Ellie
Popołudniowe lekcje nie różniły się niczym, względem tych porannych. Powoli zaczynałam żałować, że nie skorzystałam z przerwy na lunch.
Ostatnią dzisiejszą lekcją była biologia, więc teoretycznie nie powinnam się nudzić, gdyż interesuję się tym przedmiotem i zamierzam studiować medycynę. W praktyce nauczyciel był najnudniejszym człowiekiem na świecie. Serio, powinni zapisać go do księgi rekordów Guinnesa. Monotonia z jaką mówił, uśpiłaby nawet cierpiących na bezsenność. Nawet jego pociąganie nosem było monotonne i regularne!
Oszalałabym, gdyby nie przytłaczająca ilość plakatów dydaktycznych, które mogłam czytać.
Już dawno nie cieszyłam się z takiego drobiazgu jak irytujący dźwięk dzwonka. Z ulgą wstałam z krzesła i z poczuciem dobrze wypełnionego, uczniowskiego obowiązku wynudzenia się na lekcji, opuściłam szkołę.
Idąc przez szkolny dziedziniec czułam na sobie spojrzenia chłopaków ze starszych roczników, oczami wyobraźni widziałam jak przejeżdżają wzrokiem po moim ciele, wytężając słuch słyszałam skrawki ich rozmów na mój temat i czułam z tego powodu swego rodzaju dumę. Nie wiedzieć czemu, moje myśli pofrunęły w stronę faceta z naprzeciwka i przyłapałam się na tym, że chciałam by i on patrzył na mnie w ten sposób. Kiedy zdałam sobie sprawę o czym rozmyślam, moje policzki zaróżowiły się, a kąciki ust uniosły w niekontrolowanym, wstydliwym uśmiechu.
Pokręciłam głową, by odegnać niechciane myśli. Justin Bieber z pewnością nie raz widział cudowne modelki z wyższej półki, milion razy ładniejsze ode mnie. Ba! Na pewno z takimi pracował przy sesjach zdjęciowych i teledyskach, więc nie ma szans, by zwrócił uwagę na kogoś mojego pokroju. Ciekawe czy miał z jakąś romans? Mój Boże, przestań o nim myśleć!
Od wczoraj rana w mojej głowie był tylko: Justin, Justin i Justin! Nigdy się nim nie interesowałam, a od wczoraj przejrzałam jego profil na facebook'u, zaczęłam obserwować na twitterze i przeczytałam dział Wikipedii na jego temat. Zaczynam zachowywać się jak jakaś psycho - fanka! Ach, nie, one się nazywają Beliebers. Chryste, Ellie, przestań!
Nigdy nie pochwalałam metod wychowaczych takich jak szlabany, areszty domowe i inne takie, ale tym razem sama dałam sobie szlaban. Szlaban na Biebera. Koniec z przeglądaniem jego zdjęć, koniec z myśleniem o tym co mu się spodoba, a co nie, i koniec z rozmyślaniem o nim!
Gdzieś tam w środku wiedziałam, że nie wytrzymam w żadnym z tych postanowień, ale mimo to moja determinacja nie gasła przez całą podróż taksówką. Nie ugięłam się przed Justino - myślami nawet jadąc windą, i mogę za to dziękować do cna łysiuteńkiemu biznesmenowi, który wysiadał tylko piętro niżej niż ja. Mimo to, i tak, wysiadłam razem z nim i pokonałam ostatnie piętro piechotą.
Moja silna wola zgasła dopiero wtedy, gdy drzwi mojego mieszkania otworzyły się z hukiem, w momencie kiedy byłam w połowie przyrządzania sosu do tagliatelle. Usłyszałam tylko, od niedawna znajomy, głos mówiący " Co na obiad?", a moje serce zabiło trzy razy szybciej.
Justin
Wchodząc do jej mieszkania pierwszym, na co zwróciłem uwagę, był jej strój. Kusą spódniczkę, którą założyła rano do szkoły, zamieniła na czerwone koszykarskie, na mój gust męskie, spodenki, a białą bluzeczkę ze sporym dekoltem przebrała na czarny, za duży t-shirt. Krótkie, czekoladowe włosy, które rano cudownie falowały dookoła jej twarzy, teraz związała w ciasnego kitka.
Lekko mówiąc poczułem się zawiedziony.
Na szczęście zapachy napływające od strony kuchni szybko podniosły mnie na duchu.
- Yo, Presley. - przywitałem się podchodząc bliżej do panelu grzewczego, na którym stał garnek z wrzącą wodą i długim makaronem oraz głęboka patelnia z jasnym sosem, przy którym operowała dziewczyna.
- Siema, Bieber. - odpowiedziała udawanym slangiem. - Nie wiedziałam, że ktoś cię zapraszał na obiad.
Tu mnie miała, bo w końcu nikt mnie nie zapraszał. Postawiłem więc na sprawdzoną metodę, czyli zrobiłem minę słodkiego szczeniaczka. Dobrze wiem, że żadna dziewczyna i część facetów nie oprze się moim brązowym oczom.
- Przepraszam, że ci się narzucam, ale moja gosposia prosiła mnie, bym dał jej wolne. Bardzo chciała odwiedzić mamę, więc zostałem teraz sam. - oczywiście skłamałem, ale tylko w połowie. Lauren rzeczywiście ma urlop, ale tylko dlatego, że zmusiłem ją, by zostawiła mnie na trochę samego. Nie chciała słuchać, gdy mówiłem jej, że jestem już dorosły i dam sobie radę sam, a poza tym pora, bym nauczył się gotować. Dopiero tęsknota za domem ją przekonała. Nie powiem, że mi jej nie brakuje, bo była dla mnie jak własna babcia, ale cel uświęca środki.
Ellie przygryzła seksownie wargę zastanawiając się, czy pozwolić mi zostać. Wiedziałem, że się zgodzi, widziałem to w jej oczach, gdy tylko przekroczyłem próg jej domu.
- No dobra, możesz zostać. - westchnęła przewracając oczami. Mimo to, przeczuwałem, że cieszy się z tego, iż nie musi jeść sama. Nikt nie lubi samotności.
Stanąłem po drugiej stronie aneksu, tak, by stać twarzą w twarz z dziewczyną.
- W takim razie, co na obiad? - powtórzyłem pytanie, zacierając ręce.
- Tagliatlle w sosie śmietanowo - serowym z pieczarkami i szpinakiem. - uniosłem brwi. Nazwa brzmiała jak z jakiejś włoskiej restauracji, a zapach był, conajmniej, czterogwiazdkowy.
- Okej. - powiedziałem niepewnie. Nie miałem pojęcia, co to za danie, grunt, że wygląda i pachnie smacznie. - Może jakoś pomogę? Naleję soku albo coś w tym guście? - zaproponowałem. Dziewczyny lubią słodkich i troskliwych.
- Nie ma potrzeby, jesteś gościem. - odparła zbijając mnie z tropu. Jaka dziewczyna nie lubi facetów pomocnych w kuchni?!
- No coś ty! Jesteś dziewczyną, a ja dżentelmenem, wypada, żebym pomógł. - oponowałem. Zamiast wdzięczności zostałem obdarzony ciężkim spojrzeniem.
- Słyszałeś kiedykolwiek o polskiej gościnności.? - spytała.
- Nie.
- To teraz poznasz ją na własnej skórze. Jesteś gościem, czyli według zasad polskiej gościnności, siadasz na dupie i nic nie robisz. Korzystaj póki możesz, Bieber. - usłuchałem jej rady i opadłem ciężko na barowy stołek obok, tak by wciąż być na wprost niej.
Czekając, aż sos nabierze odpowiedniej konsystencji rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Ellie rozstawiła na stole talerze, sztućce i szklanki oraz nalała nam sok z czarnej porzeczki.
Nagle zrobiło mi się gorąco. Nazywam siebie mężczyzną, więc jakim cudem wcześniej tego nie zauważyłem? Czarny materiał jej koszulki delikatnie opadał na jej mostek, a potem dalej po krągłościach jej piersi. Cienka bawełna idealnie ukazywała brak stanika.
No w końcu kto jej zabroni, jest przecież u siebie, ale, halo, jestem facetem! Trzymanie mnie tak blisko dziewczyny bez bielizny, nie jest zbyt rozsądne.
A może ona to robi specjalnie? - złudne nadzieje. Skąd miałaby wiedzieć, że przyjdę?
Tak czy siak, nie mogłem narzekać na widoki, a już szczególnie wtedy, gdy schyliła się, by posmakować sosu. Nie mogłem się oprzeć - jak mały dzieciak wychylałem się na krześle, by tylko spojrzeć za dekolt.
- Gotowe. - oznajmiła. Momentalnie usiadłem prosto, udając, że nie zaglądałem jej za bluzkę.
Jedzenie okazało się przepyszne. Przez cały czas trwania posiłku nie mówiliśmy wiele, zbyt zajęci pochłanianiem makaronu. W ciszy cała moja uwaga skupiała się na talerzu przede mną i na jej biuście. Nie chcąc wciąż gapić się na nią, zacząłem rozglądać się po salonie, który był połączony z jadalnią.
Moją uwagę przykuł szereg pięciu czarno-białych zdjęć dużego formatu, który wisiał na ścianie za plecami Ellie. Wszystkie zdjęcia były wykonane z profilu. Pierwsze z nich przedstawiało niemowlę zwinięte na boku w pozycji embrionalnej. Na drugim zdjęciu widniał berbeć, może roczny, również zwinięty w kłębek, ale już nie tak ciasny jak na pierwszej fotografii. Na kolejnych zdjęciach człowiek ze zdjęcia stawał się coraz starszy i był coraz bardziej wyprostowany. Na trzecim ujęciu po długich włosach związanych w kok, można było poznać, że postać ze zdjeć jest dziewczynką. Na piątym była już dojrzałą dziewczyną niemal wyprostowaną. Na wszystkich zdjęciach pozostawała niezmiennie naga.
- Ciekawe zdjęcia. - pochwaliłem między kęsami. Presley odwróciła się za siebie i podążyła za mną wzrokiem.
- Ach, o tym mówisz. - westchnęła. - Dzięki, to prace mojej mamy. Nazywa je swoim największym dziełem i nie może doczekać się końcowego rezultatu. Ja tam nie wiem czy są takie świetne, ale wszyscy je chwalą.
- Twoja mama jest fotografem? - spytałem, chociaż odpowiedź była oczywista.
- Tak, a tata jest psycho-terapeutą. - spoglądałem jeszcze chwilę na obrazy.
- Mówiłaś, że twoja mama nie może sie doczekać końcowego rezultatu. Wyglądają na skończone.
- Brakuje jeszcze dwóch zdjęć. Dorosłej, wyprostowanej kobiety i kobiety w zaawansowanej ciąży. Możliwe też, że mama dorobi ósme zdjęcie, kobiety stojącej na wprost mężczyzny, lub, że tak będzie wyglądać szóste zdjęcie. Wciąż zmienia koncepcje.
- Nie może po prostu pstryknąć kilku zdjęć i potem ich poprzystawiać do siebie i ocenić, które wygląda najlepiej? Po co czeka? - dobrze, że mężczyźni są prości, przynajmniej wpadamy na proste rozwiązania.
- Nie zauważyłeś, że na wszystkich zdjęciach jest ta sama osoba? - zapytała, a na jej twarzy malowało się autentyczne zdziwienie. Pomachałem przecząco głową, wstałem od stołu i podszedłem do zdjęć.
Rzeczywiście, na wszystkich zdjęciach była ta sama osoba. Znałem ten profil i te doskonałe nogi. Na wszystkich zdjęciach, była Presley.
- Chryste, to ty! - zachłysnąłem się powietrzem. Ellie odpowiedziała śmiechem.
- Tak, to ja.
- Nie wstydzisz się, że twoje nagie zdjęcia są tak po prostu w twoim salonie i każdy kto tu wchodzi, może je sobie zobaczyć? - mogłem zobaczyć jej smukły kark, prawą pierś i pośladek, nic poza tym, ale mimo wszystko czułem jak przyśpiesza mi puls, policzki robią się czerwone i byłem na krawędzi samokontroli.
- To tylko profil, poza tym wiele modelek pozuje do aktów, na których, tak naprawdę, nic nie widać. - skwitowała to wzruszeniem ramion.
- Powiedziałaś modelek? Jesteś modelką? - z ulgą zmieniłem temat.
- Od czasu do czasu, ale póki co skupiam się bardziej na szkole, nie mam ochoty zajmować się tym na stałe. Pracuję głównie dla mojej mamy.
- Czekaj, czekaj, ile ty właściwie masz lat? - nagle zaczęły mnie nachodzić wątpliwości, a emocje zaczęły opadać.
- Szesnaście, Bieber. - o w mordę! Ślinisz się za dzieciakiem!
Jej oczy podążały za mną, gdy wracałem do stołu i bacznie śledziły każdy mój ruch, gdy jadłem. Nie mogę uwierzyć, że ona ma tylko szesnaście lat, wygląda tak dojrzale. Gdy się uśmiecha, rzeczywiście, można by pomyśleć, że jest nastolatką, ale kiedy patrzy gdzieś w przestrzeń ma taki ponury wyraz twarzy. Mimo to, wciąż wygląda oszałamiająco pięknie.
Nie wiem co mam myśleć o tej dziewczynie, chciałbym ją poznać, i to bardzo. Ale daje mi powody, bym tego nie robił.
Najpierw ubiera się jak ćpun z Bronxu, potem zakłada ciuchy od Valentino. Mówi, że jest modelką, a zaraz potem dodaje, że ma szesnaście lat. Wczoraj była złamana i zapłakana, dziś jest radosna i pełna sił. I jeszcze ta heroina w jej rzeczach. Kurwa mać, co powinienem zrobić? - pomyślałem. Obawiałem się, że będzie kolejną dziewczyną, która chce wykorzystać mój status, wypromować się, zdobyć sławę - cokolwiek. Po prostu bałem się zostać oszukany jak pierwszy lepszy frajer. Bałem się znów uwierzyć w miłość.
- Justin... - wyrwała mnie z zamyślenia. Przestałem gapić się w pusty talerz jak umysłowo chory i zwróciłem wzrok ku niej. Przygryzała wargę i marszczyła brwi, wyglądała pięknie, ale smutno. Jej głos również brzmiał inaczej, był niższy, bardziej ochrypły, głębszy. - Myślałam, że jesteś dupkiem.
Odpowiedziałem uniesieniem brwi. Spodziewałem się wszystkiego - wyjawienia swojej przeszłości, prośby o pozmywanie, o wyjście i zostawienie jej samej, kiepskiego żartu - tylko nie tego. Co, kurwa?
- Sądziłam, że dobrze śpiewasz i jesteś przystojny, cholernie przystojny, ale wciąż jesteś dupkiem. A tu proszę, totalnie miły gość, troskliwy, z poczuciem humoru. Jak dobrze, że się myliłam. - posłała mi uśmiech. Nie ten zalotny, ani nie ten chytry uśmieszek, który pojawiał się na jej twarzy, gdy tylko sobie ze mnie kpiła - zwykły, szczery uśmiech.
Zachichotałem.
- Nie jestem takim miłym gościem jak ci się zdaje, Presley. Mam swoje za uszami. - nie mam zamiaru jej straszyć, ale nie chcę, by uważała mnie za kogoś, kim nie jestem. Mogłaby się rozczarować.
Jej zwyczajowy uśmiech towarzyszący docinkom powrócił.
- Świetnie, Bieber, bo ja również. - ta dziewczyna nie przestaje mnie intrygować! Nie wiem czy robi to specjalnie, czy też nie zdaje sobie z tego sprawy, ale te jej gierki i sarkastyczne zagrywki, przygryzanie wargi i wyzywający, otwarty sposób bycia przyciagają mnie do niej i kuszą. Patrząc na nią, rozpartą na krześle i ze śmiejącymi się oczami, nie mogłem się oprzeć i musiałem oblizać wargi.
Zachichotała widząc to.
- Czyżbyś był głodny, Justy? - zażartowała. Jęknąłem słysząc przezwisko, jakie nadał mi Sean wieki temu. Właściwie to podłapał je od mojej mamy.
- Nie mów tak do mnie. - oczywiście nic sobie nie zrobiła z mojego ostrzeżenia.
- Niby jak mam do ciebie nie mówić, Justy? - zmarszczyła brwi w udawanej konsternacji. Ten widok był tak totalnie uroczy, że nie mogłem powstrzymać chichotu. Wkrótce i ona się śmiała.
- No dalej, Justy, powiedz mi jak mam do ciebie nie mówić. - prowokowała mnie. Znów przygryzła wargę.
Wstałem od stołu i zbliżyłem się do niej.
- Nazwij mnie tak jeszcze raz - mówiłem idąc w jej stronę. - a spotka cię przymusowy ALS Ice Bucket Challenge. - zagroziłem z uśmiechem na twarzy.
- Awww, Justy, jesteś taki słodki, kiedy się tak wygłupiasz. - zgrywała się dalej.
- Przesadziłaś! - stałem metr od niej więc bez problemu złapałem ją w pasie, gdy próbowała się przede mną odsunąć. Podniosłem ją i przerzuciłem sobie przez ramię niosąc w stronę łazienki.
- Przepraszam, Justin, przepraszam! Nie, proszę, nie! Justin! Panie Bieber! Już będę grzeczna, obiecuję! Nie! - piszczała i wierzgała, ale nie na darmo tyle siedziałem na siłowni, by nie udźwignąć teraz lekkiej jak piórko modelki.
- O tak, Presley, będziesz grzeczną dziewczynką. - powiedziałem. - Jak tylko spotka cię kara.
Roześmiałem się z własnych słów, a dziewczyna wciąż błagała o litość, jednocześnie się śmiejąc. Próbowała łapać się ścian i futryn więc zacząłem nieść ją "na księżniczkę", by mieć pod kontrolą jej ręce, które chwytały się wszystkiego wokół. Byliśmy o krok od łazienki, gdy dziewczyna przestała się wyrywać i zrobiła minę smutnego szczeniaczka.
- Już nie będę, Justin, będę cię nazywać jak tylko zechcesz. - próbowała.
- Nie wątpie. - zaśmiałem się i wrzuciłem ją do wanny. Krzyknęła próbując się od razu podnieść, ale opadłem na nią uniemożliwiając jej to. Znów zaczęła wierzgać, próbując mnie z siebie zepchnąć i krzyczeć, błagając o litość, gdy sięgałem po dyszę prysznica i przekręciłem kurek. Z węża wytrysnęła lodowata woda prosto na jej głowę. Zaczęła piszczeć w tak zabawny sposób, że nie mogłem opanować śmiechu.
Wyrwała mi słuchawkę prysznica i skierowała strumień wody na mnie. Poczułem lodowe szpilki wbijające się w moją twarz i klatkę piersiową.
- Zamorduje cię, Bieber. - rzekła złowróżbnym tonem z diabolicznym uśmiechem, po czym odchyliła mi koszulkę na plecach tak szybko, że nie miałem czasu na cokolwiek. Nim się zorientowałem zimna woda spływała mi po plecach, część wlała mi się do majtek. Nie pozostałem jej dłużny. Po chwili oboje byliśmy przemoczeni, zdyszani i bolały nas brzuchy od śmiechu, a cała łazienka była w wodzie.
Kiedy dziewczyna ponownie wyrwała mi prysznic z rąk, rzuciłem się ponad nią i wyłączyłem go. Opadłem na nią ponownie, ciężko dysząc. Ona też była zasapana od śmiechu i krzyków. Spojrzałem na nią - uśmiechała się od ucha, cała przemoczona. Włosy wypadły jej z kitka i teraz oblepiały jej czoło, zarumienione policzki i szyję. Bluzka lepiła się do jej ciała ukazując jeszcze więcej niż uprzednio, przyspieszając tym samym bicie mojego serca. Z pewnością to poczuła, bo leżałem na niej, ale ja również czułem jak jej serce biło ze zdwojoną prędkością.
Nagle zdałem sobie sprawę w jak niezręcznej sytuacji się znajdujemy - leżę na niej, pomiędzy jej nogami, nasze twarze dzieli jedynie kilka centymetrów - i, że wcale nie czujemy się niezręcznie. Odruchowo oblizała usta, a ja zrobiłem to samo, patrząc w jej czekoladowe tęczówki.
Wszystkie moje wcześniejsze wątpliwości ulotniły się w mgnieniu oka, a absurdalność tej sytuacji w ogóle mi nie przeszkadzała. Lądowałem w łóżku z dziewczynami, które znałem krócej od niej.
Szukałem w jej oczach strachu czy czegokolwiek, co kazałoby mi się powstrzymać. Bałem się, że ją przestraszę, że będzie tego później żałować. Nie znalazłem tam niczego.
Zamiast tego uniosła dłoń i przeczesała nią moje włosy. Uznałem to za zachętę i pocałowałem ją.
Nie odepchnęła mnie więc pogłębiłem pocałunek. Polizałem jej wargi językiem, czekając, aż da mi dostęp do swoich ust, ale ona zrozumiała, o co mi chodzi i od razu wpuściła mnie do środka. Już dawno z nikim nie całowałem się tak intensywnie. I chyba jeszcze nigdy żaden pocałunek nie był tak dobry.
Masowała palcami skórę mojej głowy, od czego miałam przyjemne ciarki, totalnie zapomniałem o samokontroli, a ona musiała to poczuć, bo zaśmiała mi się w usta.
Nie zachowywała się jak dziewica, za którą ją miałem. Nie była przestraszona, nie próbowała zwolnić i dobrze wiedziała, co ma robić. Bardzo możliwe, że zwyczajnie nie była dziewicą, za którą ją miałem.
W tamtej chwili nie zmartwiło mnie to zbytnio, zamiast tego poczułem się pewniej i złapałem ją za pierś, której widok kusił mnie już całe popołudnie.
Stęknęła cicho i jedną ręką zjechała z moich włosów po szyi i plecach, aż do brzucha. Poruszyłem się na niej i poczułem jak jej biodra odpowiadają na mój ruch. Wiedziałem do czego to doprowadzi.
Jej ręka dopadła guzika moich dżinsów, rozpięła je i osunęła je w dół. Podwinąłem jej koszulkę i dotknąłem jej nagiej skóry. W porównaniu z lodowatą wodą jej dotyk parzył.
Wędrowałem ustami po lini jej szczęki, drażniąc się z nią za pomocą mojego języka, a ona rysowała na moich plechach fantazyjne wzory, które przyprawiały mnie o cudownie przyjemne dreszcze. Zostawiłem po sobie ślad na jej szyi. Chciałem zejść niżej, ale uniemożliwiła mi to jej koszulka. Pufnąłem niezadowolony.
- Rozerwij. - szepnęła mi do ucha, ochrypłym z przyjemności głosem, tak niesamowicie seksownym, że byłem już w stu procentach gotowy. Nie musiała mi dwa razy powtarzać.
Ocieraliśmy się o siebie, pobudzając wzajemnie i szukając wrażliwych miejsc. Poznawaliśmy siebie w zupełnie inny sposób, niż miałem na myśli wcześniej.
Naderwałem jej koszulkę od góry, w momencie w którym Presley polizała mnie po szczęce i cmoknęła w zagłębieniu zaraz przy żychwie. Od tej pieszczoty przeszedł mnie dreszcz, dziewczyna sapnęła zadowolona. Zaczęła mnie całować po szyi, zostawiając za sobą różowe ślady. Stęknąłem i powiedziałem do niej, równie ochryłym szeptem co ona, z tym, że jeszcze niższym.
- Chryste, przestań. - nie usłuchała mnie. Wciąż przeczesywała palcami moje włosy i gładziła moją skórę pod koszulką dając mi uczucie rozkosznego mrowienia, wszędzie tam, gdzie mnie dotknęła. - Obiecałaś mi, że będziesz grzeczną dziewczynką. - oderwała się ode mnie i spojrzała mi w oczy.
Wiedziałem, że nie możemy tego kontynuować, ale jej widok był tak pociągający, że pocałowałem ją w usta po raz kolejny. Moja dłoń odnalazła gumkę jej szortów. Poczułem jak bardzo mnie pragnie i zdałem sobie sprawę jak bardzo ja pragnę jej. To był ostatni moment, by się powstrzymać.
Opadłem bezsilnie kładąc głowę w zagłębieniu jej szyi i wyciągając rękę z jej majtek.
- Nie możemy, ślicznotko. - szepnąłem w jej skórę. Czułem jak ciężko oddycha, jak szybko bije jej serce.
- Nie masz gumki. - zrozumiała, dlaczego tak bardzo chciałem się powstrzymać. Odsunąłem się na kilka centymetrów i spojrzałem na nią.
Jej policzki płonęły, moje przypuszczalnie też, usta była czerwone i lekko spuchnięte od intensywności naszych pocałunków. Wyglądała anielsko, ale w tym co przed chwilą robiliśmy nie było nic anielskiego.
Obejmowała mnie przez cały czas, gdy tak leżeliśmy w ciszy, w wannie, pozwalając by napięcie opadało. Kiedy oddachaliśmy już normalnie, nasze serca biły w prawidłowym rytmie i byłem w stanie znów się kontrolować, odezwała się.
- Mówiłeś coś o tym, że nie jesteś grzecznym chłopcem. - zażartowała.
- Nie sądziłem, że mówiąc, iż też nie jesteś taka święta miałaś na myśli coś takiego. - odpowiedziałem.
Roześmiała się na te słowa.
- Miałam na myśli o wiele więcej, Bieber. - dałem jej jeszcze jednego, niewinnego całusa w policzek i podniosłem się.
Dopiero wtedy mogłem zobaczyć co stało się z jej łazienką. Była zalana, a wychodząc z wanny dopomogłem temu, pozwalając, by woda ściekała ze mnie w małych strumyczkach. Presley wygramoliła się tuż za mną.
Rozerwałem jej koszulkę aż do pępka, ale nie musiała jej przytrzymywać, gdyż lepiła się do jej ciała. Zauważyłem coś kolorowego na jej brzuchu, tuż pod splotem słonecznym, ale nie mogłem dowiedzieć się co, bo akurat odwróciła się do mnie tyłem i rozerwała bluzkę do końca.
Zrzuciła ją z siebie i owinęła się ręcznikiem. Najwyraźniej nie miałem się dowiedzieć, co to było.
Zmierzyła mnie wzrokiem, potem oceniła stan łazienki i roześmiała się. Spojrzałem w lustro, na nią i podążyłem w jej ślady, śmiejąc się.
Zdjąłem koszulkę i ciężkie od wody spodnie z niskim kroczem. Wyglądałem tylko odrobinę lepiej. Podała mi ręcznik, bym mógł się osuszyć, a sama w tym czasie zaczęła ściągać spodenki.
Przez myśl przeszło mi pytanie, czy ma na sobie majtki, ale szybko odegnałem tę myśl. Miałem dość wrażeń jak na jeden dzień. W dodatku dowiedziałem się, że nie jest dziewicą.
Kiedy byłem już względnie suchy odwiesiłem ręcznik i chrząknąłem.
- Powinienem już chyba pójść. - powiedziałem.
- Nie musisz jeśli nie chcesz. - wzruszyła ramionami. Niezręczność w ogóle się jej nie imała.
- Ah, okej. - odparłem nieco zmieszany jej otwartością. Sam byłem dość skrępowany tą sytuacją.
Spojrzała na mnie i westchnęła.
- Czujesz się niezręcznie? - spytała.
- A kto normalny by się nie czuł? - odparłem pytaniem, choć już znałem na nie odpowiedź.
- Ja. Słuchaj, jeśli chcesz coś powiedzieć, to mi to po prostu powiedz, okej? Nie gryzę i się nie obrażam. To taka ułomność - nie umiem się obrażać. - zażartowała. Posłuchałem jej rady, pozbierałem myśli i powiedziałem to co mnie dręczyło.
- To chyba wyszło trochę za szybko, nie sądzisz? - zacząłem.
- To ty wymyśliłeś, żeby wsadzić mnie do wanny i zlać zimną wodą.
- Racja, moja wina, ale mimo wszystko... Było bosko, pomimo, że do niczego nie doszło. - tu posłała mi znaczące spojrzenie - Ale może po prostu powinniśmy zwolnić. - zaproponowałem.
- Co masz na myśli mówiąc zwolnić? - spytała mrużąc oczy. - Wyjdziesz stąd i wyprowadzisz się? Czy może zaczniesz mnie unikać, udając, że chcesz się tylko przyjaźnić? A może rzeczywiście zależy ci tylko na tym? Może nie chcesz żadnych zobowiązań, sam seks?
- Co? Nie, mówiąc zwolnić mam namyśli tylko i wyłącznie zwolnić. Poznać siebie nazwajem zanim skoczymy sobie do łóżek. Oczywiście, to nie wyklucza przyjaźni. - oblizałem nerwowo wargi w oczekiwaniu na jej odpowiedź. Przygryzła wargi i zmarszczyła czoło, tak, jak to miała w zwyczaju, gdy nad czymś myślała.
- Okej. - odpowiedziała cicho. Uśmiechnąłem się słysząc to i cmoknąłem ją w policzek. Ten incydent przełamał między nami lody. - Ale jeśli liczysz, że dowiesz sie czegoś o mojej przeszłości, to się przeliczysz.
- Nie mam zamiaru do czegokolwiek cię zmuszać. Zwyczajnie cię lubię i chcę polubić bardziej. - wzruszyłem ramionami.
Mam w dupie, jeśli rzeczywiście chce mnie tylko wykorzystać. Kto nie gra, ten nie wygrywa - będzie co ma być.
____________________________________
Ogromnie smuci mnie brak komentarzy. Mam wrażenie, że nikt tego nie czyta, że wszyscy trafiają tu przypadkiem i nawet nie zerkają na treść. Jeśli tak dalej będzie, to nie wiem, czy będę kontynouwać pisanie.
Jeszcze raz serdecznie zapraszam na naszego twittera @mylove_blogger
niedziela, 24 sierpnia 2014
środa, 20 sierpnia 2014
Rozdział 5. Is it that bad?
Ellie
Mając w pamięci wczorajszy ubraniowy manifest, który był żałosną próbą zbuntowania się, ubrałam się tak, jak tego ode mnie oczekiwano. Nie mówię, że nie lubię wyglądać dobrze, co to, to nie, ale chciałam pokazać, że tak łatwo mnie nie złamią. Najwyraźniej się myliłam.
Zasypiając, myślałam o przyszłości jaką mogę sobie stworzyć, moją głowę przesłaniały optymistyczne wizje. Chciałam wziąć się ostro do nauki, by później studiować medycynę, może zostać fizjoterapeutą. Kupić mieszkanie w Kalifornii, poznać wspaniałego człowieka i założyć z nim rodzinę. Wyobrażałam sobie córeczkę, której wyprawiałabym urodziny i zawsze służyła dobrą radą.
To były słodkie mrzonki, które zostały brutalnie zniszczone przez nocne koszmary. Znów te same pożółkłe kafelki, odór kanalizacji, wentylator, który robił więcej szumu niż pożytku, brązowa, śniegowa breja na podłodze. Każdy drobny szczegół powracał ostry i wyraźny, nic nie chciało ulec zatarciu, nic nie chciało zostać zapomniane.
Na całe szczęście, światło dnia odgoniło ponure wspomnienia. Szybki prysznic, śniadanie, włosy, makijaż, ubrania, książki, lunch - już tak dawno nie przygotowywałam się do wyjścia do szkoły. Oczywiście, nie licząc wczorajszego dnia.
Wczoraj chciałam pokazać światu "nie obchodzicie mnie, wcale nie chcę tu być" i chciałam wrócić do domu. Nie mogłam zrozumieć, że teraz to jest mój dom i innego już nie mam.
Zarzuciłam skórzaną torbę na ramię i biegnąc do drzwi, posmarowałam usta błyszczykiem. Na dole mojego brzucha zawiązywał się supeł. Obwiniałam za to ekscytację nową szkołą, a z drugiej obawę przed nieznanym. Do spółki z tym, powinnam jeszcze dorzucić paranoiczny lęk przed windą i Justina. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie w lustro, by upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu i ...
Mój wzrok padł na zdjęcie, które przykleiłam na krawędzi lustra, zaraz po przyjeździe do Stanów. Maciek, Tomek, Radek, Sylwia, Olga... Dlaczego wciąż pamiętam ich imiona? Powinnam je zapomnieć, to już przeszłość. Nie, ja muszę zapomnieć. Nie masz po co wracać, dziewczyno. - pomyślałam. Nie możesz do nich wrócić. A reszty już nie ma.
Cały optymizm zniknął. Chwyciłam zdjęcie, zmięłam w dłoni i wyrzuciłam do kosza. Wróciłam przed lustro i gapiłam się na swoje odbicie, chociaż i tak go nie widziałam. Wspominałam.
Jakąś częścią jaźni wiedziałam, że muszę wyjść, że Justin czeka, że spóźnię się do szkoły, ale i tak zostałam w miejscu. Zaczęłam mówić do siebie w myślach:
Zapomnę. Zacznę od nowa. Nie będę do tego wracać. Nie wrócę do Polski. Będę szczęśliwa. Już nigdy nie będę płakać... po chwili ciszy dodałam - I nigdy ich nie wspomnę, nikogo z nich.
Ostatnia z tych myśli, była wyjątkowo bolesna. Ale wiedziałam, że jeśli obejrzę się za siebie, zginę.
Podeszłam do drzwi, poczułam na dłoni chłód metalowej klamki i szepnęłam:
- Przepraszam, Lu.
Przekraczając próg przywdziałam na twarz uśmiech. Na początku był sztuczny, ale gdy usłyszałam "Cześć, Presley" i zobaczyłam go, zrobiło mi się cieplej, niechciane myśli zostały odegnane jego uśmiechem, a mój uśmiech był szczery jak złoto.
Justin
Nie należę do cierpliwych osób, ale tego ranka czekanie nie dłużyło mi się. Stłumiłem kolejne ziewnięcie, akurat w odpowiednim momencie, by przywitać się z postacią wyłaniającą się zza drzwi.
- Cześć, Presley. - uśmiechnąłem się na jej widok.
- Cześć, Bieber. - odpowiedziała mi z pięknym uśmiechem. Najpierw patrzyłem na jej oczy, próbując dostrzec cienie, worki lub zaczerwienienie, ale nie zauważyłem żadnych oznak płaczu. Nie wiem czemu się tym przejąłem, a tym bardziej nie wiem, czemu tak bardzo mi ulżyło. Przecież nie jestem ckliwym mięczakiem. Halo, jestem Justin Bieber, Łamacz Nastoletnich Serc.
Dopiero gdy podeszła bliżej i ledwie zauważalnie drżącą dłonią nacisnęła guzik przywołujący windę, zwróciłem uwagę na jej strój. Moje brwi uniosły się chyba do połowy czoła, a ona zachichotała na ten widok.
- No co? Aż tak źle? Mam wrócić i przebrać się za śmierć, jak wczoraj? - rzuciła pół żartem.
- Nie... jest dobrze... znaczy, bardzo, ale... hmm... - nie wiedziałem jak przekazać moje myśli tak, by jej nie urazić. Oczywiście nie dostałem od niej żadnej pomocy w wysłowieniu się. Normalny człowiek w takim momencie podrzuca odpowiednie słówko, ale ona musiała zacząć się ze mnie śmiać. - Myślałem, że masz nieco inny... styl. - uznałem, że to bezpieczny dobór słów, który nie ześle na mnie spoliczkowania.
- No nie mów, że lepiej mi w czerni i dresie. - zakpiła. Już wczoraj widziałem, że jest ładna, ale dziś...
Biała bluzka z dużym dekoltem w serek i koronką na obojczykach i ramionach, krótka rozkloszowana, błękitna spódniczka noszona w talii i czarna ramoneska, były bardzo modne. I bardzo dobrze na niej leżały. Wysoki stan spódniczki podkreślał jej wąską talie i kształtne biodra, a gdy stała bokiem do mnie widziałem jak łagodnie opadała na jej zgrabny tyłeczek. Justin, zbereźniku, przestań! - miałem ochotę walić głową w ścianę.
- Tak jest lepiej. - odpowiedziałem zwięźle. Nadjechała winda, sądziłem, że będzie ona wybawieniem z niezręcznej sytuacji, ale zamiast tego przerodziła się w pułapkę. Gdy do niej wsiadała, zauważyłem, że nosi bardzo wysokie lity i, ku własnemu rozgoryczeniu, że jest teraz ode mnie wyższa. Wiedziałem, że nie należę do szczególnie wysokich, ale bardzo nie lubiłem, gdy dziewczyna była ode mnie wyższa. Oczywiście jej nogi w połączeniu z mikro spódniczką i bladymi cienkimi rajstopami w dwunastocentymetrowych obcasach wyglądały naprawdę obłędnie, ale i tak zasępiłem się i wbiłem wrogie spojrzenie w jej buty. Ku mojej rozpaczy zauważyła to i już zaczynała chichotać, ale w porę posłałem jej spojrzenie pod tytułem "tylko spróbuj się ze mnie śmiać, to zobaczysz", więc zakryła ręką usta. Niewiele to pomogło, bo pomimo iż nie widziałem jej ust, to jak na dłoni mogłem dostrzec, jak jej oczy się śmieją. Wolę żeby śmiała się z mojego wzrostu niż płakała z nieznanych mi przyczyn.
Kiedy zasłaniała dłonią usta, zauważyłem bransoletkę z materiału na jej smukłym nadgarstku. Potem dostrzegłem, że jest zrobiona z mnóstwa supełków.
- Fajna bransoletka. - przerwałem ciszę.
- Dziękuje, sama zrobiłam.
- Serio? - chwyciłem jej dłoń i przyciągnąłem do siebie, żeby lepiej się przyjrzeć. Zobaczyłem tylko jeszcze więcej supełków i regularny wzór. - Jak to się robi? Nie wierzę, że ci się chciało. - pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- To nie jest wcale tak trudne na jakie wygląda. W dodatku odpręża. - parsknąłem słysząc to, ale nie puściłem jej ręki. Przejechaliśmy tak kilka pięter, w ciszy, ona oparta o lustro i patrząca na moje dłonie, ja bawiący się jej bransoletką z muliny.
- Zakręciłaś dziś włosy. Ładnie ci w falach. - odezwałem się w końcu. To nie była ta okropna, przytłaczająca cisza, która sprawia, że chcesz być gdziekolwiek indziej, byle nie tu gdzie jesteś teraz. Wręcz przeciwnie, było miło, ale chciałem jej to powiedzieć.
- Dzięki, znowu. - uśmiechnęła się znacząco. - Ale wcale ich nie kręciłam. Takie mam naturalnie. - wzruszyła ramionami, sprawiając, że jej kurtka lekko zsunęła się z prawego ramienia odsłaniając kolejne fragmenty skór,y osłonięte jedynie koronką.
Skomentowałem to uniesieniem brwi. Wydęła lekko wargi, jakby pokazując mi jak bardzo nie chce się jej tego tłumaczyć. Wzięła głębszy wdech, - a może było to bardziej westchnienie? Sam, nie wiem. - i podjęła temat.
- Wczoraj... widziałeś jak byłam wczoraj ubrana. Chciałam... - zrobiła przerwę by znaleźć dobre słowo. - uzewnętrznić mój nastrój. - zerknęła na mnie. Nie było to przypadkowe zerknięcie podczas rozmowy. Wiedziałem to, bo przez cały czas, gdy mówiła patrzyła na moje dłonie, które nadal bawiły się plecionką na jej nadgarstku, a teraz jej oczy od razu odnalazły moje. Miałem przeczucie, że szuka w nich potwierdzenia, czy uwierzyłem jej słowom. Wiedziałem, że coś się za tym kryje, ale obiecałem jej, że dam jej czas, więc nie dałem po sobie poznać, że wiem, iż nie mówi mi wszystkiego. Miałem tylko nadzieję, że nie będzie mnie okłamywać. - O wiele bardziej ponuro wyglądałam z prostymi włosami. - kontynuowała. - Co poradzę na to, że moje włosy naturalnie wyglądają jakbym dopiero co wyszła od fryzjera. - posłała mi chytry uśmieszek. Widząc to odruchowo oblizałem wargi. Dojeżdżaliśmy już na parter.
Puściłem jej rękę i podszedłem do drzwi windy, Ellie dołączyła do mnie. Zostały dwa piętra, i będziemy musieli się pożegnać. Z niejasnych przyczyn, nie miałem na to ochoty.
- To w jakim stroju cię jutro zobaczę? - zażartowałem. Jedno piętro.
Zastanawiała się chwilkę z przygryzioną wargą. Dojechaliśmy na parter, drzwi rozsunęły się i Ellie ruszyła do wyjścia. Już myślałem, że mi nie odpowie, lecz ona rzuciła mi przez ramię:
- A w jakim byś chciał? - zachichotała z własnych słów i odeszła. Mojemu lubieżnemu spojrzeniu nie umknął fakt, że chodząc kołysała biodrami w ten przyciągający mężczyzn sposób.
Ellie
W stroju rodem z magazynu modowego, złapanie taksówki nie było już takim wyzwaniem jak ubiegłego dnia. Doświadczony taksówkarz sprawnie przeciskał się przez zakorkowane ulice Manhattanu, ciągle przeskakując z pasa na pas i trąbiąc na innych kierowców. Nie poświęciłam temu zbyt wiele uwagi, właściwie to nie byłam w stanie na czymkolwiek się skupić. Odkąd tylko pożegnałam się z Justinem, moje myśli zaczęły krążyć wokół mojej nowej szkoły. Supeł w brzuchu zaczął się jeszcze mocniej zaciskać, gdy poznałam miejsce, w którym wczoraj wyszłam z metra. Tupałam czubkami butów o podłogę żółtego mercedesa w nerwowym odruchu.
Wreszcie moim oczom ukazała się Jacqueline Kennedy Onassis High School.
Ta sama żeliwna brama, przez którą przelewał się tłum nastolatków. Dalej ludzka rzeka wdzierała się do budynku o kamiennej, dumnej fasadzie przez ogromne, drewniane drzwi z łukiem u góry. Część młodzieży zamiast wejść od razu do szkoły i udać się do klas, wolała posiedzieć przed budynkiem w kilkuosobowych grupkach, śmiejąc się i ciesząc odrobiną czasu, która pozostała im do rozpoczęcia lekcji. Gdybym miała tu jakiś znajomych, pewnie siedziałabym z jakąś grupką i przerzucała się żartami. Ale nie znałam nikogo.
Weszłam za tłumem do szkoły i zaczęłam szukać planu lekcji. Plan był prosty: wejść, znaleźć plan lekcji i odszukać właściwą salę, ale rzeczywistość lubi mi płatać filge. Dzięki mojej odwadze godnej rycerza udało mi się zrealizować punkt pierwszy mojego genialnego planu. Problem pojawił się przy drugim punkcie.
Wszędzie byli ludzie, czułam się tak samo jak wczoraj na ulicy, po wyjściu z lobby. Tłum pchał mnie w głąb budynku, co chwila mnie ktoś potrącał. Nie miałam szans cofnąć się do wejścia. Zaczynałam żałować, że nie poczekałam na dzwonek przed szkołą.
Porzuciłam mój misternie ułożony genialny plan - czujcie ten sarkazm - i szarpnęłam za rękaw bluzy pierwszą lepszą osobę.
Czemu ja nigdy nie myślę za nim cokolwiek zrobię?! Głupia, głupia, głupia! - mentalnie kopnęłam się w twarz.
Ku mnie odwróciło się dwieście centymetrów gniewu, o ciemnych włosach i błękitnych oczach. Czemu znów trafiam na tego bodyguard'a? Chłopak zmarszczył brwi, w tym samym gniewnym grymasie, który mogłam podziwiać wczoraj. Miałam tylko nadzieję, że mnie nie poznał.
- Czego? - zapytał. Zawahałam się przez chwilę, czy powinnam pytać o pomoc akurat jego, ale on nie dał mi nawet dwóch sekund, by coś powiedzieć. Zamiast tego fuknął na mnie: - Co znowu? Twoja koleżanka prosiła cię o mój numer? Nie mam czasu na takie dzieciaki jak wy. Spadaj!
Co to, to nie, kolego! - pomyślałam. - Ellie Buckett tak się nie traktuje.
- Och, widzę, że popularność uderzyła komuś do głowy. - zakpiłam z niego. Nie tylko on może mieć cięty język. - Wybacz, ale nie zależy mi numerze telefonu od aroganckiego dupka. - zjechałam po nim wzrokiem. Nie umknęło mi, że koleś się speszył. Przybiłam sobie mentalną piątkę. - Pomyślałam tylko, że byłoby miło, gdybyś pokazał mi gdzie znajdę plan lekcji. - wydęłam lekko dolną wargę, udając urażoną jego zachowaniem. Zaraz! Ja przecież jestem urażona jego zachowaniem.
- Aaa, okej. Nie ma problemu, oczywiście, że pokażę ci plan. Jeśli chcesz to mógłbym cię nawet odprowadzić pod klasę, bo jak rozumiem, jesteś nowa i nie znasz jeszcze szkoły? - jego wyraz twarzy, głos, nastawienie - wszystko diametralnie się zmieniło. Zaczął wyrażać się uprzejmie, z zakłopotaniem drapać się po karku i nerwowo oblizał wargi. Co z nim jest nie tak? Może to jakiś znerwicowany psychopata?
Chłopak chwycił mnie za rękę i poprowadził przez tłum na przeciwległy koniec korytarza.
- Która klasa? - spytał.
- Pierwsza "c". - odpowiedziałam.
- Matematyka. To na drugim piętrze. Chodź, zaprowadzę cię. - nie dał mi czasu by zaprotestować, gdybym chciała to zrobić, choć oczywiście nie chciałam. Modliłam się jednak w duchu, by mnie nie rozpoznał.
Na klatce schodowej tłok nie był już tak gęsty jak na dole, więc nie było potrzeby trzymania się za ręce. Gdy klasa do matematyki była już w zasięgu wzroku, chłopak się zatrzymał.
- Jeszcze raz przepraszam za moje wcześniejsze zachowanie. - powiedział patrząc mi w oczy. Nagle zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. Nie musiał, wiedziałam, o co chodzi. Zaczynał kojarzyć mnie z emo-dresem z wczoraj.
- Nie szkodzi. Dziękuje za pomoc. Jestem Ellie Buckett. - wyciągnęłam do niego dłoń z przyjaznym uśmiechem na ustach.
- James Johnson. - uścisnął moją rękę i lekko nią potrząsnął. - Miło było, muszę już lecieć. - powiedział przepraszającym tonem, wciąż marszcząc czoło. Kiedy odchodził obejrzał się na mnie dwukrotnie. Przeczuwałam, że będą z nim jeszcze kłopoty, ale póki co, skupiłam się na tym, by ładnie się uśmiechać i wyglądać na sympatyczną osobę.
Podeszłam do grupki siedzącej na ławeczkach przed salą matematyczną.
- Cześć, jestem nową uczennicą i wygląda na to, że będziemy razem w klasie. - przywitałam się z nimi, pilnując, by uśmiech nie schodził mi z twarzy. Zdawałam sobie sprawę jak idiotycznie to brzmi, ale naprawdę nie miałam pomysłu na lepszy dobór słów.
Wszyscy popatrzyli po sobie, potem spojrzeli na mnie. W końcu jeden z nich, całkiem przystojny blondyn, wstał wyciągnął do mnie rękę, jak ja chwilę wcześniej do Jamesa, i przywitał się ze mną.
- W takim razie miło nam ciebie poznać. - uśmiechnął się w pewien sympatyczny sposób, który przywoływał mi na myśl mojego siostrzeńca. - Jestem Mike.
- Ellie Buckett. - odparłam.
Cała reszta wzięła przykład z Mike'a i również zaczęli się przedstawiać i ściskać moją dłoń. Atmosfera przestawała być taka niezręczna i, choć nie byłam w stanie zapamiętać wszystkich imion i przezwisk, nikt nie miał mi tego za złe.
Lekcje nie były aż tak nudne jak się tego spodziewałam, mimo to z radością przywitałam przerwę obiadową. Dziewczyny z klasy, z którymi momentalnie się dogadałam, Laura i Rebbeca, zaprosiły mnie, bym poszła z nimi na kawę i ciastko do pobliskiej kawiarni. Propozycja była kusząca, ale chciałam poznać szkołę, by już więcej nie błądzić. Przerwa na lunch była idealnym momentem na rekonesans, gdyż wszyscy wychodzili na miasto coś zjeść. W dodatku i tak nie byłam głodna.
Grzecznie odmówiłam dziewczynom, obiecując, że jutro na pewno zjem z nimi i ruszyłam zwiedzać nieznane mi korytarze i zakamarki starego budynku. Muszę przyznać, że od wewnątrz szkoła zdaje sie być o wiele większa, niż wskazywałby na to jej wygląd zewnętrzny. Mimo to, po dwudziestu pięciu minutach przeszłam już cały budynek i zaczynałam się nudzić. Błąkając się między gablotami z pucharami i medalami trafiłam na trybunę nad salą gimnastyczną.
Ktoś ćwiczył.
Niebieskie materace, skocznia, skrzynia do skakania - wszystko to było ustawione w rodzaju toru przeszkód. Wysoki, ciemnowłosy chłopak zrobił rozbieg, wybił się ze skoczni, przeskoczył nad skrzynią robiąc salto bokiem i wylądował na dwóch nogach po drugiej stronie. Potem powtórzył to samo, tym razem skacząc wyżej. Coś mi to przypominało. Po trzecim skoku zrozumiałam na co patrzę.
Tą samą pozę - skok nad przeszkodą, nogi podkurczone do klatki piersiowej - robił Justin na zdjęciach, które oglądał wieczorem! To był parkour!
Nie wiele myśląc zbiegłam po schodach na dół i weszłam na salę gimnastyczną. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wielkiego mam pecha.
Skoczek zauważył mnie nim zdążyłam zawrócić i wymknąć się niepostrzeżenie.
- Znowu ty? Prześladujesz mnie od wczoraj czy jak? - zapytał. Jego gniewny ton powrócił. Idiotka, idiotka, idiotka!
- Cześć, James. - odparłam nieśmiało, siląc się na uśmiech. Jego głos i złość wymalowana na twarzy dawały jasno do zrozumienia, że skojarzył mnie z wczorajszą sytuacją. - Wcale cię nie prześladuje, serio! - zapewniłam go.
- To co tu robisz? - zmarszczył brwi (chyba nikt mu w dziecinstwie nie powiedział, że jeśli nie przestanie, to zostanie mu tak na zawsze), założył ramiona na piersi i podszedł do mnie.
- Zauważyłam jak skaczesz i... - i co? właściwie to czego oczekiwałam. Chciałam tu wbiec i zapytać się nieznajomego: "nauczysz mnie tego?" - i chciałam, żebyś mnie tego nauczył. - w sumie co gorszego mogłam powiedzieć?
- Nauczył? Ja? Ciebie? - roześmiał się. - Wybacz, shawty, ale nie wyglądasz na kogoś kto lubi sport.
- A ty nie wyglądasz na miłego gościa z dobrego domu. - odcięłam się, a uśmiech spełzł mu z twarzy.
- No dobra, nie każdy jest tym na kogo wygląda, przyznaję. Ale... serio? Wiesz w ogóle, co to jest?
- Parkour. - odpowiedziałam prosto. James potarł brodę w zastanowieniu.
Po chwili namysłu odpowiedział.
- Okej, niech ci będzie. Nauczę cię kilku ewolucji, ale masz mi powiedzieć, o co do diabła chodziło z tą wczorajszą akcją. - ojojoj.
- Jaką akcją? - uniosłam brwi w udawanym zdziwieniu.
- Nie udawaj głupiej blondynki, dziewczyno, dobrze wiesz, co mam na myśli. Albo mówisz co jest grane i ćwiczysz ze mną, albo stąd spadasz, a ja i tak dowiem się co kombinujesz. - zagroził. Oczywiście nic nie kombinowałam, już nie, ale grzebanie w mojej przeszłości nie jest tym o czym marzę. Bezpieczniejszym wyjściem było wytłumaczenie mu tego. Tylko jak mam mu to, do cholery, wyjaśnić?
Westchnęłam głośno i opadłam na materac, James usiadł obok. Patrzyłam na moje buty, ubierajac myśli w słowa. W końcu się odezwałam.
- Nie jestem stąd. Rodzice dostali tu fenomenalne oferty pracy i zmusili do przyjazdu tutaj wraz z nimi. Oczywiście wbrew mojej woli. - zrobiłam pauzę. - Teraz to wydaje się głupie nawet dla mnie, ale nie miałeś nigdy tak, że ze wszystkich sił i na wszelkie możliwe sposoby chciałeś pokazać, że nie podoba ci się zaistniała sytuacja? To był taki wyraz buntu. A raczej żałosna próba.
James nic nie odpowiedział, jakby licząc na to, że jeszcze coś dodam. Przynajmniej się nie śmiał. Spełniłam jego oczekiwania i dodałam:
- Teraz to już całkowicie nieważne i byłabym ci dozgonnie wdzięczna, jeślibyś zachował to dla siebie. Mogę na ciebie liczyć? - spojrzałam mu w oczy szukając jakichkolwiek oznak czegokolwiek. Nic nie dostrzegłam. James wstał i ruszył ku drzwiom. Czułam gdzieś wewnątrz narastającą panikę, bałam się, że zacznie to rozpowiadać po całej szkole, a te puste, rozpieszczone dzieciaki zatrują mi życie.
Będąc dwa kroki przed drzwiami brunet rzucił przez ramię:
- Piątek o osiemnastej, tutaj. Nie toleruję spóźnień. - uratowana.
_________________________________________________________
Po prawie dwóch miesiącach jest rozdział! Naprawdę przepraszam, że tak długo to trwało.
Prosiłabym o zostawianie choćby najkrótszych komentarzy, bo nawet jedno słowo potrafi ucieszyć ;)
A dla stałych czytelników (jeśli w ogóle tak owych mam) jest mała niespodzianka: opowiadanie ma od wczoraj swojego twittera!
@mylove_blogger
Serdecznie zapraszam do obserwowania nas ;)) Poprzez twitter będę powiadamiać o kolejnych rozdziałach.
Jeśli to czytacie to ogromne i całuśne dziękuje ;* Jeszcze raz proszę comment : D
PS. jeśli nie zrozumieliście jak ma wyglądać ewolucja, którą ćwiczył James tu link: http://auto.img.v4.skyrock.net/6743/43606743/pics/1889332859_small_1.jpg
Mając w pamięci wczorajszy ubraniowy manifest, który był żałosną próbą zbuntowania się, ubrałam się tak, jak tego ode mnie oczekiwano. Nie mówię, że nie lubię wyglądać dobrze, co to, to nie, ale chciałam pokazać, że tak łatwo mnie nie złamią. Najwyraźniej się myliłam.
Zasypiając, myślałam o przyszłości jaką mogę sobie stworzyć, moją głowę przesłaniały optymistyczne wizje. Chciałam wziąć się ostro do nauki, by później studiować medycynę, może zostać fizjoterapeutą. Kupić mieszkanie w Kalifornii, poznać wspaniałego człowieka i założyć z nim rodzinę. Wyobrażałam sobie córeczkę, której wyprawiałabym urodziny i zawsze służyła dobrą radą.
To były słodkie mrzonki, które zostały brutalnie zniszczone przez nocne koszmary. Znów te same pożółkłe kafelki, odór kanalizacji, wentylator, który robił więcej szumu niż pożytku, brązowa, śniegowa breja na podłodze. Każdy drobny szczegół powracał ostry i wyraźny, nic nie chciało ulec zatarciu, nic nie chciało zostać zapomniane.
Na całe szczęście, światło dnia odgoniło ponure wspomnienia. Szybki prysznic, śniadanie, włosy, makijaż, ubrania, książki, lunch - już tak dawno nie przygotowywałam się do wyjścia do szkoły. Oczywiście, nie licząc wczorajszego dnia.
Wczoraj chciałam pokazać światu "nie obchodzicie mnie, wcale nie chcę tu być" i chciałam wrócić do domu. Nie mogłam zrozumieć, że teraz to jest mój dom i innego już nie mam.
Zarzuciłam skórzaną torbę na ramię i biegnąc do drzwi, posmarowałam usta błyszczykiem. Na dole mojego brzucha zawiązywał się supeł. Obwiniałam za to ekscytację nową szkołą, a z drugiej obawę przed nieznanym. Do spółki z tym, powinnam jeszcze dorzucić paranoiczny lęk przed windą i Justina. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie w lustro, by upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu i ...
Mój wzrok padł na zdjęcie, które przykleiłam na krawędzi lustra, zaraz po przyjeździe do Stanów. Maciek, Tomek, Radek, Sylwia, Olga... Dlaczego wciąż pamiętam ich imiona? Powinnam je zapomnieć, to już przeszłość. Nie, ja muszę zapomnieć. Nie masz po co wracać, dziewczyno. - pomyślałam. Nie możesz do nich wrócić. A reszty już nie ma.
Cały optymizm zniknął. Chwyciłam zdjęcie, zmięłam w dłoni i wyrzuciłam do kosza. Wróciłam przed lustro i gapiłam się na swoje odbicie, chociaż i tak go nie widziałam. Wspominałam.
Jakąś częścią jaźni wiedziałam, że muszę wyjść, że Justin czeka, że spóźnię się do szkoły, ale i tak zostałam w miejscu. Zaczęłam mówić do siebie w myślach:
Zapomnę. Zacznę od nowa. Nie będę do tego wracać. Nie wrócę do Polski. Będę szczęśliwa. Już nigdy nie będę płakać... po chwili ciszy dodałam - I nigdy ich nie wspomnę, nikogo z nich.
Ostatnia z tych myśli, była wyjątkowo bolesna. Ale wiedziałam, że jeśli obejrzę się za siebie, zginę.
Podeszłam do drzwi, poczułam na dłoni chłód metalowej klamki i szepnęłam:
- Przepraszam, Lu.
Przekraczając próg przywdziałam na twarz uśmiech. Na początku był sztuczny, ale gdy usłyszałam "Cześć, Presley" i zobaczyłam go, zrobiło mi się cieplej, niechciane myśli zostały odegnane jego uśmiechem, a mój uśmiech był szczery jak złoto.
Justin
Nie należę do cierpliwych osób, ale tego ranka czekanie nie dłużyło mi się. Stłumiłem kolejne ziewnięcie, akurat w odpowiednim momencie, by przywitać się z postacią wyłaniającą się zza drzwi.
- Cześć, Presley. - uśmiechnąłem się na jej widok.
- Cześć, Bieber. - odpowiedziała mi z pięknym uśmiechem. Najpierw patrzyłem na jej oczy, próbując dostrzec cienie, worki lub zaczerwienienie, ale nie zauważyłem żadnych oznak płaczu. Nie wiem czemu się tym przejąłem, a tym bardziej nie wiem, czemu tak bardzo mi ulżyło. Przecież nie jestem ckliwym mięczakiem. Halo, jestem Justin Bieber, Łamacz Nastoletnich Serc.
Dopiero gdy podeszła bliżej i ledwie zauważalnie drżącą dłonią nacisnęła guzik przywołujący windę, zwróciłem uwagę na jej strój. Moje brwi uniosły się chyba do połowy czoła, a ona zachichotała na ten widok.
- No co? Aż tak źle? Mam wrócić i przebrać się za śmierć, jak wczoraj? - rzuciła pół żartem.
- Nie... jest dobrze... znaczy, bardzo, ale... hmm... - nie wiedziałem jak przekazać moje myśli tak, by jej nie urazić. Oczywiście nie dostałem od niej żadnej pomocy w wysłowieniu się. Normalny człowiek w takim momencie podrzuca odpowiednie słówko, ale ona musiała zacząć się ze mnie śmiać. - Myślałem, że masz nieco inny... styl. - uznałem, że to bezpieczny dobór słów, który nie ześle na mnie spoliczkowania.
- No nie mów, że lepiej mi w czerni i dresie. - zakpiła. Już wczoraj widziałem, że jest ładna, ale dziś...
Biała bluzka z dużym dekoltem w serek i koronką na obojczykach i ramionach, krótka rozkloszowana, błękitna spódniczka noszona w talii i czarna ramoneska, były bardzo modne. I bardzo dobrze na niej leżały. Wysoki stan spódniczki podkreślał jej wąską talie i kształtne biodra, a gdy stała bokiem do mnie widziałem jak łagodnie opadała na jej zgrabny tyłeczek. Justin, zbereźniku, przestań! - miałem ochotę walić głową w ścianę.
- Tak jest lepiej. - odpowiedziałem zwięźle. Nadjechała winda, sądziłem, że będzie ona wybawieniem z niezręcznej sytuacji, ale zamiast tego przerodziła się w pułapkę. Gdy do niej wsiadała, zauważyłem, że nosi bardzo wysokie lity i, ku własnemu rozgoryczeniu, że jest teraz ode mnie wyższa. Wiedziałem, że nie należę do szczególnie wysokich, ale bardzo nie lubiłem, gdy dziewczyna była ode mnie wyższa. Oczywiście jej nogi w połączeniu z mikro spódniczką i bladymi cienkimi rajstopami w dwunastocentymetrowych obcasach wyglądały naprawdę obłędnie, ale i tak zasępiłem się i wbiłem wrogie spojrzenie w jej buty. Ku mojej rozpaczy zauważyła to i już zaczynała chichotać, ale w porę posłałem jej spojrzenie pod tytułem "tylko spróbuj się ze mnie śmiać, to zobaczysz", więc zakryła ręką usta. Niewiele to pomogło, bo pomimo iż nie widziałem jej ust, to jak na dłoni mogłem dostrzec, jak jej oczy się śmieją. Wolę żeby śmiała się z mojego wzrostu niż płakała z nieznanych mi przyczyn.
Kiedy zasłaniała dłonią usta, zauważyłem bransoletkę z materiału na jej smukłym nadgarstku. Potem dostrzegłem, że jest zrobiona z mnóstwa supełków.
- Fajna bransoletka. - przerwałem ciszę.
- Dziękuje, sama zrobiłam.
- Serio? - chwyciłem jej dłoń i przyciągnąłem do siebie, żeby lepiej się przyjrzeć. Zobaczyłem tylko jeszcze więcej supełków i regularny wzór. - Jak to się robi? Nie wierzę, że ci się chciało. - pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- To nie jest wcale tak trudne na jakie wygląda. W dodatku odpręża. - parsknąłem słysząc to, ale nie puściłem jej ręki. Przejechaliśmy tak kilka pięter, w ciszy, ona oparta o lustro i patrząca na moje dłonie, ja bawiący się jej bransoletką z muliny.
- Zakręciłaś dziś włosy. Ładnie ci w falach. - odezwałem się w końcu. To nie była ta okropna, przytłaczająca cisza, która sprawia, że chcesz być gdziekolwiek indziej, byle nie tu gdzie jesteś teraz. Wręcz przeciwnie, było miło, ale chciałem jej to powiedzieć.
- Dzięki, znowu. - uśmiechnęła się znacząco. - Ale wcale ich nie kręciłam. Takie mam naturalnie. - wzruszyła ramionami, sprawiając, że jej kurtka lekko zsunęła się z prawego ramienia odsłaniając kolejne fragmenty skór,y osłonięte jedynie koronką.
Skomentowałem to uniesieniem brwi. Wydęła lekko wargi, jakby pokazując mi jak bardzo nie chce się jej tego tłumaczyć. Wzięła głębszy wdech, - a może było to bardziej westchnienie? Sam, nie wiem. - i podjęła temat.
- Wczoraj... widziałeś jak byłam wczoraj ubrana. Chciałam... - zrobiła przerwę by znaleźć dobre słowo. - uzewnętrznić mój nastrój. - zerknęła na mnie. Nie było to przypadkowe zerknięcie podczas rozmowy. Wiedziałem to, bo przez cały czas, gdy mówiła patrzyła na moje dłonie, które nadal bawiły się plecionką na jej nadgarstku, a teraz jej oczy od razu odnalazły moje. Miałem przeczucie, że szuka w nich potwierdzenia, czy uwierzyłem jej słowom. Wiedziałem, że coś się za tym kryje, ale obiecałem jej, że dam jej czas, więc nie dałem po sobie poznać, że wiem, iż nie mówi mi wszystkiego. Miałem tylko nadzieję, że nie będzie mnie okłamywać. - O wiele bardziej ponuro wyglądałam z prostymi włosami. - kontynuowała. - Co poradzę na to, że moje włosy naturalnie wyglądają jakbym dopiero co wyszła od fryzjera. - posłała mi chytry uśmieszek. Widząc to odruchowo oblizałem wargi. Dojeżdżaliśmy już na parter.
Puściłem jej rękę i podszedłem do drzwi windy, Ellie dołączyła do mnie. Zostały dwa piętra, i będziemy musieli się pożegnać. Z niejasnych przyczyn, nie miałem na to ochoty.
- To w jakim stroju cię jutro zobaczę? - zażartowałem. Jedno piętro.
Zastanawiała się chwilkę z przygryzioną wargą. Dojechaliśmy na parter, drzwi rozsunęły się i Ellie ruszyła do wyjścia. Już myślałem, że mi nie odpowie, lecz ona rzuciła mi przez ramię:
- A w jakim byś chciał? - zachichotała z własnych słów i odeszła. Mojemu lubieżnemu spojrzeniu nie umknął fakt, że chodząc kołysała biodrami w ten przyciągający mężczyzn sposób.
Ellie
W stroju rodem z magazynu modowego, złapanie taksówki nie było już takim wyzwaniem jak ubiegłego dnia. Doświadczony taksówkarz sprawnie przeciskał się przez zakorkowane ulice Manhattanu, ciągle przeskakując z pasa na pas i trąbiąc na innych kierowców. Nie poświęciłam temu zbyt wiele uwagi, właściwie to nie byłam w stanie na czymkolwiek się skupić. Odkąd tylko pożegnałam się z Justinem, moje myśli zaczęły krążyć wokół mojej nowej szkoły. Supeł w brzuchu zaczął się jeszcze mocniej zaciskać, gdy poznałam miejsce, w którym wczoraj wyszłam z metra. Tupałam czubkami butów o podłogę żółtego mercedesa w nerwowym odruchu.
Wreszcie moim oczom ukazała się Jacqueline Kennedy Onassis High School.
Ta sama żeliwna brama, przez którą przelewał się tłum nastolatków. Dalej ludzka rzeka wdzierała się do budynku o kamiennej, dumnej fasadzie przez ogromne, drewniane drzwi z łukiem u góry. Część młodzieży zamiast wejść od razu do szkoły i udać się do klas, wolała posiedzieć przed budynkiem w kilkuosobowych grupkach, śmiejąc się i ciesząc odrobiną czasu, która pozostała im do rozpoczęcia lekcji. Gdybym miała tu jakiś znajomych, pewnie siedziałabym z jakąś grupką i przerzucała się żartami. Ale nie znałam nikogo.
Weszłam za tłumem do szkoły i zaczęłam szukać planu lekcji. Plan był prosty: wejść, znaleźć plan lekcji i odszukać właściwą salę, ale rzeczywistość lubi mi płatać filge. Dzięki mojej odwadze godnej rycerza udało mi się zrealizować punkt pierwszy mojego genialnego planu. Problem pojawił się przy drugim punkcie.
Wszędzie byli ludzie, czułam się tak samo jak wczoraj na ulicy, po wyjściu z lobby. Tłum pchał mnie w głąb budynku, co chwila mnie ktoś potrącał. Nie miałam szans cofnąć się do wejścia. Zaczynałam żałować, że nie poczekałam na dzwonek przed szkołą.
Porzuciłam mój misternie ułożony genialny plan - czujcie ten sarkazm - i szarpnęłam za rękaw bluzy pierwszą lepszą osobę.
Czemu ja nigdy nie myślę za nim cokolwiek zrobię?! Głupia, głupia, głupia! - mentalnie kopnęłam się w twarz.
Ku mnie odwróciło się dwieście centymetrów gniewu, o ciemnych włosach i błękitnych oczach. Czemu znów trafiam na tego bodyguard'a? Chłopak zmarszczył brwi, w tym samym gniewnym grymasie, który mogłam podziwiać wczoraj. Miałam tylko nadzieję, że mnie nie poznał.
- Czego? - zapytał. Zawahałam się przez chwilę, czy powinnam pytać o pomoc akurat jego, ale on nie dał mi nawet dwóch sekund, by coś powiedzieć. Zamiast tego fuknął na mnie: - Co znowu? Twoja koleżanka prosiła cię o mój numer? Nie mam czasu na takie dzieciaki jak wy. Spadaj!
Co to, to nie, kolego! - pomyślałam. - Ellie Buckett tak się nie traktuje.
- Och, widzę, że popularność uderzyła komuś do głowy. - zakpiłam z niego. Nie tylko on może mieć cięty język. - Wybacz, ale nie zależy mi numerze telefonu od aroganckiego dupka. - zjechałam po nim wzrokiem. Nie umknęło mi, że koleś się speszył. Przybiłam sobie mentalną piątkę. - Pomyślałam tylko, że byłoby miło, gdybyś pokazał mi gdzie znajdę plan lekcji. - wydęłam lekko dolną wargę, udając urażoną jego zachowaniem. Zaraz! Ja przecież jestem urażona jego zachowaniem.
- Aaa, okej. Nie ma problemu, oczywiście, że pokażę ci plan. Jeśli chcesz to mógłbym cię nawet odprowadzić pod klasę, bo jak rozumiem, jesteś nowa i nie znasz jeszcze szkoły? - jego wyraz twarzy, głos, nastawienie - wszystko diametralnie się zmieniło. Zaczął wyrażać się uprzejmie, z zakłopotaniem drapać się po karku i nerwowo oblizał wargi. Co z nim jest nie tak? Może to jakiś znerwicowany psychopata?
Chłopak chwycił mnie za rękę i poprowadził przez tłum na przeciwległy koniec korytarza.
- Która klasa? - spytał.
- Pierwsza "c". - odpowiedziałam.
- Matematyka. To na drugim piętrze. Chodź, zaprowadzę cię. - nie dał mi czasu by zaprotestować, gdybym chciała to zrobić, choć oczywiście nie chciałam. Modliłam się jednak w duchu, by mnie nie rozpoznał.
Na klatce schodowej tłok nie był już tak gęsty jak na dole, więc nie było potrzeby trzymania się za ręce. Gdy klasa do matematyki była już w zasięgu wzroku, chłopak się zatrzymał.
- Jeszcze raz przepraszam za moje wcześniejsze zachowanie. - powiedział patrząc mi w oczy. Nagle zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. Nie musiał, wiedziałam, o co chodzi. Zaczynał kojarzyć mnie z emo-dresem z wczoraj.
- Nie szkodzi. Dziękuje za pomoc. Jestem Ellie Buckett. - wyciągnęłam do niego dłoń z przyjaznym uśmiechem na ustach.
- James Johnson. - uścisnął moją rękę i lekko nią potrząsnął. - Miło było, muszę już lecieć. - powiedział przepraszającym tonem, wciąż marszcząc czoło. Kiedy odchodził obejrzał się na mnie dwukrotnie. Przeczuwałam, że będą z nim jeszcze kłopoty, ale póki co, skupiłam się na tym, by ładnie się uśmiechać i wyglądać na sympatyczną osobę.
Podeszłam do grupki siedzącej na ławeczkach przed salą matematyczną.
- Cześć, jestem nową uczennicą i wygląda na to, że będziemy razem w klasie. - przywitałam się z nimi, pilnując, by uśmiech nie schodził mi z twarzy. Zdawałam sobie sprawę jak idiotycznie to brzmi, ale naprawdę nie miałam pomysłu na lepszy dobór słów.
Wszyscy popatrzyli po sobie, potem spojrzeli na mnie. W końcu jeden z nich, całkiem przystojny blondyn, wstał wyciągnął do mnie rękę, jak ja chwilę wcześniej do Jamesa, i przywitał się ze mną.
- W takim razie miło nam ciebie poznać. - uśmiechnął się w pewien sympatyczny sposób, który przywoływał mi na myśl mojego siostrzeńca. - Jestem Mike.
- Ellie Buckett. - odparłam.
Cała reszta wzięła przykład z Mike'a i również zaczęli się przedstawiać i ściskać moją dłoń. Atmosfera przestawała być taka niezręczna i, choć nie byłam w stanie zapamiętać wszystkich imion i przezwisk, nikt nie miał mi tego za złe.
Lekcje nie były aż tak nudne jak się tego spodziewałam, mimo to z radością przywitałam przerwę obiadową. Dziewczyny z klasy, z którymi momentalnie się dogadałam, Laura i Rebbeca, zaprosiły mnie, bym poszła z nimi na kawę i ciastko do pobliskiej kawiarni. Propozycja była kusząca, ale chciałam poznać szkołę, by już więcej nie błądzić. Przerwa na lunch była idealnym momentem na rekonesans, gdyż wszyscy wychodzili na miasto coś zjeść. W dodatku i tak nie byłam głodna.
Grzecznie odmówiłam dziewczynom, obiecując, że jutro na pewno zjem z nimi i ruszyłam zwiedzać nieznane mi korytarze i zakamarki starego budynku. Muszę przyznać, że od wewnątrz szkoła zdaje sie być o wiele większa, niż wskazywałby na to jej wygląd zewnętrzny. Mimo to, po dwudziestu pięciu minutach przeszłam już cały budynek i zaczynałam się nudzić. Błąkając się między gablotami z pucharami i medalami trafiłam na trybunę nad salą gimnastyczną.
Ktoś ćwiczył.
Niebieskie materace, skocznia, skrzynia do skakania - wszystko to było ustawione w rodzaju toru przeszkód. Wysoki, ciemnowłosy chłopak zrobił rozbieg, wybił się ze skoczni, przeskoczył nad skrzynią robiąc salto bokiem i wylądował na dwóch nogach po drugiej stronie. Potem powtórzył to samo, tym razem skacząc wyżej. Coś mi to przypominało. Po trzecim skoku zrozumiałam na co patrzę.
Tą samą pozę - skok nad przeszkodą, nogi podkurczone do klatki piersiowej - robił Justin na zdjęciach, które oglądał wieczorem! To był parkour!
Nie wiele myśląc zbiegłam po schodach na dół i weszłam na salę gimnastyczną. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wielkiego mam pecha.
Skoczek zauważył mnie nim zdążyłam zawrócić i wymknąć się niepostrzeżenie.
- Znowu ty? Prześladujesz mnie od wczoraj czy jak? - zapytał. Jego gniewny ton powrócił. Idiotka, idiotka, idiotka!
- Cześć, James. - odparłam nieśmiało, siląc się na uśmiech. Jego głos i złość wymalowana na twarzy dawały jasno do zrozumienia, że skojarzył mnie z wczorajszą sytuacją. - Wcale cię nie prześladuje, serio! - zapewniłam go.
- To co tu robisz? - zmarszczył brwi (chyba nikt mu w dziecinstwie nie powiedział, że jeśli nie przestanie, to zostanie mu tak na zawsze), założył ramiona na piersi i podszedł do mnie.
- Zauważyłam jak skaczesz i... - i co? właściwie to czego oczekiwałam. Chciałam tu wbiec i zapytać się nieznajomego: "nauczysz mnie tego?" - i chciałam, żebyś mnie tego nauczył. - w sumie co gorszego mogłam powiedzieć?
- Nauczył? Ja? Ciebie? - roześmiał się. - Wybacz, shawty, ale nie wyglądasz na kogoś kto lubi sport.
- A ty nie wyglądasz na miłego gościa z dobrego domu. - odcięłam się, a uśmiech spełzł mu z twarzy.
- No dobra, nie każdy jest tym na kogo wygląda, przyznaję. Ale... serio? Wiesz w ogóle, co to jest?
- Parkour. - odpowiedziałam prosto. James potarł brodę w zastanowieniu.
Po chwili namysłu odpowiedział.
- Okej, niech ci będzie. Nauczę cię kilku ewolucji, ale masz mi powiedzieć, o co do diabła chodziło z tą wczorajszą akcją. - ojojoj.
- Jaką akcją? - uniosłam brwi w udawanym zdziwieniu.
- Nie udawaj głupiej blondynki, dziewczyno, dobrze wiesz, co mam na myśli. Albo mówisz co jest grane i ćwiczysz ze mną, albo stąd spadasz, a ja i tak dowiem się co kombinujesz. - zagroził. Oczywiście nic nie kombinowałam, już nie, ale grzebanie w mojej przeszłości nie jest tym o czym marzę. Bezpieczniejszym wyjściem było wytłumaczenie mu tego. Tylko jak mam mu to, do cholery, wyjaśnić?
Westchnęłam głośno i opadłam na materac, James usiadł obok. Patrzyłam na moje buty, ubierajac myśli w słowa. W końcu się odezwałam.
- Nie jestem stąd. Rodzice dostali tu fenomenalne oferty pracy i zmusili do przyjazdu tutaj wraz z nimi. Oczywiście wbrew mojej woli. - zrobiłam pauzę. - Teraz to wydaje się głupie nawet dla mnie, ale nie miałeś nigdy tak, że ze wszystkich sił i na wszelkie możliwe sposoby chciałeś pokazać, że nie podoba ci się zaistniała sytuacja? To był taki wyraz buntu. A raczej żałosna próba.
James nic nie odpowiedział, jakby licząc na to, że jeszcze coś dodam. Przynajmniej się nie śmiał. Spełniłam jego oczekiwania i dodałam:
- Teraz to już całkowicie nieważne i byłabym ci dozgonnie wdzięczna, jeślibyś zachował to dla siebie. Mogę na ciebie liczyć? - spojrzałam mu w oczy szukając jakichkolwiek oznak czegokolwiek. Nic nie dostrzegłam. James wstał i ruszył ku drzwiom. Czułam gdzieś wewnątrz narastającą panikę, bałam się, że zacznie to rozpowiadać po całej szkole, a te puste, rozpieszczone dzieciaki zatrują mi życie.
Będąc dwa kroki przed drzwiami brunet rzucił przez ramię:
- Piątek o osiemnastej, tutaj. Nie toleruję spóźnień. - uratowana.
_________________________________________________________
Po prawie dwóch miesiącach jest rozdział! Naprawdę przepraszam, że tak długo to trwało.
Prosiłabym o zostawianie choćby najkrótszych komentarzy, bo nawet jedno słowo potrafi ucieszyć ;)
A dla stałych czytelników (jeśli w ogóle tak owych mam) jest mała niespodzianka: opowiadanie ma od wczoraj swojego twittera!
@mylove_blogger
Serdecznie zapraszam do obserwowania nas ;)) Poprzez twitter będę powiadamiać o kolejnych rozdziałach.
Jeśli to czytacie to ogromne i całuśne dziękuje ;* Jeszcze raz proszę comment : D
PS. jeśli nie zrozumieliście jak ma wyglądać ewolucja, którą ćwiczył James tu link: http://auto.img.v4.skyrock.net/6743/43606743/pics/1889332859_small_1.jpg
Subskrybuj:
Posty (Atom)