to dla mnie łatwe i na samo wspomnienie słów trenera, kiedy mnie wyrzucał z zespołu, mam łzy w oczach. Przez blisko dwa miesiące nie mogłam ćwiczyć ani uprawiać żadnych sportów - to był dla mnie jak największy koszmar. Czasami zdawało mi się, że porzuciłam to za sobą, ale tak naprawdę to jest jak papier toaletowy przyczepiony do buta - nawet nie zdajesz sobie sprawy, że coś za sobą ciągniesz, ale i tak na końcu słyszysz, że jesteś frajerem.
Tym razem zawartość mojego plecaka nie grała ze mną w chowanego, toteż szybko znalazłam w jego wnętrzu klucz. Włożyłam go do zamka i przekręciłam. Mechanizm cicho szczęknął i drzwi uchyliły się bezszelestnie.
Przywitała mnie pustka.
Nie trudziłam się zamykaniem drzwi na klucz, kopnęłam je jedynie, przez co głośno trzasnęły. Mój nastrój pogarszał się z każdą chwilą. Zatrzymanie się windy, było jak dotąd najlepszym, co mnie tego dnia spotkało. Rzuciłam plecak pod ścianę i leniwie ruszyłam do kuchni połączonej z salonem. Wyjęłam z szafki Nutellę i jadłam ją prosto ze słoika. Gdy już się zasłodziłam orzechowo - czekoladowym kremem, popiłam sokiem pomarańczowym, również prosto z butelki.
Na wprost drzwi wejściowych do mieszkania wisiało na ścianie bardzo duże zdjęcie przedstawiające całą moją rodzinę. Patrząc na nie, jeszcze bardziej zatęskniłam za domem. Przyjrzałam się mojej roześmianej siostrze, trzymającej w objęciach jednego dwulatka. Drugiego trzymał jej mąż. Jej długie, jasne włosy kontrastowały z moimi krótkimi, prawie czarnymi. Ogólnie nie byłyśmy do siebie podobne. Ja przypominałam mamę, ona tatę. Wpatrzyłam się w jej szare oczy. Zawsze znajdywałam w nich pocieszenie i ich kolor kojarzył mi się ze spokojem. Bardzo przydałaby mi się teraz rozmowa z nią.
Wyciągnęłam z kieszeni mokrej wciąż bluzy telefon i wybrałam jej numer. Po szóstym sygnale odebrała automatyczna sekretarka. No tak, różnica czasu. - Pomyślałam. U niej pewnie jest jeszcze noc. A może już noc?
Nieważne, ważne było tylko to, że poczułam się jeszcze bardziej samotna i smutna. Poszłam do swojego pokoju.
Za jasnymi drzwiami kryło się pomieszcze całe w szarościach i popielach. Jedynie meble i narzuta na podwójnym łóżku były ecrie. Jak już mówiłam, szary mnie uspokajał i nasuwał mi na myśl ciepłe usposobienie mojej siostry.
Zawsze brano nas za przyjaciółki, nie za siostry. I w gruncie rzeczy, to co nas łączyło, to nie tylko siostrzana miłość, ale też dożywotnia przyjaźń.
Wyciągnęłam spod beznadziejnej kryjówki pod łóżkiem, stary karton po moich pierwszych szpilkach, które wybrała mi siostra. Przetarłam podełko z kurzu, dotykając go z sentymentem, pomimo iż schowałam je tam zaledwie dwa dni temu, więc nie zdążyło się jeszcze porządnie zakurzyć. Trzymałam je w dłoniach bardzo ostrożnie, prawie jakby z nabożną czcią. Było tak sfatygowane i wyładowane po brzegi, że bałam się, że rozerwie się w moich dłoniach. Wiedziałam, że pewnego dnia pewnie właśnie tak się stanie, ale póki co, starałam się odciągnąć w czasie ten moment możliwie jak najdalej.
Przewiesiłam sobie przez ramię mój ulubiony koc, który zawsze brałam z siostrą na plażę lub używałyśmy go do wylegiwania się w ogrodzie - to też była cała kupa wspomnień.
Usadowiłam się wygodnie przed rodzinnym zdjęciem tuż przy wejściu i otworzyłam pudełko po butach. Wewnątrz trzymałam moje "skarby". Moje najważniejsze medale, wcale nie te najbardziej istotne tylko te, które dla mnie znaczyły najwięcej. Tak jak medal z moich pierwszych zawodów. Była tam też wstążeczka oderwana od moich pierwszych obcasów, zdjęcia z przyjaciółmi, wycinki z gazet z informacjami o moich zwycięstwach i cała masa innych sentymentalnych bzdetów. Wyjęłam kilka zdjęć, po przejrzeniu odkładałam na bok i sięgałam po kolejne. Nie pamiętam, kiedy pękłam i się rozpłakałam. Nie pamiętam też, kiedy zasnęłam.
Pamiętam tylko, że jak już leżałam na podłodze, pośród moich pamiątek, opatulona kocem, przypomniałam sobie cudowne brązowe oczy, czarujący uśmiech i silną, ciepłą dłoń, która pomogła mi wstać.
- Mogłabym częściej ją trzymać. - mruknęłam do siebie, uśmiechając się szeroko. Myślę, że po tym zasnęłam i chyba nawet wiem, o czym śniłam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)