środa, 20 sierpnia 2014

Rozdział 5. Is it that bad?

Ellie 


   Mając w pamięci wczorajszy ubraniowy manifest, który był żałosną próbą zbuntowania się, ubrałam się tak, jak tego ode mnie oczekiwano. Nie mówię, że nie lubię wyglądać dobrze, co to, to nie, ale chciałam pokazać, że tak łatwo mnie nie złamią. Najwyraźniej się myliłam.
   Zasypiając, myślałam o przyszłości jaką mogę sobie stworzyć, moją głowę przesłaniały optymistyczne wizje. Chciałam wziąć się ostro do nauki, by później studiować medycynę, może zostać fizjoterapeutą. Kupić mieszkanie w Kalifornii, poznać wspaniałego człowieka i założyć z nim rodzinę. Wyobrażałam sobie córeczkę, której wyprawiałabym urodziny i zawsze służyła dobrą radą.
    To były słodkie mrzonki, które zostały brutalnie zniszczone przez nocne koszmary. Znów te same pożółkłe kafelki, odór kanalizacji, wentylator, który robił więcej szumu niż pożytku, brązowa, śniegowa breja na podłodze. Każdy drobny szczegół powracał ostry i wyraźny, nic nie chciało ulec zatarciu, nic nie chciało zostać zapomniane.
   Na całe szczęście, światło dnia odgoniło ponure wspomnienia. Szybki prysznic, śniadanie, włosy, makijaż, ubrania, książki, lunch  - już tak dawno nie przygotowywałam się do wyjścia do szkoły. Oczywiście, nie licząc wczorajszego dnia.
   Wczoraj chciałam pokazać światu "nie obchodzicie mnie, wcale nie chcę tu być" i chciałam wrócić do domu. Nie mogłam zrozumieć, że teraz to jest mój dom i innego już nie mam.
   Zarzuciłam skórzaną torbę na ramię i biegnąc do drzwi, posmarowałam usta błyszczykiem. Na dole mojego brzucha zawiązywał się supeł. Obwiniałam za to ekscytację nową szkołą, a z drugiej obawę przed nieznanym. Do spółki z tym, powinnam jeszcze dorzucić paranoiczny lęk przed windą i Justina. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie w lustro, by upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu i ...
   Mój wzrok padł na zdjęcie, które przykleiłam na krawędzi lustra, zaraz po przyjeździe do Stanów. Maciek, Tomek, Radek, Sylwia, Olga... Dlaczego wciąż pamiętam ich imiona? Powinnam je zapomnieć, to już przeszłość. Nie, ja muszę zapomnieć. Nie masz po co wracać, dziewczyno. - pomyślałam. Nie możesz do nich wrócić. A reszty już nie ma. 
   Cały optymizm zniknął. Chwyciłam zdjęcie, zmięłam w dłoni i wyrzuciłam do kosza. Wróciłam przed lustro i gapiłam się na swoje odbicie, chociaż i tak go nie widziałam. Wspominałam.
   Jakąś częścią jaźni wiedziałam, że muszę wyjść, że Justin czeka, że spóźnię się do szkoły, ale i tak zostałam w miejscu. Zaczęłam mówić do siebie w myślach:
Zapomnę. Zacznę od nowa. Nie będę do tego wracać. Nie wrócę do Polski. Będę szczęśliwa. Już nigdy nie będę płakać... po chwili ciszy dodałam - I nigdy ich nie wspomnę, nikogo z nich. 
   Ostatnia z tych myśli, była wyjątkowo bolesna. Ale wiedziałam, że jeśli obejrzę się za siebie, zginę.
Podeszłam do drzwi, poczułam na dłoni chłód metalowej klamki i szepnęłam:
- Przepraszam, Lu.
   Przekraczając próg przywdziałam na twarz uśmiech. Na początku był sztuczny, ale gdy usłyszałam "Cześć, Presley" i zobaczyłam go, zrobiło mi się cieplej, niechciane myśli zostały odegnane jego uśmiechem, a mój uśmiech był szczery jak złoto.


Justin


   Nie należę do cierpliwych osób, ale tego ranka czekanie nie dłużyło mi się. Stłumiłem kolejne ziewnięcie, akurat w odpowiednim momencie, by przywitać się z postacią wyłaniającą się zza drzwi.
- Cześć, Presley. - uśmiechnąłem się na jej widok.
- Cześć, Bieber. - odpowiedziała mi z pięknym uśmiechem. Najpierw patrzyłem na jej oczy, próbując dostrzec cienie, worki lub zaczerwienienie, ale nie zauważyłem żadnych oznak płaczu. Nie wiem czemu się tym przejąłem, a tym bardziej nie wiem, czemu tak bardzo mi ulżyło. Przecież nie jestem ckliwym mięczakiem. Halo, jestem Justin Bieber, Łamacz Nastoletnich Serc.
   Dopiero gdy podeszła bliżej i ledwie zauważalnie drżącą dłonią nacisnęła guzik przywołujący windę, zwróciłem uwagę na jej strój. Moje brwi uniosły się chyba do połowy czoła, a ona zachichotała na ten widok.
- No co? Aż tak źle? Mam wrócić i przebrać się za śmierć, jak wczoraj? - rzuciła pół żartem.
- Nie... jest dobrze... znaczy, bardzo, ale... hmm... - nie wiedziałem jak przekazać moje myśli tak, by jej nie urazić. Oczywiście nie dostałem od niej żadnej pomocy w wysłowieniu się. Normalny człowiek w takim momencie podrzuca odpowiednie słówko, ale ona musiała zacząć się ze mnie śmiać. - Myślałem, że masz nieco inny... styl. - uznałem, że to bezpieczny dobór słów, który nie ześle na mnie spoliczkowania.
- No nie mów, że lepiej mi w czerni i dresie. - zakpiła. Już wczoraj widziałem, że jest ładna, ale dziś...
Biała bluzka z dużym dekoltem w serek i koronką na obojczykach i ramionach, krótka rozkloszowana, błękitna spódniczka noszona w talii i czarna ramoneska, były bardzo modne. I bardzo dobrze na niej leżały. Wysoki stan spódniczki podkreślał jej wąską talie i kształtne biodra, a gdy stała bokiem do mnie widziałem jak łagodnie opadała na jej zgrabny tyłeczek. Justin, zbereźniku, przestań! - miałem ochotę walić głową w ścianę.
- Tak jest lepiej. - odpowiedziałem zwięźle. Nadjechała winda, sądziłem, że będzie ona wybawieniem z niezręcznej sytuacji, ale zamiast tego przerodziła się w pułapkę. Gdy do niej wsiadała, zauważyłem, że nosi bardzo wysokie lity i, ku własnemu rozgoryczeniu, że jest teraz ode mnie wyższa. Wiedziałem, że nie należę do szczególnie wysokich, ale bardzo nie lubiłem, gdy dziewczyna była ode mnie wyższa. Oczywiście jej nogi w połączeniu z mikro spódniczką i bladymi cienkimi rajstopami w dwunastocentymetrowych obcasach wyglądały naprawdę obłędnie, ale i tak zasępiłem się i wbiłem wrogie spojrzenie w jej buty. Ku mojej rozpaczy zauważyła to i już zaczynała chichotać, ale w porę posłałem jej spojrzenie pod tytułem "tylko spróbuj się ze mnie śmiać, to zobaczysz", więc zakryła ręką usta. Niewiele to pomogło, bo pomimo iż nie widziałem jej ust, to jak na dłoni mogłem dostrzec, jak jej oczy się śmieją. Wolę żeby śmiała się z mojego wzrostu niż płakała z nieznanych mi przyczyn.
   Kiedy zasłaniała dłonią usta, zauważyłem bransoletkę z materiału na jej smukłym nadgarstku. Potem dostrzegłem, że jest zrobiona z mnóstwa supełków.
- Fajna bransoletka. - przerwałem ciszę.
- Dziękuje, sama zrobiłam.
- Serio? - chwyciłem jej dłoń i przyciągnąłem do siebie, żeby lepiej się przyjrzeć. Zobaczyłem tylko jeszcze więcej supełków i regularny wzór. - Jak to się robi? Nie wierzę, że ci się chciało. - pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- To nie jest wcale tak trudne na jakie wygląda. W dodatku odpręża. - parsknąłem słysząc to, ale nie puściłem jej ręki. Przejechaliśmy tak kilka pięter, w ciszy, ona oparta o lustro i patrząca na moje dłonie, ja bawiący się jej bransoletką z muliny.
- Zakręciłaś dziś włosy. Ładnie ci w falach. - odezwałem się w końcu. To nie była ta okropna, przytłaczająca cisza, która sprawia, że chcesz być gdziekolwiek indziej, byle nie tu gdzie jesteś teraz. Wręcz przeciwnie, było miło, ale chciałem jej to powiedzieć.
- Dzięki, znowu. - uśmiechnęła się znacząco. - Ale wcale ich nie kręciłam. Takie mam naturalnie. - wzruszyła ramionami, sprawiając, że jej kurtka lekko zsunęła się z prawego ramienia odsłaniając kolejne fragmenty skór,y osłonięte jedynie koronką.
   Skomentowałem to uniesieniem brwi. Wydęła lekko wargi, jakby pokazując mi jak bardzo nie chce się jej tego tłumaczyć. Wzięła głębszy wdech, -  a może było to bardziej westchnienie? Sam, nie wiem. - i podjęła temat.
- Wczoraj... widziałeś jak byłam wczoraj ubrana. Chciałam... - zrobiła przerwę by znaleźć dobre słowo. - uzewnętrznić mój nastrój. - zerknęła na mnie. Nie było to przypadkowe zerknięcie podczas rozmowy. Wiedziałem to, bo przez cały czas, gdy mówiła patrzyła na moje dłonie, które nadal bawiły się plecionką na jej nadgarstku, a teraz jej oczy od razu odnalazły moje. Miałem przeczucie, że szuka w nich potwierdzenia, czy uwierzyłem jej słowom. Wiedziałem, że coś się za tym kryje, ale obiecałem jej, że dam jej czas, więc nie dałem po sobie poznać, że wiem, iż nie mówi mi wszystkiego. Miałem tylko nadzieję, że nie będzie mnie okłamywać. - O wiele bardziej ponuro wyglądałam z prostymi włosami. - kontynuowała. - Co poradzę na to, że moje włosy naturalnie wyglądają jakbym dopiero co wyszła od fryzjera. - posłała mi chytry uśmieszek. Widząc to odruchowo oblizałem wargi. Dojeżdżaliśmy już na parter.
   Puściłem jej rękę i podszedłem do drzwi windy, Ellie dołączyła do mnie. Zostały dwa piętra, i będziemy musieli się pożegnać. Z niejasnych przyczyn, nie miałem na to ochoty.
- To w jakim stroju cię jutro zobaczę? - zażartowałem. Jedno piętro.
   Zastanawiała się chwilkę z przygryzioną wargą. Dojechaliśmy na parter, drzwi rozsunęły się i Ellie ruszyła do wyjścia. Już myślałem, że mi nie odpowie, lecz ona rzuciła mi przez ramię:
- A w jakim byś chciał? - zachichotała z własnych słów i odeszła. Mojemu lubieżnemu spojrzeniu nie umknął fakt, że chodząc kołysała biodrami w ten przyciągający mężczyzn sposób.


Ellie


   W stroju rodem z magazynu modowego, złapanie taksówki nie było już takim wyzwaniem jak ubiegłego dnia. Doświadczony taksówkarz sprawnie przeciskał się przez zakorkowane ulice Manhattanu, ciągle przeskakując z pasa na pas i trąbiąc na innych kierowców. Nie poświęciłam temu zbyt wiele uwagi, właściwie to nie byłam w stanie na czymkolwiek się skupić. Odkąd tylko pożegnałam się z Justinem, moje myśli zaczęły krążyć wokół mojej nowej szkoły. Supeł w brzuchu zaczął się jeszcze mocniej zaciskać, gdy poznałam miejsce, w którym wczoraj wyszłam z metra. Tupałam czubkami butów o podłogę żółtego mercedesa w nerwowym odruchu.
   Wreszcie moim oczom ukazała się Jacqueline Kennedy Onassis High School.
   Ta sama żeliwna brama, przez którą przelewał się tłum nastolatków. Dalej ludzka rzeka wdzierała się do budynku o kamiennej, dumnej fasadzie przez ogromne, drewniane drzwi z łukiem u góry. Część młodzieży zamiast wejść od razu do szkoły i udać się do klas, wolała posiedzieć przed budynkiem w kilkuosobowych grupkach, śmiejąc się i ciesząc odrobiną czasu, która pozostała im do rozpoczęcia lekcji. Gdybym miała tu jakiś znajomych, pewnie siedziałabym z jakąś grupką i przerzucała się żartami. Ale nie znałam nikogo.
   Weszłam za tłumem  do szkoły i zaczęłam szukać planu lekcji. Plan był prosty: wejść, znaleźć plan lekcji i odszukać właściwą salę, ale rzeczywistość lubi mi płatać filge. Dzięki mojej odwadze godnej rycerza udało mi się zrealizować punkt pierwszy mojego genialnego planu. Problem pojawił się przy drugim punkcie.
   Wszędzie byli ludzie, czułam się tak samo jak wczoraj na ulicy, po wyjściu z lobby. Tłum pchał mnie w głąb budynku, co chwila mnie ktoś potrącał. Nie miałam szans cofnąć się do wejścia. Zaczynałam żałować, że nie poczekałam na dzwonek przed szkołą.
   Porzuciłam mój misternie ułożony genialny plan - czujcie ten sarkazm - i szarpnęłam za rękaw bluzy pierwszą lepszą osobę.
   Czemu ja nigdy nie myślę za nim cokolwiek zrobię?! Głupia, głupia, głupia! - mentalnie kopnęłam się w twarz.
   Ku mnie odwróciło się dwieście centymetrów gniewu, o ciemnych włosach i błękitnych oczach. Czemu znów trafiam na tego bodyguard'a? Chłopak zmarszczył brwi, w tym samym gniewnym grymasie, który mogłam podziwiać wczoraj. Miałam tylko nadzieję, że mnie nie poznał.
- Czego? - zapytał. Zawahałam się przez chwilę, czy powinnam pytać o pomoc akurat jego, ale on nie dał mi nawet dwóch sekund, by coś powiedzieć. Zamiast tego fuknął na mnie: - Co znowu? Twoja koleżanka prosiła cię o mój numer? Nie mam czasu na takie dzieciaki jak wy. Spadaj!
   Co to, to nie, kolego! - pomyślałam. - Ellie Buckett tak się nie traktuje.
- Och, widzę, że popularność uderzyła komuś do głowy. - zakpiłam z niego. Nie tylko on może mieć cięty język. - Wybacz, ale nie zależy mi numerze telefonu od aroganckiego dupka. - zjechałam po nim wzrokiem. Nie umknęło mi, że koleś się speszył. Przybiłam sobie mentalną piątkę. - Pomyślałam tylko, że byłoby miło, gdybyś pokazał mi gdzie znajdę plan lekcji. - wydęłam lekko dolną wargę, udając urażoną jego zachowaniem. Zaraz! Ja przecież jestem urażona jego zachowaniem.
- Aaa, okej. Nie ma problemu, oczywiście, że pokażę ci plan. Jeśli chcesz to mógłbym cię nawet odprowadzić pod klasę, bo jak rozumiem, jesteś nowa i nie znasz jeszcze szkoły? - jego wyraz twarzy, głos, nastawienie - wszystko diametralnie się zmieniło. Zaczął wyrażać się uprzejmie, z zakłopotaniem drapać się po karku i nerwowo oblizał wargi. Co z nim jest nie tak? Może to jakiś znerwicowany psychopata? 
   Chłopak chwycił mnie za rękę i poprowadził przez tłum na przeciwległy koniec korytarza.
- Która klasa? - spytał.
- Pierwsza "c". - odpowiedziałam.
- Matematyka. To na drugim piętrze. Chodź, zaprowadzę cię. - nie dał mi czasu by zaprotestować, gdybym chciała to zrobić, choć oczywiście nie chciałam. Modliłam się jednak w duchu, by mnie nie rozpoznał.
   Na klatce schodowej tłok nie był już tak gęsty jak na dole, więc nie było potrzeby trzymania się za ręce. Gdy klasa do matematyki była już w zasięgu wzroku, chłopak się zatrzymał.
- Jeszcze raz przepraszam za moje wcześniejsze zachowanie. - powiedział patrząc mi w oczy. Nagle zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. Nie musiał, wiedziałam, o co chodzi. Zaczynał kojarzyć mnie z emo-dresem z wczoraj.
- Nie szkodzi. Dziękuje za pomoc. Jestem Ellie Buckett. - wyciągnęłam do niego dłoń z przyjaznym uśmiechem na ustach.
- James Johnson. - uścisnął moją rękę i lekko nią potrząsnął. - Miło było, muszę już lecieć. - powiedział przepraszającym tonem, wciąż marszcząc czoło. Kiedy odchodził obejrzał się na mnie dwukrotnie. Przeczuwałam, że będą z nim jeszcze kłopoty, ale póki co, skupiłam się na tym, by ładnie się uśmiechać i wyglądać na sympatyczną osobę.
   Podeszłam do grupki siedzącej na ławeczkach przed salą matematyczną.
- Cześć, jestem nową uczennicą i wygląda na to, że będziemy razem w klasie. - przywitałam się z nimi, pilnując, by uśmiech nie schodził mi z twarzy. Zdawałam sobie sprawę jak idiotycznie to brzmi, ale naprawdę nie miałam pomysłu na lepszy dobór słów.
   Wszyscy popatrzyli po sobie, potem spojrzeli na mnie. W końcu jeden z nich, całkiem przystojny blondyn, wstał wyciągnął do mnie rękę, jak ja chwilę wcześniej do Jamesa, i przywitał się ze mną.
- W takim razie miło nam ciebie poznać. - uśmiechnął się w pewien sympatyczny sposób, który przywoływał mi na myśl mojego siostrzeńca. - Jestem Mike.
- Ellie Buckett. - odparłam.
   Cała reszta wzięła przykład z Mike'a i również zaczęli się przedstawiać i ściskać moją dłoń. Atmosfera przestawała być taka niezręczna i, choć nie byłam w stanie zapamiętać wszystkich imion i przezwisk, nikt nie miał mi tego za złe.
   Lekcje nie były aż tak nudne jak się tego spodziewałam, mimo to z radością przywitałam przerwę obiadową. Dziewczyny z klasy, z którymi momentalnie się dogadałam, Laura i Rebbeca, zaprosiły mnie, bym poszła z nimi na kawę i ciastko do pobliskiej kawiarni. Propozycja była kusząca, ale chciałam poznać szkołę, by już więcej nie błądzić. Przerwa na lunch była idealnym momentem na rekonesans, gdyż wszyscy wychodzili na miasto coś zjeść. W dodatku i tak nie byłam głodna.
   Grzecznie odmówiłam dziewczynom, obiecując, że jutro na pewno zjem z nimi i ruszyłam zwiedzać nieznane mi korytarze i zakamarki starego budynku. Muszę przyznać, że od wewnątrz szkoła zdaje sie być o wiele większa, niż wskazywałby na to jej wygląd zewnętrzny. Mimo to, po dwudziestu pięciu minutach przeszłam już cały budynek i zaczynałam się nudzić. Błąkając się między gablotami z pucharami i medalami trafiłam na trybunę nad salą gimnastyczną.
   Ktoś ćwiczył.
   Niebieskie materace, skocznia, skrzynia do skakania - wszystko to było ustawione w rodzaju toru przeszkód. Wysoki, ciemnowłosy chłopak zrobił rozbieg, wybił się ze skoczni, przeskoczył nad skrzynią robiąc salto bokiem i wylądował na dwóch nogach po drugiej stronie. Potem powtórzył to samo, tym razem skacząc wyżej. Coś mi to przypominało. Po trzecim skoku zrozumiałam na co patrzę.
   Tą samą pozę - skok nad przeszkodą, nogi podkurczone do klatki piersiowej -  robił Justin na zdjęciach, które oglądał wieczorem! To był parkour!
   Nie wiele myśląc zbiegłam po schodach na dół i weszłam na salę gimnastyczną. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wielkiego mam pecha.
   Skoczek zauważył mnie nim zdążyłam zawrócić i wymknąć się niepostrzeżenie.
- Znowu ty? Prześladujesz mnie od wczoraj czy jak? - zapytał. Jego gniewny ton powrócił. Idiotka, idiotka, idiotka!
- Cześć, James. - odparłam nieśmiało, siląc się na uśmiech. Jego głos i złość wymalowana na twarzy dawały jasno do zrozumienia, że skojarzył mnie z wczorajszą sytuacją. - Wcale cię nie prześladuje, serio! - zapewniłam go.
- To co tu robisz? - zmarszczył brwi (chyba nikt mu w dziecinstwie nie powiedział, że jeśli nie przestanie, to zostanie mu tak na zawsze), założył ramiona na piersi i podszedł do mnie.
- Zauważyłam jak skaczesz i... - i co? właściwie to czego oczekiwałam. Chciałam tu wbiec i zapytać się nieznajomego: "nauczysz mnie tego?" - i chciałam, żebyś mnie tego nauczył. - w sumie co gorszego mogłam powiedzieć?
- Nauczył? Ja? Ciebie? - roześmiał się. - Wybacz, shawty, ale nie wyglądasz na kogoś kto lubi sport.
- A ty nie wyglądasz na miłego gościa z dobrego domu. - odcięłam się, a uśmiech spełzł mu z twarzy.
- No dobra, nie każdy jest tym na kogo wygląda, przyznaję. Ale... serio? Wiesz w ogóle, co to jest?
- Parkour. - odpowiedziałam prosto. James potarł brodę w zastanowieniu.
   Po chwili namysłu odpowiedział.
- Okej, niech ci będzie. Nauczę cię kilku ewolucji, ale masz mi powiedzieć, o co do diabła chodziło z tą wczorajszą akcją. - ojojoj. 
- Jaką akcją? - uniosłam brwi w udawanym zdziwieniu.
- Nie udawaj głupiej blondynki, dziewczyno, dobrze wiesz, co mam na myśli. Albo mówisz co jest grane i ćwiczysz ze mną, albo stąd spadasz, a ja i tak dowiem się co kombinujesz. - zagroził. Oczywiście nic nie kombinowałam, już nie, ale grzebanie w mojej przeszłości nie jest tym o czym marzę. Bezpieczniejszym wyjściem było wytłumaczenie mu tego. Tylko jak mam mu to, do cholery, wyjaśnić?
   Westchnęłam głośno i opadłam na materac, James usiadł obok. Patrzyłam na moje buty, ubierajac myśli w słowa. W końcu się odezwałam.
- Nie jestem stąd. Rodzice dostali tu fenomenalne oferty pracy i zmusili do przyjazdu tutaj wraz z nimi. Oczywiście wbrew mojej woli. - zrobiłam pauzę. - Teraz to wydaje się głupie nawet dla mnie, ale nie miałeś nigdy tak, że ze wszystkich sił i na wszelkie możliwe sposoby chciałeś pokazać, że nie podoba ci się zaistniała sytuacja? To był taki wyraz buntu. A raczej żałosna próba.
   James nic nie odpowiedział, jakby licząc na to, że jeszcze coś dodam. Przynajmniej się nie śmiał. Spełniłam jego oczekiwania i dodałam:
- Teraz to już całkowicie nieważne i byłabym ci dozgonnie wdzięczna, jeślibyś zachował to dla siebie. Mogę na ciebie liczyć? - spojrzałam mu w oczy szukając jakichkolwiek oznak czegokolwiek. Nic nie dostrzegłam. James wstał i ruszył ku drzwiom. Czułam gdzieś wewnątrz narastającą panikę, bałam się, że zacznie to rozpowiadać po całej szkole, a te puste, rozpieszczone dzieciaki zatrują mi życie.
   Będąc dwa kroki przed drzwiami brunet rzucił przez ramię:
- Piątek o osiemnastej, tutaj. Nie toleruję spóźnień. - uratowana. 
_________________________________________________________
Po prawie dwóch miesiącach jest rozdział! Naprawdę przepraszam, że tak długo to trwało.
Prosiłabym o zostawianie choćby najkrótszych komentarzy, bo nawet jedno słowo potrafi ucieszyć ;)
A dla stałych czytelników (jeśli w ogóle tak owych mam) jest mała niespodzianka: opowiadanie ma od wczoraj swojego twittera!
                                                      @mylove_blogger
  Serdecznie zapraszam do obserwowania nas ;)) Poprzez twitter będę powiadamiać o kolejnych rozdziałach.
Jeśli to czytacie to ogromne i całuśne dziękuje ;* Jeszcze raz proszę comment  : D

PS. jeśli nie zrozumieliście jak ma wyglądać ewolucja, którą ćwiczył James tu link:  http://auto.img.v4.skyrock.net/6743/43606743/pics/1889332859_small_1.jpg

1 komentarz:

  1. Jak zwykle super :D A James'a już nie lubię, wybacz. Wiem, że jest potem dobry bla bla bla, ale i tak go nie lubię. A Justin jest super słodziaśny i czemu go tutaj tak mało? ;c Masz to nadrobić w następnym! ;p

    OdpowiedzUsuń