niedziela, 29 czerwca 2014

Rozdział 2. Are you a guy, at all?

   Ellie

  Po wyjściu z lobby apartamentowca, trafiłam na tłumy ludzi spieszących się do pracy. Porwał mnie prąd tłumu, przez co zboczyłam trochę z drogi. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim tłokiem, gdzie ludzie byli jak mrówki w mrowisku - każdy ze swoim zadaniem, każdy w swoją stronę, ale mimo to, wszyscy niewzruszenie naprzód, z wielką siłą.
   Zatrzymałam się  przy witrynie jakiejś kawiarni, gdzie prąd tłumu był znacznie słabszy i zatrzymanie się w miejscu nie groziło stratowaniem. Oparłam się framugę drzwi, gdy uderzył mnie zapach świerzo mielonej kawy. Obróciłam się, by zobaczyć co to za miejsce, gdzie tak cudownie pachnie. No tak, Starbuck's.    Czasami myślę, że ten zapach jest tworzony specjalnie, jako taki marketing czy coś w tym guście. Jeśli tak jest faktycznie, to zdecydowanie działa.
   Pokonałam dwa stopnie i weszłam do wnętrza przestronnej kawiarni, urządzonej w ciemnych, czekoladowych odcieniach skór i miodowego drewna. Przerzuciłam mój stary, skórzany plecak, który odziedziczyłam po siostrze, przez jedno ramię i włożyłam do jednej z kieszeni dłoń, by po omacku odszukać mój portfel. Stając na końcu kolejki wciąż nie mogłam odnaleźć portfela. Zauważyłam, że pare osób z tych, które pragnęły przeczekać pół godzinny szczyt na ulicach Manhattanu w przytulnym Starbuck'sie i teraz wygodnie siedziały przy stolikach, rozparte na pufiastych fotelach, nieprzychylnie patrzyło się na mnie.
   Gdy nadeszła moja kolej, by złożyć zamówienie, poprosiłam o najzwyklejsze cappuccino. Nie byłam amatorką kawy i skusiłam się tylko dlatego, że byłam wykończona po podróży i wciąż męczyły mnie efekty zmiany czasu. Ekspedientka przyjęła moje zamówienie i podała należność. Ja wciąż szukałam moich pieniędzy. Poczułam wrogie spojrzenie kolejnego klienta, który stał za mną w kolejce. Albo był niegrzeczny, albo był totalnym arogantem, bo zaczął na mnie chrząkać. Przepuściłam go w kolejce i stanęłam z boku, by wydobyć portfel z czarnej dziury zwanej potocznie kobiecą torebką, w tym przypadku, akurat plecakiem szesnastolatki. Po chwili przyszła kolejna kobieta w firmowym uniformie z moja kawą. Postawiła ją na ladzie i również spojrzała na mnie z wyższością, jakby się spodziewając, że nie mam pieniędzy. Zachowywała się jak kontrola w autobusie, gdy udajesz, że szukasz biletu, by zyskać na czasie. Z tym, że akurat teraz miałam "bilet". Myślę, że dosłownie na sekundy przed tym, nim kasjerka zaczęła ciskać we mnie piorunami z oczu, znalazłam portfel z westchnieniem ulgi. Chyba westchnęłam ciut za głośno, bo jeszcze kilka osób uniosło brwi. Czułam, że ludzie gapią się na mnie i pewnie uważają mnie za biedaczkę. No, ale przecież sama wybrałam dla siebie ten strój, nie mogę się teraz poddać. W domu, w moim prawdziwym domu, w Polsce, nikt nie zwróciłby uwagi na mój strój. Niby Ameryka to taki otwarty kraj, a zdaje się, że ocenianie innych to tutaj jakiś sport narodowy. A może wszędzie, gdzie są ludzie "z wyższych sfer", jest tak samo? W końcu Manhattan, nazwa zobowiązuje. -pomyślałam z ironią.
   Szybko podałam kobiecie za ladą odliczone pieniądze, chwyciłam mój kubek z napojem na wynos i patrząc w dół wyszłam z kawiarni. Powoli traciłam swoją pewność siebie i buntowniczy nastrój. Znowu łapała mnie chandra. Jedyne na co miałam ochotę, to wrócić na górę i zagrzebać się w pościel. No tak, na górę. Może jednak szkoła jest lepszym wyjściem, niż ponowna przejażdżka windą? - pomyślałam na wspomnienie niedawnego wypadku, którego byłam częścią przed paroma minutami.
   Stając wciąż pod zadaszeniem, patrzyłam na masę poruszającą się w różne strony, w strugach deszczu. Niektórzy mieli parasole, inni kaptury. Tylko nielicznym było obojętne, że zmokną. Patrzono na nich, jakby mieli po trzy głowy. Ciekawe czy to właśnie to nazywają walką klas.
   Pociągnęłam ostrożnie łyk z papierowego kubka, by nie oparzyć sobie języka. Dobra. - Skomentowałam kawę.
  Narzuciłam na głowę kaptur, jednocześnie pilnując by kosmyki moich włosów spod niego nie wychodziły. Nienawidzę mieć mokrych włosów. Ruszyłam z tłumem, przez cały czas starając się znaleźć jak najbliżej ulicy. Próbowałam złapać taksówkę, ale niestety, sądzę, że nie wygladałam dla żadnego z taksówkarzy jak potencjalny klient z dużym napiwkiem. Nie miałam bladego pojęcia, jak trafić do szkoły, znałam jedynie adres. Po namyśle siegnęłam do kieszeni bluzy i wyjęłam z niej białego i'phona. Sprawdziłam szybko w internecie jak się tam dostać - okazało się, że to całkiem niedaleko, jeśli podjechaćby metrem.
   Po dojściu do metra, miałam drobne problemy z kupieniem biletu, ale w końcu przedarłam się przez bramki, jakimś cudem uniknęłam zgubienia w tunelach i odnogach korytarza i weszłam do wagonu nowojorskiej kolei podziemnej. Jechałam zaledwie jeden przystanek, ale pierwszy raz, odkąd byłam w Stanach, czułam, że nie odstaję. Nie było tu takich bogaczy, jakich spotkałam na ulicy przed apartamentowcem. Tutaj się nie wyróżniałam, byłam jednym z wielu.
  Wysiadłam już na następnej stacji, szybkim krokiem pokonałam drogę na powierzchnię. Moja nowa szkoła znajdowała się tylko przecznicę dalej. Z każdym krokiem byłam coraz bardziej zdenerwowana. Poranne postanowienia poszły się paść i teraz żałowałam, że nie założyłam skórzanej kurteczki, rozkloszowanej spódniczki i litów.
  Nie chodzi mi o to, że kobiecy wygląd to nie moja bajka, no bo, cóż, moja jak najbardziej, ale chciałam pokazać rodzicom, że ta sytuacja mi nie odpowiada. Sądziłam, że gdybym to zaakceptowała i zachowywała się jak wcześniej, to żadne skargi nie skłoniłyby ich do wysłania mnie spowrotem do domu. Ale teraz zaczynałam myśleć, że może jednak posiadanie znajomych nie jest takie złe.
  Naciągnęłam kaptur czarnej i ciężkiej od wody bluzy mocniej na głowę. Widziałam już moją nową szkołę. Żeliwna duża furta, przez którą przeciskali się nastolatkowie. Słyszałam ich radosne głosy, piski dziewcząt, wybuchy śmiechu chłopców. Pomyślałam sobie, że wygladają na szczęśliwych i zwyczajnych, jeśli nie liczyć oczywiście ich drogich ubrań. Byłam zaledwie o kilka kroków od przekroczenia bramy szkolnej, gdy ktoś złapał mnie za ramię:
- Ej, koleś, to teren szkoły. Obcym zakaz wstępu. - Żałowałam już, że tu przyszłam. Odwróciłam głowę, by zobaczyć kto mnie zatrzymał. Zrobiłam to tylko po to, aby po sekundzie żałować jeszcze bardziej. Chłopak, który mnie zatrzymał był dużo wyższy ode mnie. Moje oczy były na wysokości jego obojczyków i  muskularnych ramion. Nie trzeba było być geniuszem, żeby zauważyć, że jest wysportowany, umięśniony i zabójczo przystojny. Jego mocno zarysowana szczęka, pokryta delikatnym zarostem, była mocno zaciśnięta. Brwi były opuszczone przez marszczące się, nieskazitelne czoło, zakrywając przy tym błękitne oczy, które wpatrywały się we mnie z odrazą.
  Od razu opuściłam głowę, by mnie nie zobaczył. Było mi tak okropnie wstyd. Sądziłam, że z moim metrem i siedemdziesięcioma ośmioma centymetrami uchodzę za wysoką, ale ten koleś wzrostem dorównywał graczom NBA. Przytłaczała mnie jego obecność.
- Co ty bezdomny jesteś jakiś? Czego tu chcesz, włóczęgo?! - Naskoczył na mnie. Szczerze, to w jego oczach było coś takiego, taka... dzikość, że bałam się go. Nie umiałam sie wysłowić, zapomniałam słów, a język wiązał mi się w supełki.
- Emm... - jedynie tyle zdołałam wykrztusić. Szarpnął mnie za ramię, mój kaptur zsunął mi się trochę odsłaniając moją twarz, oblepioną mokrymi włosami.Szybko spuściłam wzrok. Chłopak zmarszczył jeszcze bardziej brwi, choć zdawało się to niemożliwe.
- Jesteś w ogóle facetem? - zwolnił uścisk na moim ramieniu wypowiadając te słowa. Byłam tak przerażona. Wiedziałam, że nie wejdę do tego budynku w takim stroju. Powoli zaczynały mi się trząść dłonie. Podjęłam szybką decyzję i rzuciłam się sprintem w stronę metra. Wysoki chłopak nawet nie próbował mnie gonić, ale ja kompletnie nie zdawałam sobie z tego sprawy. Biegłam dalej, obijając się o ludzi, trącając ich i prawie, że przewracając niektórych.
   Dopadłam do wagonu metra, który o dziwo był w połowie pusty. Znalazłam sobie miejsce siedzące i zaczęłam uspokajać oddech. Zacisnęłam dłonie w pięści, by powstrzymać ich drżenie, choć na niewiele się to zdało.
   Czułam, że już przegrałam, że nie dam rady się stąd wydostać. Jutro ubiorę się po staremu, złapię taksówkę i będę piszczeć z innymi dziewczynami na widok przystojnych chłopców na wf'ie.
Pojedyncza łza spłynęła z mojego policzka, na myśl o tym, że nie zobaczę już domu, lecz szybko starłam ją wierzchem dłoni. Poczułam przygniatającą mnie beznadziejność, chciałam jedynie by hamulce puściły mi, gdy już będę na ostatnim piętrze, w penthouse'ie a nie tu, wśród tylu ludzi.
Nie mogłam uwierzyć w to, że tuż po wyjściu z windy byłam taka szczęśliwa i taka pewna siebie.
   Tuż przed wejściem do budynku, w którym mieszkałam, zauważyłam piękną kobiętę, która zatrzymała się na środku chodnika i szukała czegoś w torebce. Po chwili wyciagnęła z niej telefon, napisała wiadomość, poprawiła usta błyszczykiem i ruszyła dalej. Nikt jej nie potrącił. Wow, mnie by rozdeptali na mielone. - Skomentowałam w myślach.
   Przeszłam przez szklane, obrotowe drzwi i znalazłam się w lobby. Rzuciłam niespokojne spojrzenie na windę, a potem na stróża za ladą recepcji. Zerknął na mnie z nad monitora komputera, na którym coś pisał i totalnie mnie olał. Spodziewałam się czegoś w stylu "Nie powinnaś być w szkole?" i innych protekcjonalnych gadek, ale nic takiego się nie stało.
   Moim jedynym zmartwieniem pozostała winda. Sprytnie poczekałam, aż ktoś jeszcze będzie chciał pojechać na górę. Po chwili kobieta w burgundowej garsonce i lakierowanych szpilkach w tym samym odcieniu, przytruchtała, by następnie z klikiem jej szpilek na marmurze zatrzymać się koło mnie. Przez kolory, jakie miała na sobie i swoją figurę, kojarzyła mi się z okrąglutkim, dojrzałym jabłkiem nabitym na dwie wykałaczki. Przywołałam windę, której drzwi otworzyły się niemal natychmiast. Miałam nadzieję, że jeszcze ktoś się dosiądzie, ale nikt oprócz mnie i kobiety w czerwieni nie wszedł do kabiny. Drzwi zamknęły się z chichym sykiem sprężanego powietrza i maszyna ruszyła na górę. Kątem oka zobaczyłam, że druga pasażerka jedzie na osiemnaste piętro.
  To tylko dwanaście pięter, dasz radę dziewczyno! - Motywowałam samą siebie. Jechałyśmy w milczeniu. O ile nie zdziwiło mnie za bardzo to, że kobieta nie zwróciła uwagi na to, że czekałam na kogoś kto będzie jechał windą, i nie wybrałam piętra, o tyle zaskoczyło mnie to, że ani trochę nie przejęła się tym, że wyszłam za nią z windy. Na jej miejscu, dawno bym użyła gazu pieprzowego czy czegokolwiek innego. W końcu wyglądam dość podejrzanie, w tym stroju i ze ściekającą ze mnie wodą.
  Nie niepokoiłam dalej mojej współpasażerki, choć byłam bardzo, ale to bardzo ciekawa co by zrobiła, gdybym szła za nią dalej. Przez dosłownie sekundę rozważałam ten pomysł, ale szybko go porzuciłam.
   Zamiast tego zaczęłam wspinać się klatką schodową. Było to dla mnie o tyle trudne, że miałam problemy z nogami. Kiedyś byłam sportowcem, ale po drugim skręceniu kolana i zerwaniu ścięgna achillesa, odsunięto mnie z drużyny. To było kolejnym powodem mojej frustracji.
Doczłapałam się, wręcz dodreptałam na ostatnie piętro. Czułam pulsujący ból prawego kolana. Od ostatniego urazu stało się ono bardzo delikatne, dodatkowo uciekając przed chłopakiem, który najwyraźniej robił w szkole za bodyguard'a, puściłam się niezłym sprintem. W końcu biegałam setki przez płotki. Potem stwierdzono, że mogę najwyżej zwyczajnie biegać.
  Do teraz nie jest to dla mnie łatwe i na samo wspomnienie słów trenera, kiedy mnie wyrzucał z zespołu, mam łzy w oczach. Przez blisko dwa miesiące nie mogłam ćwiczyć ani uprawiać żadnych sportów - to był dla mnie jak największy koszmar. Czasami zdawało mi się, że porzuciłam to za sobą, ale tak naprawdę to jest jak papier toaletowy przyczepiony do buta - nawet nie zdajesz sobie sprawy, że coś za sobą ciągniesz, ale i tak na końcu słyszysz, że jesteś frajerem.
    Tym razem zawartość mojego plecaka nie grała ze mną w chowanego, toteż szybko znalazłam w jego wnętrzu klucz. Włożyłam go do zamka i przekręciłam. Mechanizm cicho szczęknął i drzwi uchyliły się bezszelestnie.
   Przywitała mnie pustka.
   Nie trudziłam się zamykaniem drzwi na klucz, kopnęłam je jedynie, przez co głośno trzasnęły. Mój nastrój pogarszał się z każdą chwilą. Zatrzymanie się windy, było jak dotąd najlepszym, co mnie tego dnia spotkało. Rzuciłam plecak pod ścianę i leniwie ruszyłam do kuchni połączonej z salonem. Wyjęłam z szafki Nutellę i jadłam ją prosto ze słoika. Gdy już się zasłodziłam orzechowo - czekoladowym kremem, popiłam sokiem pomarańczowym, również prosto z butelki.
   Na wprost drzwi wejściowych do mieszkania wisiało na ścianie bardzo duże zdjęcie przedstawiające całą moją rodzinę. Patrząc na nie, jeszcze bardziej zatęskniłam za domem. Przyjrzałam się mojej roześmianej siostrze, trzymającej w objęciach jednego dwulatka. Drugiego trzymał jej mąż. Jej długie, jasne włosy kontrastowały z moimi krótkimi, prawie czarnymi. Ogólnie nie byłyśmy do siebie podobne. Ja przypominałam mamę, ona tatę. Wpatrzyłam się w jej szare oczy. Zawsze znajdywałam w nich pocieszenie i ich kolor kojarzył mi się ze spokojem. Bardzo przydałaby mi się teraz rozmowa z nią.
  Wyciągnęłam z kieszeni mokrej wciąż bluzy telefon i wybrałam jej numer. Po szóstym sygnale odebrała automatyczna sekretarka. No tak, różnica czasu. - Pomyślałam. U niej pewnie jest jeszcze noc. A może już noc?
   Nieważne, ważne było tylko to, że poczułam się jeszcze bardziej samotna i smutna. Poszłam do swojego pokoju.
   Za jasnymi drzwiami kryło się pomieszcze całe w szarościach i popielach. Jedynie meble i narzuta na podwójnym łóżku były ecrie. Jak już mówiłam, szary mnie uspokajał i nasuwał mi na myśl ciepłe usposobienie mojej siostry.
   Zawsze brano nas za przyjaciółki, nie za siostry. I w gruncie rzeczy, to co nas łączyło, to nie tylko siostrzana miłość, ale też dożywotnia przyjaźń.
    Wyciągnęłam  spod beznadziejnej kryjówki pod łóżkiem, stary karton po moich pierwszych szpilkach, które wybrała mi siostra. Przetarłam podełko z kurzu, dotykając go z sentymentem, pomimo iż schowałam je tam zaledwie dwa dni temu, więc nie zdążyło się jeszcze porządnie zakurzyć. Trzymałam je w dłoniach bardzo ostrożnie, prawie jakby z nabożną czcią. Było tak sfatygowane i wyładowane po brzegi, że bałam się, że rozerwie się w moich dłoniach. Wiedziałam, że pewnego dnia pewnie właśnie tak się stanie, ale póki co, starałam się odciągnąć w czasie ten moment możliwie jak najdalej.
  Przewiesiłam sobie przez ramię mój ulubiony koc, który zawsze brałam z siostrą na plażę lub używałyśmy go do wylegiwania się w ogrodzie - to też była cała kupa wspomnień.
  Usadowiłam się wygodnie przed rodzinnym zdjęciem tuż przy wejściu i otworzyłam pudełko po butach. Wewnątrz trzymałam moje "skarby". Moje najważniejsze medale, wcale nie te najbardziej istotne tylko te, które dla mnie znaczyły najwięcej. Tak jak medal z moich pierwszych zawodów. Była tam też wstążeczka oderwana od moich pierwszych obcasów, zdjęcia z przyjaciółmi, wycinki z gazet z informacjami o moich zwycięstwach i cała masa innych sentymentalnych bzdetów. Wyjęłam kilka zdjęć, po przejrzeniu odkładałam na bok i sięgałam po kolejne. Nie pamiętam, kiedy pękłam i się rozpłakałam. Nie pamiętam też, kiedy zasnęłam.
   Pamiętam tylko, że jak już leżałam na podłodze, pośród moich pamiątek, opatulona kocem, przypomniałam sobie cudowne brązowe oczy, czarujący uśmiech i silną, ciepłą dłoń, która pomogła mi wstać.
- Mogłabym częściej ją trzymać. - mruknęłam do siebie, uśmiechając się szeroko. Myślę, że po tym zasnęłam i chyba nawet wiem, o czym śniłam.

środa, 25 czerwca 2014

Rozdział 1. Nice, but hard to say.

Ellie  

   Nacisnąć, czy nie nacisnąć? - myślałam. W mojej głowie toczyła się wewnętrzna walka rozsądku z instynktem. A może z głupotą. Powinnam nacisnąć. Wzięłam głęboki, uspokajający oddech i postanowiłam: Nacisnę na "trzy". Raz, dwa, trzy!
Moja ręka drgnęła, ale i tak nie nacisnęłam guzika przywołującego windę. Stałam na wprost metalowych, rozsuwanych drzwi i jedyne, na co było mnie stać, to gapienie się na moje niewyraźne odbicie w lśniącej powierzchni i marszczenie brwi. W nerwowym odruchu poprawiłam bluzę na ramionach i podwinęłam rękawy, które nieco się osunęły po moich przedramionach od ostatniej poprawki.
Objęłam się lewą ręką w pasie, a kciuk prawej włożyłam do ust i zaczęłam lekko przygryzać.
Dlaczego się na to zgodziłam? - marudziłam. Miałam na myśli, czemu zgodziłam się zamieszkać w penthouse'ie trzydziestopiętrowego nowojorskiego wierzowca? Gdybym stanowczo protestowała to nie musiałabym wyjeżdżać z Polski. Mogłabym zostać w domu z siostrą, jej mężem i ich bliźniakami, a tak zostałam zmuszona do mieszkania w pojedynkę z rodzicami. Już nie mam jej wsparcia. Nie znoszę ich. Totalnie się mną nie przyjmują, zostawiają samej sobie, a potem narzekają, że nie jestem ich idealną córką.
   Spojrzałam na zamknięte czarne drzwi po lewej. Za nimi kryło się rozległe mieszkanie z tarasem na dachu. Mój nowy dom. Nie bądź głupia.- skarciłam samą siebie. - Nikogo tam nie ma. A nawet gdyby był, to by z tobą nie zjechał na dół.
Jeszcze raz pomyślałam nad zejściem schodami: Trzydzieści pięter. Moje chore nogi tego nie zniosą. Nie dwa razy dziennie. Co najmniej. Muszę zjechać windą. 
Zmusiłam się do przyłożenia palca do guzika. Cała się trzęsłam od środka, a dłoń drżała.
- To wołasz tę windę, czy nie? - odezwał się głos po mojej prawej. Powoli, jakby w zwolnionym tempie, odwróciłam się w jego stronę. Chłopak, który stał obok był moim sąsiadem. Zazwyczaj na ostatnim piętrze jest tylko jedno mieszkanie, ale ten budynek był tak rozległy, że na ostatnim piętrze znajdowały się dwa ogromne mieszkania - moje i jego.
W pethouse'ach zazwyczaj mieszkają ci najbogatsi z bogatych, dlatego nie powinna mnie dziwić tożsamość mojego nowego sąsiada. A jednak zdziwiła, gdyż wciąż nie mogłam myśleć o sobie jako o obrzydliwie bogatej, dlatego też nie sądziłam, że takiego zwykłego człowieczka jak ja może spotkać coś takiego.
Naprzeciw mnie brązowymi oczami wpatrywał się we mnie i słodko marszczył brwi Justin Bieber.
- Em... - zająknęłam się. Spojrzałam na guzik, na niego, przełknęłam ślinę i nacisnęłam, zamykając oczy. Usłyszałam piknięcie i cichy szum tłoków we wnętrzu maszyny, otworzyłam oczy i ujrzałam pod sufitem migającą na czerwono strzałkę skierowaną ku górze. Nadjeżdża. - skomentowałam w myślach. W moim brzuchu zawiązał się lekki supeł, ale i tak czułam ogromną ulgę, że nie muszę jechać sama. Mimo to, gdy winda była już blisko naszego piętra moje serce przyspieszyło.
Chociaż po części była to wina mojego nowego sąsiada. Patrzył na mnie intensywnie.
   Metalowe drzwi rozsunęły się prawie bezgłośnie. Chłopak wszedł do wnętrza kabiny i chciał nacisnąć "0", gdy zwrócił się ku mnie:
- Wsiadasz? - uniósł brwi. Był chyba lekko zdezorientowany.
Ja natomiast moje brwi zmarszczyłam, zacisnęłam pięści na myśl o tym, że na zewnątrz jest burza. Wewnątrz budynku było cicho i spokojnie, ale na dworzu z pewnością szalał wiatr. Po chwili wachania weszłam do środka.
Strach nieco zmalał, gdy zaczęliśmy jechać w dół, bo skupiłam się na chłopcu w czerwonej bluzie. Pomyślałam sobie, że z bliska jest o wiele przystojniejszy niż na zdjeciach.
Nie jestem jego fanką, ale nie zaprzęczę, że jest piękny oraz niesamowicie seksowny. Spojrzał na mnie.
- Boisz sie wind? - zapytał. Marszczył czoło, chyba nie był pewien mojego dziwnego zachowania i próbował znaleźć temu uzasadnienie.
Kiwnęłam głową na potwierdzenie.
- Ludzi też się boisz? - zaśmiał się lekko.
- Co? - zdziwiłam się.
-Jeszcze nic nie powiedziałaś. A zadałem ci trzy pytania. - wytłumaczył. Chciałam przyjąć to skinieniem głowy, ale znowu wyszłoby na to, że nie odpowiadam.
- Tak, boję się wind. - Szczerze to nie miałam najmniejszej ochoty na rozmowy, ani zdobywanie nowych przyjaźni. Odkąd tu przyjechałam męczył mnie jet-lag i miałam zły humor. Powinnam to raczej nazwać wrogim nastawieniem do całego świata. Do przystojniaka przede mną może nieco mniej wrogim niż do reszty, ale wciąż nie byłam mu przyjazna. Nie miałam powodu by być w przyjaznym nastroju i zawierać nowe znajomości. Był to pierwszy dzień w mojej nowej szkole, musiałam zjechać przez całą wysokość wielkiego apartamentowca windą, której się panicznie bałam, rodzice zostawili mnie w nowym miejscu samą, wychodząc wcześnie do pracy, do wieczora także będę sama, bo wrócą po dziesiątej - jak zwykle. Czułam się beznadziejnie. Chciałam wrócić do domu. Przyjeżdżając tu na rozkaz rodziców postanowiłam z nikim się nie zaznajamiać. Był maj, a ja planowałam wrócić na wrzesień do Polski, więc nie miałam powodów do poznawania kogolowiek czy też starania się w szkole. Nie szukałam niczyjej akceptacji, toteż puściłam mimo uszu dobrą radę mamy i nie założyłam markowych ciuchów jakie nosi się w szkołach dla bogaczy. Założyłam pół dresy - pół leginsy i czarną bluzę z kapturem. Na nogi założyłam trampki, oczywiście najtańsze, nie conversy, a przecież szłam właśnie do szkoły dla "lepszych". To był mój wyraz buntu - tanie, męskie ciuchy, brak makijażu, nieuczesane włosy, ignorowanie innych i buńczuczna postawa.
- Nie musisz się bać, to porządne urządzenie, nic się nie stanie. - uśmiechnął się do mnie, żeby mnie zmotywować. Przynajmniej sądzę, że taki miał cel. Niestety nie zadziałałoby to nawet wtedy, gdyby winda się nie zatrzymała, a światła nie zgasły. A tak się właśnie stało. Po chwili żarówki mignęły i włączyły się awaryjne halogeny.
- Kurwa! - zaklął. - Co jest?!
- Tego się właśnie bałam. - złapałam się za głowę i usiadłam na podłodze po turecku.
Justin zaczął uderzać pięścią w drzwi i krzyczeć "hej". Zawsze bałam sie utknąć między piętrami, albo spaść na dół. Wiedziałam, że w takich sytuacjach trzeba zachować spokój i czekać na pomoc. Bałam się, owszem, ale nie panikowałam tak jak on. Przed chwilą zapewniał mnie, że jest bezpiecznie, teraz desperacko wołał pomocy. Nie mogę go winić, gdyż sytuacja zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Niebieskawe światło nadawało wnętrzu windy ponurego klimatu. Uderzenia jego pięści roznosiły się w szybie. Mogła być to moja wyobraźnia, ale wydawało mi się, że gdy uderza, cała winda się trzęsie. Bałam się, że metalowe sznury się urwą i spadniemy. Byłam już chyba na skraju paniki.
- Uspokój się. - powiedziałam cicho, lekko drżącym głosem. Nie usłyszał. Albo mnie olał. Nieistotne, ważne jest tylko to, że się nie uspokoił. Moje serce przyspieszyło, a źrenice rozszerzyły się w przypływie adrenaliny. Wiedziałam, że skoro ten "opanowy" stracił zimną krew, to teraz ja muszę zadbać o spokój, który zapewni nam bezpieczeństwo. - Proszę, usiądź i się opanuj. - powiedziałam głośniej i bardziej stanowczo niż poprzednim razem. Znów nie zareagował.
Olewa mnie celowo.- pomyślałam.
- Hej! Przestań! - warknęłam na niego i szarpnęłam go za bluzę, ciągnąc na podłogę. Zachwiał się, ale nie upadł. Zamiast tego spojrzał na mnie zdezorientowany. - To pewnie bezpieczniki albo coś. Gdzieś walnął piorun i poszło zasilanie. Zaraz znowu ruszymy. Musimy to po prostu spokojnie przeczekać. - kiwnął głową, że zrozumiał choć na jego twarz było widać, że jest wzburzony.
- Czy ty się nie bałaś wind? - spytał podejrzliwie.
- Nadal się boję. Po prostu staram się zachować zdrowy rozsądek. - urwałam, ale po chwili dodałam. - Kiedy jadę z kimś to nie jest źle. Gorzej gdy mam jechać sama. Wtedy ogarnia mnie panika.
- Teraz to ja spanikowałem. - opuścił głowę i uśmiechnął się pod nosem. - Ale mi wstyd. - pokręcił głową z niedowierzaniem.
- To naturalne. - wzruszyłam ramionami. Podniósł na mnie wzrok i miałam wrażenie, że wpatruje się w moje oczy. Wyciągnął dłoń w moją stronę.
- Justin Bieber. - chciałam odpowiedzieć "wiem, nie jestem idiotką", ale zamiast tego uścisnęłam jego wyciągniętą rękę i odpowiedziałam:
- Ellie.
- Jeśli można... skoro tak bardzo bałaś się jechać sama dlaczego nie użyłaś schodów? - ponownie próbował nawiązać rozmowę. Spojrzałam na niego, zirytowana już trochę jego pytaniami.
- Jest ich za dużo. - odpowiedziałam prosto.
Zachichotał.
- Gdybym to ja się czegoś panicznie bał to lenistwo by mnie nie powstrzymało przed ominięciem tego. - uśmiechnął się zaczepnie.
-To nie lenistwo. - chciałam pominąć fragment o tym, że mam chore kolana. - Wiem, że muszę zwlaczyć ten strach. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Hmm... - mruknął. Po chwili ciszy dodał: - Pomogę ci.
- Co? - byłam zdezorientowana.
- Pomogę ci zwalczyć twój strach. Dopóki nie zaprzyjaźnisz się z tą windą - wskazał gestem na malutkie pomieszczenie, w którym się znajdowaliśmy - będę z tobą co rano zjeżdżał na dół. - uśmiechnął się w taki cudowny sposób.
- Nie musisz - oponowałam. - Na pewno nie masz na to czasu, dam sobie radę.
- Rano nie mam za wiele do roboty. Zresztą mieszkając samotnie brakuje mi odrobiny dobrego towarzystwa. - puścił mi oczko i uśmiechnął się figlarnie. Zastanawia mnie czemu zachowywał się wobec mnie w ten sposób. Byłam ubrana w dres, nie wyglądałam atrakcyjnie, ani w ogóle nie dałam mu żadnego powodu by tak się zachowywać! Pewnie tylko chciał poprawić mi humor, bo dostrzegł zaczerwienienie pod oczami.
- O-okej. - powiedziałam nieśmiało i mimowolnie zarumieniłam się. Czemu on jest taki... boski?
- Masz dziwny akcent. - skomentował.
- Nie jestem stąd. Pochodzę z Polski.
- Dawno przyjechałaś do Stanów? - ciągnął rozmowę. Wpatrywał się we mnie i analizował każdy mój gest.
- Dwa dni temu.
Chwilę milczał, po czym znowu zaczął pytać. Już przestało mnie to irytować. Jakbym się nie starała nie umiem do końca odciąć się od ludzi. Z natury zawsze była towarzyska i dookoła miałam pełno przyjaciół.
- Nie znam się, ale nie wydaje mi się, żeby Ellie było polskim imieniem.
- Bo nie jest. - odparłam ze wzruszeniem ramion. - Takie imię przyjęłam tutaj, żeby ludziom było łatwiej. Naprawdę mam na imię Elwira.- spojrzałam się mu prosto w oczy i przyjrzałam jego twarzy, ciekawa jego reakcji na moje prawdzie imię.
Powtórzył je cicho.
- Ładnie, ale ciężko je wymówić. - uśmiechnął się zalotnie.
- Dlatego tutaj jest Ellie. - odpowiedziałam uśmiechem.
- Nie. Nie chcę cię tak nazywać. To jest fałszywe imię. Masz jakieś przezwisko? - zapytał. W tym momecie winda ruszyła w dół i zapaliło się właściwe oświetlenie.
- W Polsce przyjaciele wołali na mnie Elvis. - wstał i uniósł brwi.
Wyciągnął dłoń w moją stronę, aby pomóc mi wstać.
- Presley? - zaśmiał się serdecznie jednocześnie pytając, czy chcę przyjąć jego pomocną dłoń. Przyjełam gest i chwyciłam ciepłą, silną dłoń, która uniosła mnie do góry.
- Zwyczajnie Elvis, Bieber. - powiedziałam zadziornie. Niby przykry incydent, a poprawił mi humor. Gdzieś we mnie zakiełkowało przeświadczenie, że może jednak nie będzie tutaj tak źle.
Drzwi rozsunęły się i do windy weszła dostojna kobieta po pięćdziesiątce w dziwnym futrze. Spojrzeliśmy na nie porozumiewawczo i uśmiechnęliśmy się do siebie. Rozdzieliliśmy się w lobby.
- Jutro o tej samej godzinie przed windą, Presley - powiedział na dowidzenia Justin tonem nie znającym sprzeciwu. Nawet nie próbowałam się wykłócać. Bardzo nie chciałam jeździć sama. Bardzo chciałam jeździć z nim.
- Nie mów tak do mnie, Bieber. - rzuciłam mu łobuzerski uśmiech i zniknęłam mu z oczu.