Justin
Wbiegłem spowrotem do mojego mieszkania i popędziłem do kuchni. Kątem oka zauważyłem, że chłopcy są maksymalnie skupieni na ekranie telewizora ( który zajął całkowicie ich pole widzenia) i grze.
Zazwyczaj obiady robiła mi moja gosposia - Lauren, więc nie za bardzo wiedziałem co gdzie mam w kuchni. Po otwarciu i ponownym zamknięciu paru szafek znalazłem kakao. Na puszce był przepis na gorącą czekoladę. Zastanawiałem się dosłownie przez milisekundy, po czym rzuciłem się w stronę ogromnej, srebrnej lodówki. Po namyśle, moja lodówka jest tak wielka, że przypomina trochę windę z korytarza. Dopadłem zawartości lodówki i pobierznie sprawdziłem, czy mam mleko. Chyba byłem przejęty postawionym przede mną wyzwaniem, bo nie skojarzyłem, że w każdym domu jest mleko. Wtedy jednak nie wydawało mi się to tak oczywiste.
Następnie z szuflady wyjąłem gorzką i mleczną czekoladę. Lauren wciąż myślała, że nie wiem gdzie chowa moje słodycze - robiła to od wielu lat, ale co poradzę na to, że jestem niezwykle inteligenty? Sherlock powinno być moim drugim imieniem.
Nie bez problemów, ale udało mi się znaleźć garnek. Wlałem mleko i włączyłem kuchenkę. Powoli dokładałem do mleka kostki czekolady i dosypywałem kakaa. Sprawdziłem konsystencję i smak - czegoś brakowało. Zerknąłem na przepis. Cynamon!
Gdzie mam tego szukać? Sądzę, że zakrawało to o panikę, bo poszukując cynamonu narobiłem sporo hałasu, czym zwabiłem do kuchni Seana.
- Co ty odwalasz, stary? - spytał mnie z wyrzutem. - Gdzie, u diabła, zniknąłeś? Czy ty mnie w ogóle słuchasz? - zapytał, gdy zignorowałem jego poprzednie pytanie kucając przy półkach z kulinarnym-niewiadomo-czym. - Hej, czy to jest czekolada na gorąco?! Justin? Wszystko w porządku? - Sean chyba się przejął, bo jego ton zmienił się z niedowierzenia na troskę.
- Oczywiście, że nic nie jest w porządku! Sean, pomóż mi! - moje oczy były wielkie jak spodki, mikstura, która po cichu bulgotała w garnku, wywierała na mnie ogromną czasową presję: znajdę cynamon, czy może przypalę czekolade?
- Justin, spokojnie, musisz się uspokoić. Co się stało? - moje przerażenie zaczynało oddziaływać również na mojego przyjaciela.
- Sean, nie mogę znaleźć cynamonu! Pomóż mi! - to nie miało tak zabrzmieć! Ale jednak tak to zabrzmiało. Sean patrzył na mnie przez chwilę w osłupieniu nie ruszając się, nawet nie mrugnął. Potem jedynie wyprostował się, uniósł brwi w zdziwieniu i wybuchnął śmiechem. Doprawdy nie rozumiem, co takiego śmiesznego jest w próbie odnalezienia przyprawy i jednoczesnego mieszania czekolady na gorąco. Bo cynamon jest przyprawą, prawda?
Sean podszedł do kuchenki i zrobił coś, o czym nie pomyślałem, że zrobić w ogóle można. Zmniejszył temperaturę podgrzewania.
- Teraz ci tu nic z tego gara nie wyskoczy, więc łaskawie mi wytłumacz czemu masz zamiar piwo zapijać czekoladą? - Saen jeszcze nie do końca się ogarnął po salwie śmiechu, bo wciąż co chwilę nerwowo chichotał.
- Nie mam zamiaru niczego niczym zapijać! Moja sąsiadka jest przeziębiona i ma gorszy dzień, obiecałem, że zrobię jej kakao. Tylko w trakcie trochę zmienił mi się zamysł. - spojrzałem z ukosa na garnek, ale tak jak zapewniał mnie przyjaciel, nic nie zamierzało stamtąd wypływać.
- I to do niej poszedłeś, kiedy zniknąłeś? - czułem się trochę jak na jakimś przesłuchaniu.
- Tak, chciałem ją zaprosić do nas, ale sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana. Dam jej gorącej czekolady, chwilę z nią pogadam i zaraz tu wrócę, z nią lub bez niej, okej? To jakieś przesłuchanie, czy co? - oburzyłem się i skrzyżowałem ręce na piersi, lekko wydymając dolną wargę. Sean znowu zachichotał, pewnie dlatego, ze wyglądałem teraz jak naburmuszony pięciolatek, któremu zabrano zabawkę.
- Dobra, dobra, stary. Wrzuć na luz. - powiedział, wciąż się głupkowato uśmiechając. Ciemnoskóry chłopak rozejrzał się po kuchni, zajrzał do pierwszej lepszej szafki i wyjął stamtąd cynamon. Nie mam bladego pojecia jak to zrobił.
- Mów mi "Sherlocku" - zakpił ze mnie podając mi saszetkę z przyprawą.
- Dzięki. - dosypałem proszek z opakowania do garnka, zamieszałem i przelałem do ładnego kubka.
Gdy opuszczałem mój apartament usłyszałem głos z salonu:
- Powodzenia na podrywie! - puściłem uwagę mimo uszu.
Bez pukania otworzyłem drzwi i wszedłem do mieszkania Ellie. Wątpiłem, że to zrobi, ale jednak posłuchała się mnie i została w swoim pokoju. Gdy przyszedłem zastałem ją w tej samej pozycji, w której była gdy wychodziłem - zwinięta w kłębek siedziała w rogu łóżka zawinięta w koc, wyglądała jak w jakimś kokonie.
Podałem jej kubek z gorącym napojem, mówiąc perfekcyjnym francuskim:
- Bon apetite!
Jedyne co otrzymałem w zamian to nie zbyt udana próba uśmiechu. Przyjęła kubek i spróbowała.
- Dobre. - skomentowała.
- Cieszę się, że jest okej.
- Nic nie jest okej. - westchnęła i uciekła oczami poza mój zasięg. Nic nie mówiłem w nadziei, że powie coś jeszcze. Po chwili kontynuowała:
- Kiedy zbierałeś rzeczy... - urwała w pół zdania, gdyż załamał jej się trochę głos. - znalazłeś tam zużytą strzykawkę prawda? - przełknąłem ślinę. Wolałem uniknąć tego tematu. Zacząłem się zastanawiać czy powiedzieć prawdę, czy też może skłamać. Jeśli powiem prawdę to może zdobędzie się na jakieś wyjaśnienia, ale też zmuszę ją do przywołania demonów przeszłości. Jeślibym skłamał, ona wiedziałaby, że kłamię, mogłaby stracić do mnie zaufanie, ale byłaby wdzięczna, że nie zmuszam jej do mówienia o tym. Może by nawet pomyślała, że mi to nie przeszkadza. Tylko, że mi, kurde, przeszkadza!
Przypomniała mi się sytuacja z windy, kiedy powiedziała, że nie chce litości. Miała wtedy zacięte, bezlitosne i zimne spojrzenie.
- Tak. - pokiwała głową i odezwała się dopiero po chwili. Ta rozmowa była niezręczna dla nas obojga. Czułem chłód w pokoju i dystans między nami. Chciałem się pozbyć tej dzielącej nas przepaści, ale wiedziałem, że to nie jest odpowiedni moment.
- Nie mogę cię zmusić, ani nawet skłonić, żebyś uwierzył w to co powiem. Powiem tylko to, co każdy w takiej sytuacji. - podniosła wzrok i spojrzała mi prosto w oczy. - To nie należy do mnie. Nigdy nie brałam heroiny. Nie kłamię. - mówiła stanowczo i powoli, każde zdanie było wypowiedziane pewnie i było przemyślane.
- Masz rację, że nie muszę ci wierzyć. Zazwyczaj nie ufam nikomu oprócz najbliższych mi osób. -też musiałem urwać w połowie wypowiedzi, aby przemyśleć to co zaraz powiem. Nie byłem pewny czy dobrze to odbierze i czy zrozumie drugie dno, ale musiałem spróbować się do niej zbliżyć. Podszedłem do łóżka i usiadłem obok niej. Moją pierwszą myślą było przytulenie jej, lub choćby złapanie za rękę, ale wiedziałem, że wciąż jest za wcześnie. - Ale tym razem zrobię wyjątek. - przygryzłem wargę ze zdenerwowania i posłałem jej sympatyczny uśmiech. - Ponieważ jesteś inna i muszę przyznać, że mnie, dziewczyno, intrygujesz. - zmieniłem trochę ton, na bardziej żartobliwy. Desperacko próbowałem rozluźnić atmosferę.
- Niby czym cię intryguję? - dziewczyna zamrugała mocniej w zdzwieniu. - Każdy inny uciekałby od razu gdyby coś takiego zobaczył.
- Nie jestem każdym.- posłałem jej kolejny uśmiech.
Ellie
- Nie jestem każdym. - powiedział śpiewnym tonem z marzycielskim uśmiechem na twarzy. Powiedział to, co siedziało mi w głowie. W ten sposób myślałam o sobie. Nie jestem jak wszyscy.
Byłam tak okrutnie szczęśliwa, że postanowił mi uwierzyć, że nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Z drugiej strony byłam przestraszona - to, co zrobił, odebrałam jako swego rodzaju obietnicę. Miałam wrażenie, że mówił mi swoją postawą i zachowaniem " Wierzę ci, nie oceniam cię, chcę cię poznać. Ale powiesz mi, gdy przyjdzie czas". Bardzo mi to pasowało i podświadomie chyba nawet o tym marzyłam, ale też bardzo nie chciałam o tym nikomu mówić. Miałam nadzieję, że jeśli zignoruję to i zapomnę to będzie tak, jakby nic się nie wydarzyło i ból zniknie. Wystarczy zaprzeczyć istnieniu niektórych faktów...
Popatrzyłam na niego. Na jego twarz, idealne, pełne usta; bursztynowe, wesołe oczy i brązową czuprynę gęstych włosów. Jest taki piękny. - przeszło mi przez myśl. Właściwie to chyba cały czas myślałam o tym, jakiż to on jest cudny.
Miliony nastolatek zabiłyby za mieszkanie drzwi w drzwi z Justinem Bieberem, a ja mam to tak po prostu. I w dodatku okazało się, że nie jest on aroganckim, bogatym dupkiem jak początkowo sądziłam. Wprost przeciwnie! Jest taki troskliwy i kochany.
Kiedy poczułam jak materac zapada się pod jego ciężarem, gdy siadał obok mnie na łóżku chciałam, żeby objął mnie ramieniem. Czułabym się w jego ramionach bezpiecznie, oddzielona barierą jego ciała od wszelkich skomplikowanych działań tego świata. Byłabym we własnym świecie, w raju, o którego odnalezieniu marzę od dziesięciu miesięcy. Od tego dnia.
Dotarło do mnie znaczenie jego słów. O mój Boże! On chce mnie poznać! On chce mnie lepiej poznać! - moje alter ego wrzeszczało, piszczało, skakało mi po żołądku i ogółem zachowywało się jak na typową nastolatkę przystało. Natomiast moje zewnętrzne ja, którego maska obojętności i tak już prawie do reszty skruszała, zachowywało się nadwyraz spokojnie. Jedyną oznaką nadmiaru endorfin były różowawe wypieki na twarzy, ale sądzę, że i tak pozostały niezauważone, bo moja twarz była zmaltretowana po płaczu, spaniu na podłodze i trudnej rozmowie.
To było surrealistyczne - Justin chce mnie lepiej poznać, obdarza mnie zaufaniem. Zaufaniem, na które przecież nie zasłużyłam. Nie okłamałam go przecież, ale mój dobór słów nie był przypadkowy.
Nie wiem czy są słowa, które mogłyby opisać to jak bardzo cieszyłam się z tego, że dostaję od niego szansę, ale mimo wszystko czułam się podle.
Dziś rano przemyślałam sobie wszystko dokładnie jeszcze raz, nie żeby czternaście godzin w samolocie to było za mało, i plan był prosty:
Nosić maskę obojętności, zbuntować się rodzicom, doprowadzić ich do rezygnacji z prób "wychowania mnie na normalnego człowieka" i w rezultacie uzyskać zgodę na powrót do Polski.
Są ludzie, którzy powtarzali mi, że nie mam już tam po co wracać, straciłam co miałam, przegrałam swoje życie, ale coś we mnie kazało mi tam wrócić. Wrócić do pozostawionych przyjaciół, którym czułam, że muszę pomóc wyrwać się z tego bagna. Pomimo, że wiedziałam, że się nie da.
Do była taka irracjonalna potrzeba pomocy, jak w sytuacji, gdy płonie dom, w którym uwięziony jest ktoś bliski i chcesz tam wbiec i pomóc, ale wiesz, że sam byś zginął. Tak się czułam, chociaż to jedno zdanie to za mało, żeby wyrazić tę mieszankę uczuć i emocji niebezpiecznie zmiksowanych w moim sercu. Żal, tęsknota, cierpienie, samotność, to tylko to co umiałam nazwać, reszty nawet nie byłam w stanie zidentyfikować. Odmawiałam sobie prawa do szczęścia, za to, co zrobiłam przed blisko rokiem. Za to piekło, które urządziłam rodzinie w ciągu ostatnich paru lat.
I dlatego nie umiałam się w pełni cieszyć z tego, że cudowny chłopak siedział obok mnie i właśnie chwytał mnie za rękę, po to, by zacząć uspokajająco gładzić moją dłoń. Udawałam twardą już tak długo, że nie umiałam przestać, ale mimo to wzruszył mnie ten prosty gest.
Zagryzłam wargi, żeby się nie rozpłakać i oparłam głowę na jego ramieniu.
Jakie to idiotyczne! - ofuknęłam samą siebie. Bo rzeczywiście ta sytuacja jest idiotyczna. Halo, dziewczyno? Znasz go jeden dzień. Ogarnij się i odklej od niego! - odezwała się moja druga strona, ta która powodowała u mnie wyrzuty sumienia tak straszne, że miałam odruch wymiotny.
W mojej głowie myśli galopowały z zawrotną prędkością: A może to tylko litość? Jak ktoś taki jak ja może czuć się tak szczęśliwym? Czemu podświadomie już dawno mu zaufałam? Może dam radę żyć w Ameryce i zostawić przeszłość za sobą? Może on jest do tego kluczem?
Moja ciemna strona ma rację co do jednego. Znam go jeden dzień - musze zwolnić i dać sobie czas.
Trzymanie głowy na jego ramieniu i wdychanie jego perfum połączonych z jego zapachem było naprawdę przyjemne i mnie uspokajało, ale wiedziałam, że to za wcześnie na takie spoufalanie się. Dlatego oderwałam od niego głowę i rozdzieliłam nasze, dotychczas splecione, palce.
- Dziękuje, Justin. - powiedziałam cicho. - Dziękuje ci za to, że dajesz mi szansę. Powiedzmy, że dotychczas nie za często mi się to zdarzało. - zaśmiałam się cicho. Kątem oka zauważyłam, że Justin szuka mojego spojrzenia swoimi orzechowymi oczami i nerwowo oblizuje wargi. Może tylko mi się zdawało, albo widziałam to co widzieć chciałam, ale prawie napewno był zawiedziony, że to już koniec przytulania. - Dziękuję ci też za to, że jutro rano wstaniesz i zjedziesz ze mną windą. - posłałam mu bezczelny uśmieszek.
- To żaden problem. - w odpowiedzi uśmiechnął się uroczo. Spojrzałam na elektroniczny zegar na regale, a on powiódł za moim spojrzeniem. Jego oczy otworzyły się szerzej, po czym przetarł twarz dłonią.
- O nie... - jęknął. Zegar pokazywał, że jest już po jedenastej. Wstałam z łóżka i stłumiłam stęknięcie, gdy strzelilo mi w kolanach. Zerknęłam dyskretnie na Justina, jednocześnie przygryzając wargę. Nawet jeśli usłyszał trzaśnięcie moich stawów, to nie zwrócił na to uwagi.
- Chyba już pora... - zaczęłam mówić przesuwając się w stronę drzwi, gdy przerwał mi jego głos.
- Wpadniesz do mnie? - nie wydawał się zaskoczony tym, że to pytanie wyrwało się z jego gardła, pomimo tego, że wyrzucił je z siebie jednym tchem, jak serię z karabinu.
Zaczęłam zastanawiać się nad odpowiedzią. Moich rodziców jeszcze nie ma. Nie wrócą przed północą, więc mogłabym wstąpić na chwilę... Chłopak zauważył moje wachanie, bo zbliżył się do mnie, chwycił mnie ponownie za rękę i uśmiechając się jak słodki chłopczyk powiedział:
- Presley, nie daj się prosić. - jego zachrypnięty szept wywołał dziwne uczucie w moim żołądku. Nie były to motylki, ani nawet pędzące słonie, to była raczej moja "ciemna strona" atakująca moją śledzionę i żołądek prawym sierpowym, naprzemian z lewym prostym. Mentalnie kopnęłam się w twarz i uległam jego czarującemu spojrzeniu, przysiegam, że to były jakieś szarlatańskie sztuczki.
W rzeczywistości przybliżył się do mnie na tyle, że ponownie jego zapach wypełnił moje płuca i lekko pociągnął mnie za rękę w stronę jego mieszkania. I tyle po moim "zwalnianiu tempa".
- Chodź.- szepnął i skinął na mnie głową. Uśmiechnęłam się do niego przepraszająco, wyplątałam dłoń z jego uścisku. Zręcznie wypchnęłam go za próg i zamykając za nim drzwi szepnęłam "dobranoc". - moja fantazja rozmyła się, gdy minęłam próg wciąż delikatnie ciągnięta przez blondyna. Zastanawiałam się gdzie, do cholery, podziała się wtedy moja moralność i silny charakter, ale wystarczyło, że na niego patrzyłam, a nie mogłam mu nie ulec. Wystarczyło, że trzymał mnie pewnie za rękę, a ja chciałam, by nigdy nie puszczał. Być może, byłam wtedy nawet w stanie go okłamać, co do całej mojej przeszłości, by tylko zostać przy jego boku na zawsze. I już zawsze pielęgnować te kłamstwa, w tym ułudnym śnie.
Zatrzymał się przed drzwiami jego apartamentu i oblizując usta spojrzał mi w oczy.
- Nie mam pojęcia jak bardzo wstawieni będą moi przyjaciele, więc za wszelkie... niedogodności i... nieważne. Po prostu jakby co, to za nich przepraszam. - uznałam, to jak chłopak się denerwował, za urocze. Hmm... ostatnio nadużywam słów "słodki" i "uroczy". Justin nacisnął klamkę i przepuścił mnie w drzwiach. Wszedł od razu za mną i prędko poszedł do salonu by sprawdzić stan kolegów.
Jak się chwilę później okazało byli oni (prawie) trzeźwi. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego niż zastałam w mieszkaniu mojego sąsiada.
Przede wszystkim miał mniej pokoi, przez co miał więcej przestrzeni, toteż jego salon był... ogromny. Mimo wielkich rozmiarów nie znajdowało się tam wiele mebli czy innego sprzętu. Mieszkanie było bardzo minimalistyczne. Nawet ściany pozostawił białe.
Na środku pokoju dziennego stał duży telewizor i ciemna, skórzana sofa, na której zalegała czwórka przyjaciół Biebera.
Kiedy podeszliśmy bliżej zauważyliśmy, że chłopcy zamiast grać w gry wideo oglądają zdjęcia, a jeden z nich pochlipuje. Cofam to, że byli trzeźwi, a przynajmniej płaczący typek nie był.
Justin odezwał się do swoich kumpli:
- Emmm... -oczywiście musiał zacząć od uroczego jąkania się. - To jest Ellie, moja sąsiadka. - przeleciał po nich spojrzeniem, a gdy zauważył, że jeden z gości płacze powiedział: - Bruce, nie rozklejaj się przy dziewczynie. Bruce... - podszedł i zmartwiony zaczął go pocieszać, a chłopak, który najwyraźniej miał na imię Bruce przytulił się do niego i zaczął bełkotać mu coś w koszulkę. Justin utknął w miażdżącym uścisku kolegi, po jego minie można było wywnioskować, że nie jest to zbyt wygodna pozycja, ale bez narzekania zaczął go pocieszać i głaskać po głowie jak małego chłopca. Patrząc na nich zaczęłam chichotać.
Dopiero po chwili zauważyłam, że wpatrują się we mnie oczy, które w słabym świetle bijącym od ekranu telewizora, wydawały się czarne. Ciemnoskóry wstał i uśmiechając się podał mi dłoń.
- Sean. - przedstawił mi się. Niepewnie uścisnęłam jego dłoń. Sean nie był osobą, którą chciałabym spotkać wieczorem na ulicy. Był wysoki, umięśniony i wyglądał groźnie. Za to jego uśmiech był naprawdę ciepły i serdeczny. Od razu domyśliłam się, że jest najbliższym przyjacielem Justina. Było to widać w sposobie w jaki na siebie patrzyli.
Gestem zaprosił mnie, bym przysiadł się obok nich na kanapie. Usiadłam już nieco bardziej ośmielona. Po chwili Justin uwolnił się z uścisku podchmielonego Bruca i przysiadł na oparciu kanapy tuż koło mnie. Zaczęliśmy oglądać z nimi zdjęcia. Obrazy przeskakwiały i co chwilę widziałam Justina z chłopakami, lub kimś innym, kogo nie znałam, bądź kojarzyłam z telezwizji na tle ładnych widoków lub w dziwnych sytuacjach. Przyjaciele komentowali zdjęcia, przywoływali wspomnienia, żartowali i śmiali się. Pomimo tego, że się nie odzywałam i nie brałam udziału w dyskusjach to śmiałam się razem z nimi.
W pewnym momencie sceneria zdjęć zmieniła się i zamiast plaż i klubów ukazywało nam się miasto w czarno-białych kolorach z Seanem i Justinem. Na fotografiach pokonywali poręcze, przeskakiwali z dachu na dach i wykonywali inne mniej lub bardziej niebezpieczne tricki. Zaintrygowało mnie to.
- Co to? - spytałam Justina. Zamiast niego odpowiedzi udzielił mi Sean.
- To parkour. Polega na bieganiu po mieście i pokonywaniu przeszkód... powiedziałbym terenowych, ale w tym przypadku miejskich, w niecodzienny sposób. - kończąc zdanie puścił mi oczko, na co się zarumieniłam. Moje ramie stykało się z przedramieniem Justina, przez co poczułam jak napina mięśnie, widząc to. Sean też to zauważył, na co zachichotał ukazując proste, śnieżnobiałe zęby.
- Uwielbiam ten sport. Kiedyś uprawialiśmy go z Justim...
- Nie mów tak do mnie - Justin spojrzał wymownie na Seana wypychając dolną wargę, w grymasie godnym pięciolatka, na co ten tylko się zaśmiał.
- Niestety w Nowym Jorku nasz drogi przyjaciel się rozleniwił i spasł. - wszyscy zaśmiali się z Justina, ale on również się śmiał.
- Sean, przesadzasz. - chłopak próbował się bronić przy czym zabawnie przeciągał samogłoski.
- Niestety... - Sean wrócił do opowiadania o sporcie. - nie wszyscy uważają to za dyscyplinę sportową. Uważają, że jeśli czegoś nie da się wykonywać na obiekcie sportowym lub nie da się do tego zbudować toru, to nie jest to sportem. Nazywają parkour "tylko śmiesznym bieganiem". - Sean się zasępił mówiąc to, a mnie coś tchnęło. Możesz tylko biegać, zapomnij o skokach, tylko biegi. - w mojej głowie rozbrzmiały słowa lekarza. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę, że to jest coś więcej niż tylko bieganie, i że pewnie jest to równie obciążające fizycznie jak biegi przez płotki, ale postanowiłam spróbować. Patrząc na zdjęcia pełne dynamiki i ryzyka zaczynałam się ekscytować, a przecież tylko siedziałam na kanapie.
- Uważam, że przez to, że nie można dostosować do tego sportu żadnego toru, ani dokładnej trasy jest on niezwykły i jest jakby... wolny. - była to moja pierwsza dłuższa wypowiedź odkąd weszliśmy do miekszania Justina. Speszyłam się trochę tym, że wypowiedziałam na głos, co mi w duszy grało, ale czułam się z tym dobrze. Spojrzałam na zegarek - za dziesięć dwunasta.
- Chyba powinnam już iść. - podniosłam się z kanapy, a Justin wstał zaraz po mnie. Odprowadził mnie w ciszy, aż pod moje drzwi. Chciałam nacisnąć klamkę, ale zawachałam się i odwróciłam przodem do niego.
Jego ciemno-blond włosy opadały mu na czoło i zasłaniały błyszczące oczy. Oblizywał wargi, a ja przyłapałam się na tym, że robiłam to samo.
- Do jutra, Bieber. - powiedziałam chicho, prawie szeptem.
- Do jutra, Presley. - odpowiedział również szeptem. Przy czym jego szept był niezwykle... pociągający. Miałam ochotę go pocałować, ale halo! Znam go jeden dzień, muszę się opanować. Zachowuję się jakbym miała gorączke. Zaraz, przecież miałam gorączkę. Jak mogłam o tym zapomnieć?
Chyba tracę głowę. Chciałam się odwrócić i wejść do domu, gdy nagle chłopak przysunął się bliżej mnie i wpatrywał się w moje oczy. Rozchylił lekko usta, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć. Na jego czole na ułamek sekundy pojawiła się zmarszczka, sugerująca napięcie. Zamiast się odezwać on tylko przygryzł wargę i powtórzył:
- Dobranoc, dziewczyno.
Jeszcze słowa te nie wybrzmiały do końca, a on już znikał za swoimi drzwiami witany głośno przez kolegów. Wchodząc do domu zdałam sobie sprawę, że moje serce bije szybciej niż powinno.
Cofam to, że nic nie jest okej. On jest. I to bardzo. - pomyślałam z zawadiackim uśmiechem, choć nikt nie mógł tego dostrzec.
___________________________________________________________________
Jeśli to czytacie - dziękuje!!
Jeśli podoba Wam się moje opowiadanie, to bardzo was proszę, zostawcie po sobie komentarz ;) To naprawdę motywuje do pisania kolejnych rozdziałów, bo wtedy wiem, że ktoś chce przeczytać następny rozdział.
Z tym rozdziałem akurat się troche na męczyłam, ale jakoś się udało dobrnąć do końca.
Przepraszam, że nie ma akapitów, wiem, ze cieżko się czyta, ale nie mam sił na walkę z bloggerem. Do następnego ;))
Świetne. <3 / H
OdpowiedzUsuńBoskie
OdpowiedzUsuńMówiłam Ci już, że Sean jest moim mistrzem, ale to powtórzę: SEAN JEST MOIM ABSOLUTNYM MISTRZEM!
OdpowiedzUsuńA Justy i Ellie są tak wykreowani, że dosłownie widzę wszystko przed oczami (no dobra, Ciebie sobie nie muszę wyobrażać, no ale...) ;)
Justin jest tak cholernie słodki, że nie mogę *.* I DLACZEGO JEJ NA KONIEC NIE POCAŁOWAŁ?! Czemu mi to robisz...?! :)
A teraz szybko pisz dalej nexta :)
Koneko