Ellie
Po wyjściu z lobby apartamentowca, trafiłam na tłumy ludzi spieszących się do pracy. Porwał mnie prąd tłumu, przez co zboczyłam trochę z drogi. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim tłokiem, gdzie ludzie byli jak mrówki w mrowisku - każdy ze swoim zadaniem, każdy w swoją stronę, ale mimo to, wszyscy niewzruszenie naprzód, z wielką siłą.
Zatrzymałam się przy witrynie jakiejś kawiarni, gdzie prąd tłumu był znacznie słabszy i zatrzymanie się w miejscu nie groziło stratowaniem. Oparłam się framugę drzwi, gdy uderzył mnie zapach świerzo mielonej kawy. Obróciłam się, by zobaczyć co to za miejsce, gdzie tak cudownie pachnie. No tak, Starbuck's. Czasami myślę, że ten zapach jest tworzony specjalnie, jako taki marketing czy coś w tym guście. Jeśli tak jest faktycznie, to zdecydowanie działa.
Pokonałam dwa stopnie i weszłam do wnętrza przestronnej kawiarni, urządzonej w ciemnych, czekoladowych odcieniach skór i miodowego drewna. Przerzuciłam mój stary, skórzany plecak, który odziedziczyłam po siostrze, przez jedno ramię i włożyłam do jednej z kieszeni dłoń, by po omacku odszukać mój portfel. Stając na końcu kolejki wciąż nie mogłam odnaleźć portfela. Zauważyłam, że pare osób z tych, które pragnęły przeczekać pół godzinny szczyt na ulicach Manhattanu w przytulnym Starbuck'sie i teraz wygodnie siedziały przy stolikach, rozparte na pufiastych fotelach, nieprzychylnie patrzyło się na mnie.
Gdy nadeszła moja kolej, by złożyć zamówienie, poprosiłam o najzwyklejsze cappuccino. Nie byłam amatorką kawy i skusiłam się tylko dlatego, że byłam wykończona po podróży i wciąż męczyły mnie efekty zmiany czasu. Ekspedientka przyjęła moje zamówienie i podała należność. Ja wciąż szukałam moich pieniędzy. Poczułam wrogie spojrzenie kolejnego klienta, który stał za mną w kolejce. Albo był niegrzeczny, albo był totalnym arogantem, bo zaczął na mnie chrząkać. Przepuściłam go w kolejce i stanęłam z boku, by wydobyć portfel z czarnej dziury zwanej potocznie kobiecą torebką, w tym przypadku, akurat plecakiem szesnastolatki. Po chwili przyszła kolejna kobieta w firmowym uniformie z moja kawą. Postawiła ją na ladzie i również spojrzała na mnie z wyższością, jakby się spodziewając, że nie mam pieniędzy. Zachowywała się jak kontrola w autobusie, gdy udajesz, że szukasz biletu, by zyskać na czasie. Z tym, że akurat teraz miałam "bilet". Myślę, że dosłownie na sekundy przed tym, nim kasjerka zaczęła ciskać we mnie piorunami z oczu, znalazłam portfel z westchnieniem ulgi. Chyba westchnęłam ciut za głośno, bo jeszcze kilka osób uniosło brwi. Czułam, że ludzie gapią się na mnie i pewnie uważają mnie za biedaczkę. No, ale przecież sama wybrałam dla siebie ten strój, nie mogę się teraz poddać. W domu, w moim prawdziwym domu, w Polsce, nikt nie zwróciłby uwagi na mój strój. Niby Ameryka to taki otwarty kraj, a zdaje się, że ocenianie innych to tutaj jakiś sport narodowy. A może wszędzie, gdzie są ludzie "z wyższych sfer", jest tak samo? W końcu Manhattan, nazwa zobowiązuje. -pomyślałam z ironią.
Szybko podałam kobiecie za ladą odliczone pieniądze, chwyciłam mój kubek z napojem na wynos i patrząc w dół wyszłam z kawiarni. Powoli traciłam swoją pewność siebie i buntowniczy nastrój. Znowu łapała mnie chandra. Jedyne na co miałam ochotę, to wrócić na górę i zagrzebać się w pościel. No tak, na górę. Może jednak szkoła jest lepszym wyjściem, niż ponowna przejażdżka windą? - pomyślałam na wspomnienie niedawnego wypadku, którego byłam częścią przed paroma minutami.
Stając wciąż pod zadaszeniem, patrzyłam na masę poruszającą się w różne strony, w strugach deszczu. Niektórzy mieli parasole, inni kaptury. Tylko nielicznym było obojętne, że zmokną. Patrzono na nich, jakby mieli po trzy głowy. Ciekawe czy to właśnie to nazywają walką klas.
Pociągnęłam ostrożnie łyk z papierowego kubka, by nie oparzyć sobie języka. Dobra. - Skomentowałam kawę.
Narzuciłam na głowę kaptur, jednocześnie pilnując by kosmyki moich włosów spod niego nie wychodziły. Nienawidzę mieć mokrych włosów. Ruszyłam z tłumem, przez cały czas starając się znaleźć jak najbliżej ulicy. Próbowałam złapać taksówkę, ale niestety, sądzę, że nie wygladałam dla żadnego z taksówkarzy jak potencjalny klient z dużym napiwkiem. Nie miałam bladego pojęcia, jak trafić do szkoły, znałam jedynie adres. Po namyśle siegnęłam do kieszeni bluzy i wyjęłam z niej białego i'phona. Sprawdziłam szybko w internecie jak się tam dostać - okazało się, że to całkiem niedaleko, jeśli podjechaćby metrem.
Po dojściu do metra, miałam drobne problemy z kupieniem biletu, ale w końcu przedarłam się przez bramki, jakimś cudem uniknęłam zgubienia w tunelach i odnogach korytarza i weszłam do wagonu nowojorskiej kolei podziemnej. Jechałam zaledwie jeden przystanek, ale pierwszy raz, odkąd byłam w Stanach, czułam, że nie odstaję. Nie było tu takich bogaczy, jakich spotkałam na ulicy przed apartamentowcem. Tutaj się nie wyróżniałam, byłam jednym z wielu.
Wysiadłam już na następnej stacji, szybkim krokiem pokonałam drogę na powierzchnię. Moja nowa szkoła znajdowała się tylko przecznicę dalej. Z każdym krokiem byłam coraz bardziej zdenerwowana. Poranne postanowienia poszły się paść i teraz żałowałam, że nie założyłam skórzanej kurteczki, rozkloszowanej spódniczki i litów.
Nie chodzi mi o to, że kobiecy wygląd to nie moja bajka, no bo, cóż, moja jak najbardziej, ale chciałam pokazać rodzicom, że ta sytuacja mi nie odpowiada. Sądziłam, że gdybym to zaakceptowała i zachowywała się jak wcześniej, to żadne skargi nie skłoniłyby ich do wysłania mnie spowrotem do domu. Ale teraz zaczynałam myśleć, że może jednak posiadanie znajomych nie jest takie złe.
Naciągnęłam kaptur czarnej i ciężkiej od wody bluzy mocniej na głowę. Widziałam już moją nową szkołę. Żeliwna duża furta, przez którą przeciskali się nastolatkowie. Słyszałam ich radosne głosy, piski dziewcząt, wybuchy śmiechu chłopców. Pomyślałam sobie, że wygladają na szczęśliwych i zwyczajnych, jeśli nie liczyć oczywiście ich drogich ubrań. Byłam zaledwie o kilka kroków od przekroczenia bramy szkolnej, gdy ktoś złapał mnie za ramię:
- Ej, koleś, to teren szkoły. Obcym zakaz wstępu. - Żałowałam już, że tu przyszłam. Odwróciłam głowę, by zobaczyć kto mnie zatrzymał. Zrobiłam to tylko po to, aby po sekundzie żałować jeszcze bardziej. Chłopak, który mnie zatrzymał był dużo wyższy ode mnie. Moje oczy były na wysokości jego obojczyków i muskularnych ramion. Nie trzeba było być geniuszem, żeby zauważyć, że jest wysportowany, umięśniony i zabójczo przystojny. Jego mocno zarysowana szczęka, pokryta delikatnym zarostem, była mocno zaciśnięta. Brwi były opuszczone przez marszczące się, nieskazitelne czoło, zakrywając przy tym błękitne oczy, które wpatrywały się we mnie z odrazą.
Od razu opuściłam głowę, by mnie nie zobaczył. Było mi tak okropnie wstyd. Sądziłam, że z moim metrem i siedemdziesięcioma ośmioma centymetrami uchodzę za wysoką, ale ten koleś wzrostem dorównywał graczom NBA. Przytłaczała mnie jego obecność.
- Co ty bezdomny jesteś jakiś? Czego tu chcesz, włóczęgo?! - Naskoczył na mnie. Szczerze, to w jego oczach było coś takiego, taka... dzikość, że bałam się go. Nie umiałam sie wysłowić, zapomniałam słów, a język wiązał mi się w supełki.
- Emm... - jedynie tyle zdołałam wykrztusić. Szarpnął mnie za ramię, mój kaptur zsunął mi się trochę odsłaniając moją twarz, oblepioną mokrymi włosami.Szybko spuściłam wzrok. Chłopak zmarszczył jeszcze bardziej brwi, choć zdawało się to niemożliwe.
- Jesteś w ogóle facetem? - zwolnił uścisk na moim ramieniu wypowiadając te słowa. Byłam tak przerażona. Wiedziałam, że nie wejdę do tego budynku w takim stroju. Powoli zaczynały mi się trząść dłonie. Podjęłam szybką decyzję i rzuciłam się sprintem w stronę metra. Wysoki chłopak nawet nie próbował mnie gonić, ale ja kompletnie nie zdawałam sobie z tego sprawy. Biegłam dalej, obijając się o ludzi, trącając ich i prawie, że przewracając niektórych.
Dopadłam do wagonu metra, który o dziwo był w połowie pusty. Znalazłam sobie miejsce siedzące i zaczęłam uspokajać oddech. Zacisnęłam dłonie w pięści, by powstrzymać ich drżenie, choć na niewiele się to zdało.
Czułam, że już przegrałam, że nie dam rady się stąd wydostać. Jutro ubiorę się po staremu, złapię taksówkę i będę piszczeć z innymi dziewczynami na widok przystojnych chłopców na wf'ie.
Pojedyncza łza spłynęła z mojego policzka, na myśl o tym, że nie zobaczę już domu, lecz szybko starłam ją wierzchem dłoni. Poczułam przygniatającą mnie beznadziejność, chciałam jedynie by hamulce puściły mi, gdy już będę na ostatnim piętrze, w penthouse'ie a nie tu, wśród tylu ludzi.
Nie mogłam uwierzyć w to, że tuż po wyjściu z windy byłam taka szczęśliwa i taka pewna siebie.
Tuż przed wejściem do budynku, w którym mieszkałam, zauważyłam piękną kobiętę, która zatrzymała się na środku chodnika i szukała czegoś w torebce. Po chwili wyciagnęła z niej telefon, napisała wiadomość, poprawiła usta błyszczykiem i ruszyła dalej. Nikt jej nie potrącił. Wow, mnie by rozdeptali na mielone. - Skomentowałam w myślach.
Przeszłam przez szklane, obrotowe drzwi i znalazłam się w lobby. Rzuciłam niespokojne spojrzenie na windę, a potem na stróża za ladą recepcji. Zerknął na mnie z nad monitora komputera, na którym coś pisał i totalnie mnie olał. Spodziewałam się czegoś w stylu "Nie powinnaś być w szkole?" i innych protekcjonalnych gadek, ale nic takiego się nie stało.
Moim jedynym zmartwieniem pozostała winda. Sprytnie poczekałam, aż ktoś jeszcze będzie chciał pojechać na górę. Po chwili kobieta w burgundowej garsonce i lakierowanych szpilkach w tym samym odcieniu, przytruchtała, by następnie z klikiem jej szpilek na marmurze zatrzymać się koło mnie. Przez kolory, jakie miała na sobie i swoją figurę, kojarzyła mi się z okrąglutkim, dojrzałym jabłkiem nabitym na dwie wykałaczki. Przywołałam windę, której drzwi otworzyły się niemal natychmiast. Miałam nadzieję, że jeszcze ktoś się dosiądzie, ale nikt oprócz mnie i kobiety w czerwieni nie wszedł do kabiny. Drzwi zamknęły się z chichym sykiem sprężanego powietrza i maszyna ruszyła na górę. Kątem oka zobaczyłam, że druga pasażerka jedzie na osiemnaste piętro.
To tylko dwanaście pięter, dasz radę dziewczyno! - Motywowałam samą siebie. Jechałyśmy w milczeniu. O ile nie zdziwiło mnie za bardzo to, że kobieta nie zwróciła uwagi na to, że czekałam na kogoś kto będzie jechał windą, i nie wybrałam piętra, o tyle zaskoczyło mnie to, że ani trochę nie przejęła się tym, że wyszłam za nią z windy. Na jej miejscu, dawno bym użyła gazu pieprzowego czy czegokolwiek innego. W końcu wyglądam dość podejrzanie, w tym stroju i ze ściekającą ze mnie wodą.
Nie niepokoiłam dalej mojej współpasażerki, choć byłam bardzo, ale to bardzo ciekawa co by zrobiła, gdybym szła za nią dalej. Przez dosłownie sekundę rozważałam ten pomysł, ale szybko go porzuciłam.
Zamiast tego zaczęłam wspinać się klatką schodową. Było to dla mnie o tyle trudne, że miałam problemy z nogami. Kiedyś byłam sportowcem, ale po drugim skręceniu kolana i zerwaniu ścięgna achillesa, odsunięto mnie z drużyny. To było kolejnym powodem mojej frustracji.
Doczłapałam się, wręcz dodreptałam na ostatnie piętro. Czułam pulsujący ból prawego kolana. Od ostatniego urazu stało się ono bardzo delikatne, dodatkowo uciekając przed chłopakiem, który najwyraźniej robił w szkole za bodyguard'a, puściłam się niezłym sprintem. W końcu biegałam setki przez płotki. Potem stwierdzono, że mogę najwyżej zwyczajnie biegać.
Do teraz nie jest to dla mnie łatwe i na samo wspomnienie słów trenera, kiedy mnie wyrzucał z zespołu, mam łzy w oczach. Przez blisko dwa miesiące nie mogłam ćwiczyć ani uprawiać żadnych sportów - to był dla mnie jak największy koszmar. Czasami zdawało mi się, że porzuciłam to za sobą, ale tak naprawdę to jest jak papier toaletowy przyczepiony do buta - nawet nie zdajesz sobie sprawy, że coś za sobą ciągniesz, ale i tak na końcu słyszysz, że jesteś frajerem.
Tym razem zawartość mojego plecaka nie grała ze mną w chowanego, toteż szybko znalazłam w jego wnętrzu klucz. Włożyłam go do zamka i przekręciłam. Mechanizm cicho szczęknął i drzwi uchyliły się bezszelestnie.
Przywitała mnie pustka.
Nie trudziłam się zamykaniem drzwi na klucz, kopnęłam je jedynie, przez co głośno trzasnęły. Mój nastrój pogarszał się z każdą chwilą. Zatrzymanie się windy, było jak dotąd najlepszym, co mnie tego dnia spotkało. Rzuciłam plecak pod ścianę i leniwie ruszyłam do kuchni połączonej z salonem. Wyjęłam z szafki Nutellę i jadłam ją prosto ze słoika. Gdy już się zasłodziłam orzechowo - czekoladowym kremem, popiłam sokiem pomarańczowym, również prosto z butelki.
Na wprost drzwi wejściowych do mieszkania wisiało na ścianie bardzo duże zdjęcie przedstawiające całą moją rodzinę. Patrząc na nie, jeszcze bardziej zatęskniłam za domem. Przyjrzałam się mojej roześmianej siostrze, trzymającej w objęciach jednego dwulatka. Drugiego trzymał jej mąż. Jej długie, jasne włosy kontrastowały z moimi krótkimi, prawie czarnymi. Ogólnie nie byłyśmy do siebie podobne. Ja przypominałam mamę, ona tatę. Wpatrzyłam się w jej szare oczy. Zawsze znajdywałam w nich pocieszenie i ich kolor kojarzył mi się ze spokojem. Bardzo przydałaby mi się teraz rozmowa z nią.
Wyciągnęłam z kieszeni mokrej wciąż bluzy telefon i wybrałam jej numer. Po szóstym sygnale odebrała automatyczna sekretarka. No tak, różnica czasu. - Pomyślałam. U niej pewnie jest jeszcze noc. A może już noc?
Nieważne, ważne było tylko to, że poczułam się jeszcze bardziej samotna i smutna. Poszłam do swojego pokoju.
Za jasnymi drzwiami kryło się pomieszcze całe w szarościach i popielach. Jedynie meble i narzuta na podwójnym łóżku były ecrie. Jak już mówiłam, szary mnie uspokajał i nasuwał mi na myśl ciepłe usposobienie mojej siostry.
Zawsze brano nas za przyjaciółki, nie za siostry. I w gruncie rzeczy, to co nas łączyło, to nie tylko siostrzana miłość, ale też dożywotnia przyjaźń.
Wyciągnęłam spod beznadziejnej kryjówki pod łóżkiem, stary karton po moich pierwszych szpilkach, które wybrała mi siostra. Przetarłam podełko z kurzu, dotykając go z sentymentem, pomimo iż schowałam je tam zaledwie dwa dni temu, więc nie zdążyło się jeszcze porządnie zakurzyć. Trzymałam je w dłoniach bardzo ostrożnie, prawie jakby z nabożną czcią. Było tak sfatygowane i wyładowane po brzegi, że bałam się, że rozerwie się w moich dłoniach. Wiedziałam, że pewnego dnia pewnie właśnie tak się stanie, ale póki co, starałam się odciągnąć w czasie ten moment możliwie jak najdalej.
Przewiesiłam sobie przez ramię mój ulubiony koc, który zawsze brałam z siostrą na plażę lub używałyśmy go do wylegiwania się w ogrodzie - to też była cała kupa wspomnień.
Usadowiłam się wygodnie przed rodzinnym zdjęciem tuż przy wejściu i otworzyłam pudełko po butach. Wewnątrz trzymałam moje "skarby". Moje najważniejsze medale, wcale nie te najbardziej istotne tylko te, które dla mnie znaczyły najwięcej. Tak jak medal z moich pierwszych zawodów. Była tam też wstążeczka oderwana od moich pierwszych obcasów, zdjęcia z przyjaciółmi, wycinki z gazet z informacjami o moich zwycięstwach i cała masa innych sentymentalnych bzdetów. Wyjęłam kilka zdjęć, po przejrzeniu odkładałam na bok i sięgałam po kolejne. Nie pamiętam, kiedy pękłam i się rozpłakałam. Nie pamiętam też, kiedy zasnęłam.
Pamiętam tylko, że jak już leżałam na podłodze, pośród moich pamiątek, opatulona kocem, przypomniałam sobie cudowne brązowe oczy, czarujący uśmiech i silną, ciepłą dłoń, która pomogła mi wstać.
- Mogłabym częściej ją trzymać. - mruknęłam do siebie, uśmiechając się szeroko. Myślę, że po tym zasnęłam i chyba nawet wiem, o czym śniłam.
Cudo, tak jak i pierwszy rozdział :D
OdpowiedzUsuń